Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

To opowiadanie siedziało mi w głowie od roku, dopiero wczoraj ubrałem je w słowa.

.::.

Było letnie, słoneczne popołudnie. Przez furtkę prowadząca na teren parafii Najśwętrzego Serca Jezusowego wszedł powoli wysoki mężczyzna w średnim wieku, Andrzej Ruszczyc. Miał na sobie idealnie skrojony garnitur i błyszczące, czarne buty. Przystanął i zamyślił się. Po co właściwie przyszedł w to miejsce, nie był tu od bardzo dawna. Chyba od pierwszej komunii. Księży też nie przyjmował, gdy chodzili „po kolędzie”. A teraz nagle po tylu latach coś w nim drgnęło i poczuł silną potrzebę pójścia do kościoła. Nie wiedział skąd się wzięła i początkowo nawet martwił się, że „coś z nim nie tak”.
Wreszcie gdy stwierdził, ze dłużej nie wytrzyma postanowił usłuchać wewnętrznego głosu. Teraz szedł niepewnym krokiem po schodach. Był kłębkiem nerwów. Bał się, że zostanie rozpoznany przez jedną z osiedlowych dewotek jako ten co nigdy nie jest na mszy i staruszka „zrobi mu scenę”, jednak gdy przekroczył próg świątyni ogarnęło go niesamowite odprężenie. Natychmiast opuściły go wszystkie stresy, lęki, problemy i zmartwienia. Wewnątrz panował chłód i unosiła się mdła woń kadzideł. Zawsze mu to przeszkadzało gdy był mały, a teraz nawet nie zwrócił na to uwagi. W ławkach siedziało zaledwie kilka osób. Udał się do pierwszego rzędu i uklęknął na stopniu na przeciwko ołtarza. Spojrzał na mistrzowsko wyrzeźbioną w drewnie figurę Ukrzyżowanego Chrystusa, którego twarz emanowała wręcz, niesamowitym spokojem.
Zaczął się modlić. Nie pamiętał już żadnej modlitwy, lecz słowa przychodziły do niego same. Modlił się długo. Potem siedział i wpatrywał się w Jezusa na krzyżu. Jego postać przynosiła mu ulgę i ukojenie. Głowa i ciało mężczyzny stawały się coraz lżejsze i po chwili nie czuł ich wcale, nie bał się jednak, choć wizerunek Chrystusa zamazywał się powoli, aż zniknął zupełnie.
Nagle Andrzej znalazł się na ruchliwej ulicy jakiegoś starożytnego miasta. Domy były niskie, parterowe. Pomalowane w delikatne pastelowe barwy. Dokoła niego ludzie ubrani w długie białe szaty, gnali w wszystkich kierunkach pochłonięci swoimi sprawami. Niektórzy narzucone mieli na plecy i ramiona pasiate, długie narzuty. Jedni poganiali osły czy uginające się po ciężarem różnorodnych towarów dromadery. Inni dźwigali na barkach małe, puszyste baranki. Głośne okrzyki w różnych językach jeszcze bardziej pogłębiały panujący chaos. Zapach spalonej oliwy, czosnku i przypraw mieszał się z wielbłądzim smrodem.
W oddali rozległ się krzyk, który zagłuszył wszystkie inne. Tłum na ulicy rozstąpił się gwałtownie ustępując miejsca oddziałowi rzymskich żołnierzy. Szli oni całą szerokością drogi, a pomiędzy nimi kroczył powoli wysoki, szczupły mężczyzna. Jego plecy uginały się pod ciężarem grubej belki. Ubrany był w białą szatę, taką samą, jak większość z przechodniów, dodatkowo okrywał Go długi, szkarłatny płaszcz. Ruszczyc wpatrywał się w twarz nieznajomego i ku swemu zdumieniu rozpoznał w Nim człowieka z figury w kościele. Długie włosy oblepiały twarz nieszczęśnika, na którą skapywała krew sącząca się ze skroni poranionych naciśniętym na nie wieńcem z kolczastych pędów. Malował się na niej nieskończony ból i cierpienie.
Za pochodem szedł olbrzymi tłum gapiów. Andrzej dołączył no nich i ruszył w górę ulicy, która zaczęła piąć się do góry. W oddali widniało wielkie, nagie wzniesienie. Człowiek niosący krzyż potknął się kilkakrotnie i za każdym razem, strażnicy nie szczędzili Mu uderzeń bata. Ruszczyc patrzył się na to wszystko z przerażaniem. Zastanawiał się czemu tak męczą tego człowieka. Kilka razy próbował przebić się przez tłum, coś krzyknąć, ale nie udało mu się. Ludzie szli zwartą grupa i nawet na niego nie spojrzeli.
Wreszcie doszli na górę, gdzie czekało już dwóch innych skazańców. Męczennik rzucił na ziemię dźwigany ciężar, został odarty z odzienia i pozostawiono jedynie opaskę na Jego biodrach. Żołnierze sprawnie połączyli dwie części każdego z krzyży. Położyli na nich wszystkich trzech mężczyzn. Jeden z oprawców ujął w rękę trzy grube gwoździe i duży młot. Długowłosy mężczyzna był tak otępiały z wycieńczenia, że nie reagował na to co z nim robiono. Nagle jednak poderwał się i wydał z siebie nieludzki krzyk. Pierwszy ćwiek zagłębił się w jego ciało powodując przeraźliwy ból. Krzyczał jeszcze długo, a Jego głos roznosił się echem po okolicy. Wreszcie gdy krzyż został już podniesiony, umilkł. Cierpienie nie zmalało, lecz był już zbyt osłabiony upływam krwi, która obficie spływała z pod gwoździ. Tak samo postąpiono z pozostałą dwójką.
U stóp ukoronowanego cierniem mężczyzny stanęły dwie kobiety i mężczyzna. Niewiasty płakały, a ich towarzysz z trudem się opanowywał łzy cisnące się do jego oczu. Ruszczyc podchodził coraz bliżej i bliżej, aż znalazł się przy wyżej opisanej grupce. Nikt go nie zatrzymywał, ani nie zwracał na niego uwagi. I wtedy ukrzyżowany uniósł głowę, która jeszcze przed chwilą bezwładnie spoczywała na Jego ramieniu. Spojrzał na Andrzeja niesamowitym, przeszywającym na wylot wzrokiem i przemówił:

- Pójdź za mną.

Jego spieczone, popękane usta nie poruszyły się, ale Ruszczyc słyszał Go. Wypowiedział On tylko trzy słowa, ale była w nich taka siła, że Andrzej padł ma twarz i zdołał tylko szepnąć:

- Pan mój i Bóg mój.

Leżał tak długo, aż mężczyznę z cierniami zdjęto na ziemię i odniesiono do grobu. Leżał i nie wstał nawet wtedy gdy nad okolicą zapadł zmrok i zapanowało przenikliwe zimno.
Nad parafią Najśwętrzego Serca wstał nowy dzień. Kościelny, który czynił przygotowania przed poranną mszą odnalazł zwłoki mężczyzny w eleganckim garniturze.

Opublikowano

przeczytałam uważnie.
opisujesz droge krzyżową, obrazy znane mi z lekcji katechezy, mszy, lecz twoje zakończenie czyni tem tekst innym, własnie zakonczenie!
i jesli pisanie tego opowiadania wzbogaciło ciebie wewnętrznie to dobrze!
pozdrawiam

  • 3 tygodnie później...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Wiechu J. K. pewnie tak...z pewnością tak.
    • Wracaliśmy jakąś szeroką ulicą, to mogła być Krakowska albo Starowiślna. Zjeżdżające do centrum tramwaje stukotały miarowo o szyny, aż przypominałem sobie czasy, kiedy jako dziecko jeździłem przedziałowymi pociągami i zasypiałem, słuchając jednostajnych uderzeń w przerwy między szynami. Musiałem udawać trzeźwiejszego niż byłem, bo wiem, że alkohol faktycznie działa na mnie usypiająco, a przecież nie szedłem do niej się tylko przespać.  Faktycznie, nie miałem predyspozycji na alkoholika. Wydaje mi się, że to w głównej mierze otoczka alkoholu, miejsce i czas, powodują, że czuję się pijany, że mógłbym upijać się samym przebywaniem wśród innych, faktycznie pod wpływem, i przez osmozę czerpać ich entuzjazm. Przy okazji zaoszczędziłbym na tym parę dyszek. Czy to oznacza, że nawet uciekając się do używek, człowiek nadal zmuszony jest tylko szczęście udawać? Może, ale to chyba trochę przykre. Nie pamiętam jej perfum, nie pamiętam jej głosu, ale przede wszystkim pamiętam kroki - kroki ginące w gwarze centrum i te zdwojone w ciasnych uliczkach, jej, z twardym hukiem obcasa, i moje, wtórujące w niższych oktawach. To może być właśnie powracająca melodia, kroki - niecelowo stworzony motyw, który ma spinać te wszystkie wydarzenia w jakąś logiczną całość. Powoli dochodzę do wniosku, że może nawet ze sobą nie rozmawialiśmy (byłoby to chyba trochę bardziej romantyczne - nie sztuką jest kochać kogoś za to co mówi, tym bardziej krasomówcę, a za takiego się właśnie uznałem). Podobno jesteśmy więźniami naszej formy, jedyny sposób w jaki człowiek może istnieć poza samym sobą, to przez wyobrażenia jakie mają o nas inni ludzie, a jedyny sposób w jaki na to wpływamy to słowa. Mogłoby się wydawać, że człowiek może istnieć jedynie w słowach, że może niekoniecznie jego dusza per se, ale jej forma są trzymane w ryzach trzydziestu liter alfabetu, ale osobiście pokładam nadzieję w tym, że miłość bezwarunkowa, od pierwszego wejrzenia, udowadnia, że wcale tak nie jest. Miłość od pierwszego wejrzenia to zauroczenie samą formą, lub samą treścią, ale formy są powtarzalne, a miłość naiwnie wyjątkowa, a więc musi być to jedno z niewielu, o ile nie jedyne, okienko na człowieka, nieograniczone tej formy jarzmem. Oczywiście nie sugeruję, że ta dzisiejsza miłość była miłością, to chyba było te czyste zauroczenie formą, co jest wobec niej brutalnym stwierdzeniem, w końcu nikt nie chce być niewyjątkowy, ale na szczęście ona nie musi o niczym wiedzieć. Chyba, że zdąży jeszcze do mnie zadzwonić. Myślę, że powiedziałbym jej wszystko.   Kolejne budynki akademii mijały mnie w ślimaczym tempie, a ja czułem, jakbym odbywał jakiś relaksacyjny spływ kajakowy po spokojnym, rozgrzanym letnim słońcem strumieniu, gdzie wydział fizyki to moje Loreley, a Ren to oczywiście ulica Reymonta.  Kiedy kończy się dobrą książkę lub film, nagłe rozleniwienie fabuły, moment w którym po wielu przygodach główny bohater wraca do swojego rodzinnego Shire, aby siedzieć na fotelu w ogrodzie i popijać mleko, wspominać stare czasy, żyć długo i szczęśliwie, lub chociaż umrzeć, stawia się w dziwnym kontraście do całej reszty pokonanej fabuły. Nagle wszystkie smoki, księżniczki, walki na miecze i słowa, nowo rozlane krainy i nowo poznani ludzie - to wszystko znika tak szybko jak się zaczęło, tylnia okładka opada z tym samym impetem, o ile nie większym, z którym otworzyła się przednia. Ciężko to zaakceptować, w sercu czuć jakąś bezkształtną wyrwę i zdziwienie - jak to jest możliwe, że istnieją tygodnie, w których dzieją się dziesięciolecia, i dziesięciolecia, w których nie dzieje się nic. Prowadzi to do uczucia nazwanego kacem, kary wymierzonej w życie osoby, której udało się zachłysnąć światem pełniejszym od tego, co jest ona w stanie przetrawić. Nie myślę tutaj o moich minionych podbojach, o pustce po nich, nie, katzenjammer uznałem za oficjalny hymn mojego życia, zidentyfikowałem go jako zimną rękę melancholii, ściskającą moje serce, za wieczne nienasycenie, ale nie jedno z tych zmuszających człowieka do sięgania po więcej, ponieważ niewymierzone w żaden konkretny punkt. Nie znam się na medycynie, ale wiem, że niespokoje serca czuję w gardle, a strach w brzuchu. Wiem, że długo niewypowiadane słowa zaczynają palić gardło jak przełknięty kieliszek wódki. Dlatego za naturalną kontynuację “mdłości życia” Sartre’go, uznałem mojego kaca. Przede mną stanęły drzwi domu studenckiego “Itaka”, a nazwa akademika na wejściu mrugnęła z porozumiewawczym uśmiechem. @yfgfd123 jest to końcówka tekstu, który wrzucałem tutaj wcześniej. Mam nadzieję, że tekst może się obronić nawet bez zaglądania wstecz.
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Poet Ka   Słońce ma dwa końce  Gdy daleko - ogrzewa Gdy blisko - zostajesz iskrą  - takie moje krótkie zwoje

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @leszek piotr laskowski Myślę, że każdy człowiek przechodzi przez ten etap. Zacytuję zasadę: "„Zmień najpierw siebie, jeśli chcesz zmienić innych."  Tytuł wiersza to otwarte drzwi do spełnionych marzeń.    Pozdrawiam.
    • Co do krotności, wiadomo, są różne teorie :-) Mnie się podoba teoria eonów, bo wolałbym, na zasadzie prawa do błędów i wypaczeń raczej kilka razy niż raz. A póki boli, to daje nam pewność że żyjemy,  o co w czasach wszechobecnej podróby made by AI jest coraz trudniej :-) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...