Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Czekają. Stłoczone ciasno w zastygłej procesji, w urojonych widmach bezmiernej nocy. W pokoju.

W tym pokoju stłoczone aż po brzegi.

Wchodzą na ściany, na to drzewo wyrastające z podłogi. Stojąca w kącie plątanina

martwych rur.

Poskręcane gałęzie, odrosty. Żeliwne. Milczące artefakty...

 

Pełzną wysoko w swojej nieruchomej kreacji.

Te zwidy rozczapierzone. Złapane w krótkim ujęciu. W milisekundowym błysku wypalającym

oczy.

 

Są jedne na drugich. Obok siebie. Tuż obok.

Bądź wyrastają z siebie bez jakiejkolwiek koncepcji, jakiegokolwiek sensu.

 

Ciasno.

Bardzo ciasno…

 

Jak niezliczone polipy w jelicie. Zrakowaciałe.

Całkowicie obce, nawet dla siebie samych.

Całkowicie obce ciała rosnące w swojej i tak obcej egzystencji.

 

Mnożą się bez ustanku, wyrastając z siebie w nieskończonych powtórzeniach. W szmerze

nieskończonego wzrostu...

 

Zasuszone

widma.

Kreatury pajęcze…

Których odnóża…

- Boże, jakże ich wiele!

 

Sięgają nimi, poprzez grzybnię pleśni, sufitu, jak nieba…

Wspinają się. Wspinają, ku wielkiej mistyfikacji,

ku tajemnicy największej.

 

Albowiem rozpościera się z wysoka

coś, co jest niepodobne do niczego.

 

Co to takiego? Jakaś iluzja, deliryczna ekstaza…

 

Stając u stóp tego gigantycznego konstruktu

podobnego do krzyża... - z kamienia, ze stali. z drewna…

 

Z żelbetonu poznaczonego

brunatnymi plamami

nuklearnej reakcji.

Zmartwychwstania?

 

Być może samego Boga...

 

Słychać jeszcze echo. Pogłos pędzącego wiatru. Wtedy, co pędził w ogromnym huku totalnej

anihilacji.

 

Tuż przede mną mur nieskończonego wzniosu.

Rozpostarte ramiona (odnóża?)

Rozwarte szeroko. Szeroko…

- czegoś, co już dawno skonało,

mimo że jest wieczne.

mimo że żyje, pomimo ewidentnej śmierci.

 

Jakieś truchło.

Zasuszone.

W szacie pajęczej.

 

W powiewających płachtach.

W czarnych od kurzu.

Od pyłu. Od brudu zionących ciszą zatęchłych katakumb…

 

W przeciągu,

w powiewie.

 

W półmroku…

 

Spogląda z wysoka wielookie oblicze. Czarne oczodoły w zdeformowanej czaszce.

 

I coś jeszcze.

 

Coś, co przeczy

fizycznemu istnieniu.

 

Spod sufitu spada na mnie absolutna martwota,

kiedy klęczę, kiedy leżę,

kiedy pełzam jak wąż, jak dżdżownica, jak wielonoga skolopendra…

 

Co tu jest mną, a co kim innym? Albo czym?

 

Kto tu jest?

 

Mnoży się coraz więcej tej całej bezgranicznej iluzji, która we mnie. Która wszędzie…

 

Odchylam głowę do tyłu.

Odchylam. Odchylam…

… aż trzeszczą kręgi w szyi...

 

Wykrzywiając twarz

w morderczym grymasie,

w potęgującym się orgazmie trupiego rozkładu...

 

… moje oczy...

 

Te czarne

otwory.

Te czarne.

Bezkreśnie czarne…

 

… jak noc lodowata…. jak noc…

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2026-06-07)

 

 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


×
×
  • Dodaj nową pozycję...