Mrok spada na Ziemię, gęsty jak mara,
z ciemności wypełza gad jadowity,
zahipnotyzować żywych się stara,
podwójnym językiem bada i syczy.
Powstają potwory z myśli nieczystych,
nadają znów sobie bezduszne prawa
mścicieli bezmyślnych, sędziów ulicznych,
by się jedynie zbrodnią napawać.
Nie lecą na Ciebie drony ni bomby,
to wszystko się dzieje jeszcze daleko,
czasami przelotnie tylko oglądasz,
jak ginie czyjś ojciec lub czyjeś dziecko.
Przewinąć z pewnością możesz niechciane,
pominąć obrazy, gdy nie zamierzasz
oglądać z kamery drona nagrane,
ostatnie momenty życia żołnierza.
Lecz przecież jad ciągle sączy się wokół,
napełnia ulice i skaża serca,
zakwita piorunem w niejednym oku,
a kto mu nie wierzy, ten innowierca.
Już rosną legiony chętnych do walki,
szukają pretekstów, by dopiąć swego,
los kładą na szali głupi i mali,
nie słychać rozsądku głosu żadnego.
Lub ktoś go utopił w zalewie bzdury,
co stara się ukryć już tykający
zapalnik końca, wisi na którym,
jak bańka mydlana, chwila bieżąca.
Tam dzieje się koszmar, a przecież u nas
są głowy gotowe, palce na cynglach,
czekają jedynie na przyzwolenie
i bez rozkazu będą zabijać.