Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Nie można żyć nie przeżywszy niczego uprzednio. Nie pomogą tu bzdury o tym, że każdy „nosi w sobie swojego trupa”. W życiu nie ma miejsca na teorię, a człowiek jako jedyne zwierze zdaje się tego nie rozumieć, szczególnie zaś jego potomstwo. Koniec XX wieku to jedno wielkie Niepokoleniowe Poczęcie, skutkujące narodzinami „pokolenia” kserokopii swoich starych. Ktoś musi to zakończyć, bo nie domyślisz swoich myśli do końca, nie wyczerpiesz swoich zmysłów, zamykając się w pokoju , oglądając telewizję, pijąc i ćpając.
Czas to zrozumieć! Poranek jak ten, gdy zmierzam do sklepu by kupić gazetę oraz jedzonko marki „PALL MALL” dla raczka, może znaczyć o wiele więcej dla mojego
prze-życia niż klepanie po dupie wielbłąda w Tunezji. Wokół mnie i tak jest pustynia, a ja czuje się jak ten wielbłąd pragnący przejść przez ucho igielne porannej deprechy. Albo jak inne „duże zwierze”, które otaczającym go ślepcom chce od-słonić siebie po ostrożnie wybranym kawałeczku, bo gdyby otoczenie zdołało je zrozumieć, zapadłoby się pod ziemię ze wstydu.
Niech Cię nie zwiodą programy „Uwaga!” i inne „Fakty”; nie tak łatwo zabić człowieka bez konsekwencji. Ja sam jestem śmiertelnie blady, nawet w lecie ( efekt długich posiedzeń z dłuuuuugimi powieściami realistycznymi pod ręką ). Noszę zwykle czarne ubranie, a w głowie mam myśli zapętlone, maniakalne ( o czym może świadczyć ten imperatyw zawarty w bezokolicznikach) - myśli następujące:
Zniknąć, przestać istnieć fizycznie dla innych. Być tak niedotykalnym i niewidocznym, jakby zupełnie mnie nie było. Ale równocześnie mieć wpływ na wszystko, być reżyserem życia, nieopalonym jak ja, zawsze niewidocznym.
Zabić. Gdy myślę o zadawanym przez siebie końcu, nie wyobrażam sobie wulgarnej siekiery lub bejsbola w mojej dłoni. Nawet karabinek snajperski nie jest dla mnie dość kulturalny. Człowiek to przecież mechanizm. Mechanizm, który można odłączyć od prądu lub wylać na niego kubeł wody, by delektować się widokiem agonalnych iskier .
Tak myślę, tak, tak. Widzę czterdziestoletniego faceta z wąsem, dość pulchnego, który idzie ulicą zażerając loda w polewie, jakby był jakimś pierdolonym turystą na tym zapyziałym osiedlu. Jakby się zgubił. O czym on myśli, do cholery? O kim? Ma pieprzoną watę cukrową w głowie. Jak zniknąć by móc kilku takich „odłączyć” z miłości? Tak. Miłość i śmierć. Mnie zwykle miłość doprowadzała na skraj życia, ale dawno wyszedłem z tego stanu, muszę tylko jeszcze jedną sprawę „doprowadzić do końca”.
Teraz jakiś „facet” ( tak mówi na niego pewnie jego „kobieta” ) niepewnie otwiera windę. Nie, nie jadę z tobą, cieciu… Znam go „z widzenia”. 23 lata. Marek Karwowski. Niesie menelską reklamóweczkę, wypełnioną po brzegi puszkami piwa „Tatra”. Jest 12.30 – tak właśnie zamierza spędzić swój dzień, tydzień i wakacje - w Tatrach. O tym się powinno pisać reportaże, z tego robić wydarzenia - to powolne zdychanie, uparte nie-robienie nikomu krzywdy prócz siebie samego. I do tego nasza zasrana romantyczna przeszłość... Pokolenie JPII …

Zawsze gdy odwiedzam doktora Maleckiego, jego fartuch jest dokładnie na tyle biały, na ile pozwala inteligencja człowieka nie traktującego poważnie reklam telewizyjnych. Za to, co niedługo mnie z nim połączy kocham go i nienawidzę – więc, tak czy owak, moja uwaga jest na nim wyjątkowo skupiona. Ma elegancką czarną bródkę, na której nigdy nie świeci żaden tłuszcz pozostawiony przez kurczaka i frytki. Nieobecne błękitne spojrzenie, krótko ostrzyżone włosy – i dłonie właściwe człowiekowi, który całe życie bawi się w Pana Boga, uważając to za codzienność i nie zmuszając innych do padania przed sobą na kolana. Nie jest on żadnym zabrzańskim kandydatem na pierwszego kardiochirurga wszystkich Polaków. Gdy spogląda na mnie chłodno swoimi oczyma, pełnymi wzniosłości oceanami spokoju, wiem już wszystko o tym, co leży na ich dnie. Wiem, że ten mój prywatny władca ludzkiego losu jest znakomitym onkologiem oraz to, że pieniądze na remont mieszkania na pewno mu się przydadzą. Doktor Malecki jest bowiem p o l s k ą gwiazdą onkologii, dla której ten „Jaś Wędrowniczek”, którego mu właśnie postawiłem na biurku nie jest okazją do popołudniowej degustacji z żoną. Jest on raczej zajawką tego, jak bardzo mi z a l e ż y…

- Widzę, że b a r d z o panu zależy na dobrej opiece…- mówi, gdy siedzimy w jego ciasnym gabineciku, a ja dostrzegam szczery podziw dla mojego zaangażowania w jego tonie.

- Tak… Tata jest osobą… skromną i na pewno miałby mi za złe, że tak się panu doktorowi narzucam…- ćwiczyłem ten tekst przez całą drogę do Gliwic. Jestem zadowolony z efektu.

- Nie narzuuuca się pan. To wszystko są moje obowiązki i naprawdę opłaty powinny ograniczać się tylko do zabiegów, a jest ich…
- Jest ich coraz mniej - dodałem ze smutkiem, a na moich brwiach pojawiła się ćwiczona przez tyle lat edukacji, pokora prymusa, który chce nauczyć się „jeszcze więcej”.
- Zawsze jednak można c o ś zrobić – powiedział swoim niskim głosem i wydawało mi się, że chrząka – Nowotwór wątroby jest zawsze bardzo bolesny…- jakby nie dokończył i uśmiechnął się ironicznie.
To był ten moment. Czułem, że muszę to wykorzystać. Pilnowałem, by z mojego nieskoordynowanego słownika nie wyskoczył przypadkiem przymiotnik „legalne” lub , co kończyłoby z pewnością rozmowę – „nielegalne”.

- Mamy więc kwestię formalną do omówienia …- zacząłem wesołym głosem spikera telewizyjnego, mówiącego o czymś tak banalnym jak… cokolwiek.

- Ładnie pan to określił - uśmiechnął się bardziej zuchwale.
- Przejdę do rzeczy. Ile to będzie kosztowało?
- Musi pan najpierw wiedzieć, że to potrwa…- zaczął poważniejszym tonem - Co najmniej tydzień.

Sam nie wiem dlaczego, uśmiechnąłem się w duchu.

- Wszystko razem – ciągnął doktor – po doliczeniu nadgodzin pielęgniarki i jednorazowego sprzętu, razem z kosztami niszczenia…1800 zł.

„czyli w sumie 3600 – odłożyłem 5000 na tę ewentualność”

Malecki podał mi swój numer domowy, to dość miłe z jego strony. Pierwszy raz w życiu poczułem tak intymną więź z lekarzem. Odstąpiłbym mu żonę, gdybym ją miał – uwielbiałem go i wiedziałem, że po tym co nastąpi za dłuższą chwilę, polubię go jeszcze bardziej…
Miałem potwierdzić telefonicznie moje „zamówienie” , a on – podać mi numer swojego konta bankowego. Jeszcze pół godziny i doświadczę ostatniego stadium kapitalizmu – śmierć na telefon. Zacząłem się denerwować. Proszę, tylko nie to, tylko nie coś tak kiczowatego jak sumienie…to nie może być tak. To nie tak.
Nienawidzę tego, choć to temat publicznie przemielony, a „pro” były zawsze osoby, które szanowałem – nienawidzę tego i nie wiem jak mogłem tak długo wytrzymać, rozmawiając z Maleckim. Na pewno bardziej nienawidzę mojego starego, ale jednak… Szczególnie w przypadku tego skurwiela… „…Zastrzyk albo pigułka…” – mówił – „…Nie chcę męczyć innych sobą…”. To nie takie proste. Nie męczyć innych sobą? Barbiturany i alkohol – do tego worek foliowy na głowę – miej odwagę, kabotynie, nie zrzucać samobója na innych. Lepiej dać bliskim do ręki młotek, niż legalizować coś, co skurwielom pozwala schodzić z tego świata bez bólu…bez pytań „co tak boli?” Nigdy jeszcze moja niewiara w piekło nie przeszkadzała mi tak bardzo, nigdy… Jeśli tam nic nie ma, jaka będzie kara, do k…
Śmierć i narodziny…

Łyknąłem trochę koniaku – uspokoiłem się. W końcu znalazłem wizytówkę doktora z napisanym długopisem numerem domowym. Trzęsły mi się ręce. Dziesięć minut minęło jak sekunda.
Wystukałem numer. Odebrał – umówiona godzina, co do minuty.

- Dobry wieczór, doktorze. Proszę mnie posłuchać. Nie chciałem tego robić, rwać umowy, ale…Umówiliśmy się na 1800 złotych – tyle kosztuje eutanazja. Chcę powiedzieć…Nie jest to dla mnie wygórowana cena… ale zmieniłem zdanie…już tego nie chcę…

Po drugiej stronie zapadła grobowa cisza.

- Nie wiem jak do tego ma się Primum non nocere – ciągnąłem wolniej i spokojniej - to już względne, nieważne…mówił pan o potrójnej dawce morfiny…ja mówię o tym, że tej morfiny ma zabraknąć, ma się skończyć…Daję dwa razy tyle, albo pieprzyć to – daję 4000 złotych…niech się męczy ile wlezie, niech ma tego świadomość…. do ostatniej chwili, rozumie pan?! Dziękuję.


Cisza stała się niemal zimna.

Nie opróżniłem butelki koniaku. Poczułem się dziwnie silny i spokojny.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nieistotne czy to mieszkanie w bloku willa z egzotycznym ogrodem jurta igloo wiejska chatka otoczona malwami   może być z cegieł desek lodu skór rozpiętych na drewnianych palach tęcz w kroplach rosy odbijających jutrzenkę   solidnie wymurowany od fundamentów po dach albo unoszący się na wodzie z sennymi łodziami wykopany w ziemi nieruchomy na śnieżnych polach przeniesiony na niebo między gwiazdy   nie ma znaczenia rzeczywistość i budulec czasem jest jedynie napisany w wierszu zapamiętany z baśni noszony na dnie serca codziennie wymyślany od nowa a czasem mocno wrośnięty w ziemię rodzinną   rozmawiamy w nim przytulamy się modlimy pieczemy chleb głaszczemy kota lub psa usypiamy w kolebkach naszych wewnętrznych wszechświatów   lecz najważniejsze że to  nie tylko przestrzeń na spokojny głęboki oddech który nie męczy się bliskością   ale także miejsce gdzie zawsze wolno płakać bez obaw przed ucieczką i wszystkimi rodzajami samotności   wtedy dopiero jest naprawdę bezpieczny      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Simon Tracy Simonie, zgadzam się z @Berenika97,że jesteś mistrzem tego mrocznego gatunku literackiego. Pozdrawiam!
    • Prostokątna twarz parapetu. Bęc. Prosto w nos. Pierwsza szkicuje cząstkę wziętych przestworzy.    Bęc. Druga prosto w rdzawe oko.     Trzecia. Bęc. W zaschniętą kupę po gołębiu.    Nagle tysiące w powtórzeniach. Każda gdzie indziej siada.    Kap. Kap. Coraz szybciej i więcej.    Mini fontanny, spływają poza krawędź. Werble bębniące kawałkami chmur. Tylko sisiolków z blachy nie ugnieciono.   Na szybie strumienie chaosu.     Wiją się na zamazanym prześwicie, niczym wnętrze żywego stworzenia.    Każda żyłka z bąbelkiem na szpicy.    Tylko krew przezroczysta, i prochy z kości rozmyte.    Arterie drgające. Wilgotne pulsacyjki. Bez drogowskazów. W rytm stukania o metalową połać.    Puk. Puk.     Coraz głośniejszy i szybszy wododzirej. Pociesznie rozbryzguje. Jakby w każdej kropli, dziecko roześmiane biegało.    Za taflą rozmazane kształty światłowodów, zamglone całunem wykręcanej chmury.    Okalają wszystko. Zniekształcają obrazy. Spływają krawędzie parodią przezroczystości. Liście chłoną wodę. Na krótko. Za chwilę inna.    Kap. Kap. Stuk puk. W plumplane kółka okrągłych fal zabawa. O kształtach niewyraźnych.   A tam strumyczki, niczym foliowe węże, z powtarzalną falą grzbietową.    W kałużach zatopione światy, rozjeżdżane kołami samochodów.    Rzucane na boki, w radykalnym wytryśnięciu, na przemoczonych pieszych.    Przylepione zebry, nie mogą się schować. Nie dosyć że mokną, to jeszcze przygniatane pospieszną cywilizacją.    Różnorodne wodospady, szumią deszczoświatem, A każdy w innym, zamgleniu widoczny.    Szara płynność, nasączona migoczącym lśnieniem kostek brukowych, przytula światłem niechciane odbicia.     I cholera wie, gdzie woda w końcu spłynie.
    • @GosławaWspaniały wiersz, w którym każda metafora świeci niezwykłym blaskiem. Ten świat jest trochę zbyt mocno wystylizowany, ale umiejętne posługiwanie się potencjałem języka, że się tak kolokwialnie wyrażę, 'robi robotę', przede wszystkim poprzez wykreowanie gęstego, kleistego nastroju, idealnie współgrającego z emocjonalnością obrazów. ;)
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Ta faza miłości jest najtrudniejsza do osiągnięcia, gdy dopamina już nie musuje w głowie i trzeba bliskość zbudować na innych podstawach, bardziej namacalnych i solidnych - szukać innej chemii, która utrwali związek.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...