Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Connecting people. Kiedy słyszał te słowa czuł się dumny. Do końca nie wiedział co znaczą, ale pojawiały się zawsze na końcu reklamy i brzmiały bardzo elegancko. Od czasu kiedy 3 września 2005 roku kupił w urodzinowej promocji Nokię 3120 za złotówkę plus VAT, jego życie nabrało innych barw. Stało się bardziej metalic. Bardzo mu się podobał ten kolor. W bloku, w którym mieszkał wszystko było szare i ohydne. Ze wstrętem patrzył na odrapaną klatkę, schody nigdy nie sprzątane, pełne psich gówien, śmieci, butelek i gazet. Teraz miał na to lekarstwo. Zamykał się w swoim pokoju i dotykał Nokię. Matka dobijała się do drzwi i krzyczała tak że słychać ją było na całym osiedlu.
-Otwórz słyszysz! Czego się przede mną zamykasz, masz natychmiast otworzyć. Co ja ci mówiłam, weź się za jakąś robotę, ile ty masz lat, cały życie mam cię utrzymywać, z jednej renty?
Kiedy zaczynała się seria przekleństw włączał dzwonki. Gdy sama siebie obrażając krzyczała – Ty skurwysynu - on niebieskim przyciskiem w lewym górnym rogu wchodził w menu, w galerię, w pokaż foldery, w dźwięki. Wysłuchiwał Carnival 1, City Life, Elevator. Przy Floating matka zaczynała słabnąć – Ty mnie do grobu wpędzisz! – To zdanie oznaczało, że doszła do granic wytrzymałości, za chwilę otworzy sobie kredens i się wzmocni. Jeśli nie znajdzie tam wina, przeszuka lodówkę i szafkę pod zlewem. Potem szurając kapciami podejdzie pod drzwi. Będzie łagodna jak alpejski baranek, grający w reklamie skarpet.
-Arunio, no nie gniewaj się na mamę, wiesz, że ja muszę się wygadać, że mi lżej na duszy, no już dobrze, pożyczyłbyś mamie pięć złotych, oddam ci po rencie.
Słuchał Hat Dance a zaraz potem włączył nieco nostalgiczny dzwonek Lily, zrobiło mu się matki szkoda. Rzucił jej piątkę pod drzwi. I podszedł do okna. Widział ją jak w radosnych pląsach biegła w stronę sklepu. Wiedział też, że ma wieczór i noc tylko dla siebie i dla niej. Była miła w dotyku, lekka (90g) wytrzymała (czas oczekiwania 230 h) poręczna a co najważniejsze nazywała się Nokia. Wyprodukowała ją fińska firma, która promowała politykę nieustannego rozwoju. Chciał się rozwijać razem z nią. Teraz to było w zasięgu jego ręki. Miał narzędzie komunikacji (tak przeczytał w folderze) nie tylko proste w obsłudze, ale też symbol stylu. Jak mówiła reklama na wysokości piersi ślicznej brunetki – „Samo życie. Tylko ulepszone”.
Kiedyś czas nie miał dla niego żadnego znaczenia. Spał do południa. Potem leżał do wieczora bezmyślnie patrząc się w telewizor, albo siedział przed blokiem równie bezmyślnie gapiąc się w niebo. Teraz już nie musiał patrzeć ani w telewizor ani w niebo. Wyświetlacz Noki zastępował mu wszystkie widoki świata. W galerii, w folderze zdjęcia miał do wyboru kilkanaście tapet. Gdy znudził mu się build.gif, ustawiał, control.jpg, ewentualnie, disc.jpg. Czasem gdy był w romantycznym nastroju ustawiał sobie flowers.jpg ale tylko na chwilę, bo flowers był dobry dla dziewczyn. Wolał machine.jpg a najbardziej party.jpg.
W każdej sekundzie odkrywał nowe możliwości. Pierwszego wieczora dowiedział się, że ma kalendarz, zegar i budzik. Dopiero następnego dnia udało mu się dotrzeć do kolejnych zadziwiających funkcji. Wszedł w GPRS z pewnym niepokojem, angielska nazwa General Packet Radio Service nic mu nie mówiła. Dopiero kiedy w instrukcji obsługi, w rozdziale „przegląd funkcji telefonu” dowiedział się, że GPRS to możliwość wysyłania i odbioru danych przez sieć komórkową poczuł się szczęśliwy. Tak samo uszczęśliwiła go funkcja MMS co oznaczało Multimedia Messaging Service. Tego wieczoru gdy odkrył większość funkcji Noki, zrozumiał, że świat stoi przed nim otworem. Miał tyle możliwości. Był w kontakcie z całym światem, w każdej chwili ktoś ze świata mógł zechcieć z nim porozmawiać. Wystarczyło nacisnąć przycisk z zielonym znaczkiem i już. Po drugiej stronie był ktoś inny. Już nie był sam.
Matka wróciła z „przyjacielem” Ryśkiem. Arek na wszelki wypadek schował Nokię do kieszeni. Przyjaciel mógł dowiedzieć się od matki o telefonie i mógł zechcieć zadzwonić. Wyobraził sobie najgorsze. Rysiek swoimi czarnymi łapskami bierze aparat. Żółtymi od petów paluchami próbuje wycisnąć jakiś numer, a potem przykłada do owłosionych uszu i plując w powietrze zaczyna bełkotać. Po chwili rozległo się pukanie.
-Arunio, pokażże ten telefon – matka miała w głosie radość wypitych win. Wiedział, że jak nie otworzy matka namówi przyjaciela, żeby jej pomógł wywarzyć drzwi. Kiedyś, kiedy miał jeszcze w pokoju meble barykadował się. Teraz mając jedynie pompowany materac był bezbronny. Otworzył drzwi i wszedł do kuchni.
-Cześć Aruniuo – Rysiek wyciągnął rękę na powitanie. No, pokaż ten telefon, do chuja, przecież ci go nie zepsuję.
Postanowił grać na czas.
-Może kupić wam coś, idę do sklepu…
Matka czknęła, wytrzeszczyła oczy jakby nie zrozumiała o czym mówi.
-To zaraz, pokaż telefon – Rysiek zaakcentował słowo pokaż.
Sytuacja wydawała się bez wyjścia. Arek w ostatniej chwili wpadł na pewien pomysł.
-No dobra, zaraz przyniosę.
Wrócił do pokoju i wyłączył telefon. Bez pinu Nokia była bezpieczna. Podał Ryśkowi aparat. Ten wziął go i zaczął ważyć.
-Patrz Wiesia, jaki gówno, takie nic…
-Bo to za złotówkę.
-A – Rysiek cmoknął z niezadowolenia. – Za psie pieniądze to Arunio, nie warto się łaszczyć. U nas było takie wino za dwa czterdzieści…
-Dwa sześćdziesiąt – matka krzyknęła jakby chodziło o coś naprawdę istotnego.
-Cicho kurwa, cicho, daj powiedzieć, mordę drzesz, dwa czterdzieści. Takie z żółtą kartką. Normalne z czerwoną kartka kosztuje trzy pięćdziesiąt, a te dwa czterdzieści, promocja mówili, w dupę jebane, po tej ich promocji to ja wątrobę prawie wyrzygałem, także trzeba Arunio uważać. A jak chcesz iść do sklepu to idź, ja się trochę pobawię, jak się to włącza?
-Wcale się jeszcze nie włącza, muszą mnie przyłączyć do sieci.
Rysiek wydął usta ze zdziwienia.
-Takie buty?
-Rysiek on cię oszukuje, ja go znam, on po ojcu taki chytry, on się boi, że ty będziesz mu dzwonił.
Twarz Ryśka stężała.
-To ty taki ogórek?
Arek próbował wycofać się do pokoju. Rysiek złapał go za szyję i usadził przy stole.
-A włączaj mi tu bękarcie ten telefon, bo jak ci przypierdolę to cię będą z tej szyby łyżkami zeskrobywać.
Drżącymi palcami wpisał pin. Głośny dźwięk przywitania sprawił, że na twarzy Ryśka pojawił się błogi uśmiech.
-No a teraz skocz do sklepu, chcesz pieniądze? – pytanie było retoryczne.
Udał, że wychodzi. Stanął za drzwiami i nasłuchiwał. Rysiek wystukiwał klawisze, w matce odezwały się bliżej nieokreślone uczucia.
-Nie dzwoń daleko, skąd weźmie na rachunek…
-Aż ty głupia jesteś. Na telefon miał to i na rachunek znajdzie.
-Za złotówkę kupił. W promocji.
-Durna jesteś! Chyba ci od tej siarki się tak porobiło. Telefon za złotówkę? Takich głupich jeszcze nie ma. Wino kosztuje trzy pięćdziesiąt a telefon złotówkę, co?
W tym momencie Rysiek połączył się, bo zaczął krzyczeć.
-Kazik? Cześć stary pierdoło. Co nie poznajesz, Rysiek dzwoni. No. Z komóry. A co, myślisz, że ja kurwa jestem garbaty. Stać mnie. Co u ciebie? No i tak trzymać. Robi się to tu, to tam. Kuronia jeszcze mam, no, dwa miesiące, potem mam do Niemiec jechać, trochę się trzeba odchamić, no, furę jakąś sprowadzić.
Arek usiadł na schodach i liczył. Przy stu pięćdziesiątej sekundzie poczuł skurcz, Rysiek rozkręcał się. Nic nie wskazywało, żeby zamierzał przestać. Opowiadał ostatnią libację podczas której trzy razy zerwał mu się film. W dziesiątej minucie zaczął powoli się żegnać. Rozłączył się w czternastej minucie i drugiej sekundzie. Arek pomyślał, o sekundowym naliczaniu, które uratowało całą minutę. Rysiek mimo protestów matki wykonał kolejne połączenie. Do znajomej Danki. Matka zaczęła go szarpać, nie wiedział czy z zazdrości czy z troski o rachunek. Arek otworzył drzwi. Rysiek ze słuchawka przy uchu oganiał się od matki, zerknął w jego stronę.
-Gdzie wina?
Nie czekając na to co zrobi Rysiek rzucił się na niego. Przez moment wydzierali sobie aparat, po chwili mieli go obaj. Rysiek tylnią część obudowy i baterię, Arek resztę. Matka próbowała ich rozdzielić. W pewnej chwili w dłoni Ryśka błysnął nóż. Arek sięgnął po leżący w zlewie scyzoryk od obierania ziemniaków.

Matka spojrzała na leżące na podłodze ciała. Krew wymieszała się w jedną kałużę. Wyjęła z zaciśniętej dłoni Ryśka baterię, po chwili odnalazła pod brzuchem Arka resztę telefonu. Po kilku próbach udało jej się złożyć aparat w jedną całość. Wciskała po kolei wszystkie przyciski, wreszcie coś pisnęło, pojawił się jakiś napis. Nie wiedziała co ma dalej robić. Kiedy odłożyła aparat na stół wydobył się z niego niski, męski głos: „Nokia. Connecting people.”

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...