Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Wiesz, zaraz wychodzę. Zaraz idę, tam gdzie ptaki kołują na niebie. I wiatr tarmosi i wstrząsa połami koszuli. Wiatr. I ten wiatr wiejący. Ten wiatr szumiący i cichy… Wiesz,wychodzę zaraz. Już wkładam płaszcz. Choć może nie. Nie potrzeba płaszczu, albowiem wiatr. Ten wiatr ciepły. Ten wiatr wiejący znad łąk. Znad tych pól odległych. Znad tych obszarów milczących w spiekocie i znoju letniego skwaru. A więc bez płaszcza. A więc w samej tylko koszuli. Idę. Zaraz wychodzę, zatrzaskując na zawsze drzwi pustego domu. Już wyszedłem, wstrząsany echem zamknięcia. Na schodowej klatce. W tym chłodzie idącym od dołu. Z piwnicy, z pustych, opuszczonych mieszkań. Z pracowni. Z porzuconych pracowni, w których popiersia i rzeźby obojętne. W których popiersia pod przezroczystą folią. Pod zakurzoną… Twarze kamienne. Kamienne oblicza. Niedokończone…

 

Wiesz, idę wolnym krokiem. Idę powoli. Muzyka we mnie. Dziwna jakaś. Powolna muzyka czasu. Przechodząca jak wahadło. Do przodu. Do tyłu. Teraz podążam wstecz, mimo że jestem tu jeszcze. I jestem wciąż. Jesteś tu jeszcze? Ja jestem. Na zewnątrz wiatr. Wiatr tarmosi za włosy, kołnierz, mankiety koszuli. Na zewnątrz wiatr. I ten wiatr idący od przodu. Idący od tyłu. Bokiem. Cicho. I wstrzemięźliwie, bądź nagle. Porywczo. Natarczywie… To znowu milczenie roztacza się wokół. I drzewa milczą. I ptaki. Owady. I my… Byłaś tu przed chwilą. I byłaś jeszcze. Teraz przestrzeń roztacza się wokół pusta i tkliwa. I ta przestrzeń bez ciebie… Choć wydaje mi się, że przez chwilę… Nie. To tylko przelot owada. Nagły i porywisty. Przelot owada. Przezroczysty lot. Przez mgnienie. Iskra. Błysk słońca na poruszonej przez nikogo szybie... Jak ten wiatr, co targa i szarpie za poły koszuli. Jak ten wiatr targający włosy… Dokąd tak idę? Idę tam, gdzie przeszłość miesza się z teraźniejszością. Jak to możliwe? Widać, możliwe. Stąpam ko chodniku. Po płytkach, mijając kałuże, w których mieni się ogrom kobaltowego nieba. I to niebo spada na mnie, i przytłacza mnie. Przytłacza tym czasem przeklętym, który wciąż powraca. Zatacza kręgi, jak kołujący ptak. Idę powoli. Krok za krokiem. Pusto jakoś. I tak jakoś tkliwie. Mienią się lśniące liście po letniej ulewie. Skapują krople. Takie jaskrawe, mżące piksele upływającego czasu. W blaszanych rynnach chlupoty i szmery. Wylatują jeszcze ostatnie strumienie. Strząsają z siebie drzewa tę wilgoć. I żłobią w chlupocie korytarze w gliniastej ziemi ciepłe hausty niedawnego deszczu. Jesteś tu jeszcze?

 

Idę niedaleko. Na spacer krótki nieledwie. Idę podziwiać i oglądać. Nie. Idę się pożegnać. Uścisnąć dłoń. Być może. Komu? I komu? Ostatnie pakunki są wynoszone z domu. Przed otwartą bramą ciężarówka z brezentową paką. I cisza wokół. Milczenie okrutne, jakby rzeźb kamiennych, gipsowych odlewów. Twarze. Dłonie. Ramiona… Oczy widzące niewidzeniem… Przed kamienicą. Przed blokiem cień topoli na asfalcie, na trotuarze. Kołysze się i chwieje. Szepcze. Porusza milczącymi ustami ten brodaty bożek cienisty i leśny. Ten bożek liściasty. W pień wrośnięty jak pamięć. I szepcze. Wciąż szepcze  nieustanne dzieje. I milczące jakieś słońce pada z ukosa. Rano to? Pod wieczór? Było to chyba zimą. Lecz teraz dzieje się w pełni upalnego lata. Takie to czasami płata figle czas ulatujący w przestwórze. Czas senny. Czas pełen majaków i zwidów. Stoję pod drzewem. W cieniu. Niewidzialny jak powietrze. Jak przezrocze atmosfer. Kryształowych strumieni. Dlaczego nikogo nie ma? W zamkniętych oknach firanki. Zasłony. W oknach kurz i pył zapomnienia. Tuwim przeprowadza się teraz. I przeprowadza się wtedy. Przeprowadza się w czasie teraźniejszym, mimo że siedemdziesiąt lat temu. Czyli teraz następuje przeszłość. Następuje w teraźniejszości nagły przeskok dziwnej substancji czasu. Jakieś przebicie idące z dawnych pokładów minionych epok. Historia się powtarza. Czas. Czas. Czas. Odbywające się misterium czasu. Kto tu jest mistrzem ceremonii? I te zjawy nieobecne. Te zjawy niewidzialne, choć widziane tylko przeze mnie. Szukają przyszłości. Patrzą wstecz, do przodu. Na boki. I dążą do wieczności falując skrzydłami pełnymi kwiatów. Jak motyle bezszelestne. Jak ćmy puszyściejące w przelocie. Lecące prosto w słońce. W słońce. W przeogromne słońce... I w tej przeszłości urojonej. I w przeszłości, w której tylko nieruchomość i cisza. I milczenie rzeźb wykutych w kamieniu. I wszystko jest spokojne. I jest tak bardzo spokojne. Zanurzone w morzu kobaltowego nieba i słońca padającego z ukosa, którego smugi na ścianach. Na oknach przesłoniętych zasłonami. Na korze drzewa. Na chodniku. Na brukowych kostkach…

 

Czas się zatrzymał i spotęgował w swojej kreacji. Lecz zatrzymał, tylko na chwilę, bo znowu rusza w swojej potędze stworzenia. I wszystko się ponownie obraca. Zatacza kręgi. Dzień za dniem. Obroty słońca. Gwiazdy. Konstelacje. Księżyc niknący za horyzontem. Księżyc wznoszący się do nieba. I znowu słońce… Lecz, gdzie on jest? Tuwim. Nie ma go. Bo gdyby był, to podałby mi dłoń do uściśnięcia. Uchylił dostojnie kapelusza. Lecz nie ma go. Choć był tu przed chwilą jeszcze, mimo że siedemdziesiąt lat temu. Nie ma go. Choć był i jest, mimo że oddalony. Mimo że na wyciągniecie ręki jedynie.

 

Jesteś tu jeszcze?

 

To się nazywa strumień świadomości. Wytryskujący, meandrujący nurt umysłowych kreacji. Są tutaj i tam. W każdej formie i kształcie. I w każdym czasie. I nawet, kiedy go nie ma. I kiedy jest na chwilę jedynie… Muzyka we mnie. Tli się jak zarzewie niedogaszonego ognia. Tli się, gdzieś tam. Żarzy się. Rozpala aksony i nerwy… Utrwala się w kolorze sepii. W kolorze. W bez-kolorze. W szarości… Zaciskam powieki. Otwieram. Nie ma. Nie ma samochodu z brezentową paką, ani pudeł z książkami. Rulonów zwiniętych dywanów. Nie ma. Nie ma nikogo. Tylko ściana kamienicy olśniona potęgą pomarańczowego blasku słońca. I cień topoli na brukowej kostce. I nic. Nic. Nie ma. I nigdy nie było. Jedynie we mnie. I tylko we mnie jarzą się tak przejrzyście drobiny płynącego przestworem czasu. Została cisza. Przytłaczający skwar letniego upału zastygły w kryształowych kroplach niedawnego deszczu...

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2026-07-19)

 

 

 

Edytowane przez Arsis (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Włodziu tylko żebyś za daleko nie odszedł bo ja Cię znajdę 

Źle Ci w chałupie na dupie

Te Twoje wycieczki przyprawiają mnie o szybsze bicie serca bo cholera wie co Ci do głowy przyjedzie 

Grzeczny bądź i nie szalej 

A tekst jak zawsze piękny 

Mój Ty ulubiony pisowniku mflancholiku

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
×
×
  • Dodaj nową pozycję...