Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

dorastanie, a kiedy już się dorośnie, oglądnie wokół - ja nie chcę, choć jestem mamą - powie mama do mamy
pytanie co zrobić z tym po tacie...
implikuje się tu cały społeczny organizm w dorastaniu i po dorośnięciu
bycie sobą jest ucieczką od odpowiedzialności i stanu rzeczy w takim rozumieniu, bycie sobą bo się coś musi znaczy co innego, byciem wolnym bez przymusu
co zrobić jeśli ten przymus wynika z nas samych?

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

@obywatel To szeroki temat.

Bywa, że przymus jest silny. Co nie znaczy, by nie pracować nad tym, by się z niego wyswobodzić.

Wiadomo, mama była/jest kobietą to i ja jestem kobietą (a nie np.psem ;)). Ale mogłabym być mężczyzną po tacie, jednak urodziłam się kobietą (niezależny ode mnie impriting biologiczny). Jednak biologia to baza, na której rodzą się sprawy, na które możemy mieć już wpływ.

Są rodzice źli (nie bójmy się tego powiedzieć, bo jest społeczny konwenans, by mówić dobrze o rodzicach, zwłaszcza o matkach). Dzieci z rodzin patologicznych mają prawo być innymi i mają prawo do tego dążyć.

Jest oczywiste i drugi biegun - rodzice idealni (no, prawie idealni, bo żaden człowiek nie jest idealny, dopiero dąży do ideału). Kochający, opiekuńczy, mądrzy, wyrozumiali itd. Bywa, że są też niezwykle utalentowani, wprost genialni w swojej dziedzinie. A tu rodzi się dziecko ... nie tak zdolne, nie tak mądre, chore, niespecjalnie ładne etc. Jak wysoko ma zawieszoną poprzeczkę... A czy chce i powinno dążyć do tego samego, kim są/byli jego rodzice? Nawet by nie mogli, nie potrafili.

Jest też największa ilość rodziców tzw.normalnych (dobrych ale też mających swoje za uszami). Kopiowanie ich również nie byłoby dobre w żadnym wypadku. Owszem, są rodziny gdzie z dziada pradziada każdy np. jest lekarzem. Może tak rzeczywiście chcieli i mieli ku temu zdolności. Jednak powielanie się z rodziców spowodowałoby w końcu brak zróżnicowania, jednolity tłum.

 

Bardzo podoba mi się słowo "wychowanie".

Najpierw WY - rodzice - chowacie (chronicie, hołubicie itd.). Ale przychodzi moment, kiedy trzeba przestać to robić - wyjść z tego chowania dziecka za swymi plecami, by mogło w pełni dorosnąć, pójść do przodu, być sobą po prostu a nie kalką rodzica (nawet słabiej odciśniętą, ale jednak kalką).

Dzięki za głos 

 

@obywatel :) to ciekawe z tym LWR.

Ale czy chodzi nam o życie tylko długie?

 

 

 

 

Edytowane przez iwonaroma (wyświetl historię edycji)
Opublikowano (edytowane)

@iwonaromadołączyłaś margines - patologię, i dobrze bo też ma wpływ. Mnie chodzi po głowie inna rzecz, czy wg. wzorców idzie postęp, bo póki co o tym wszystko świadczy, to nie jest jeszcze regres. Mogę z AI zbudować model jakie mamy szanse, mimo patologii i na jak długo, zresztą każdy teraz to może wystarczy podać wzór, a chyba każde AI ma już to wpisane w rdzeń.
A widzę pytanie, to wynika bezpośrednio ze wzoru, czytaj heydeparku 
 

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

nie rozumiem, bo rozumiem sens życia

Edytowane przez obywatel (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@iwonaroma Twoja odpowiedź bardzo trafnie pokazuje, że „po mamie po tacie” to nie tylko biologia, ale cały wachlarz wpływów — od dobrych po patologiczne. Podoba mi się, że podkreślasz różnorodność i to, że kopiowanie rodziców nie jest ani konieczne, ani zdrowe.

Gdy pisałem o LWR, chodziło mi o to, że w relacjach — tak jak w fizyce — najdłużej trwają te układy, które nie marnują energii na tarcie. Wychowanie, o którym piszesz, idealnie się w to wpisuje: najpierw ochrona, potem pozwolenie odejść.

Twoje pytanie „czy chodzi nam o życie tylko długie?” jest zasadne. Dla mnie LWR nie mówi o długości życia w sensie biologicznym, ale o trwałości układów, które są harmonijne, nieprzymusowe i nieobciążone nadmiarem energii konfliktu.

W tym sensie „bycie sobą” nie jest ucieczką, tylko stanem minimalnego tarcia — takim, w którym człowiek nie musi walczyć ani z dziedzictwem, ani z oczekiwaniami.

Opublikowano

Piszesz o różnorodności i o tym, że nie warto kopiować rodziców. Zgoda — ale wtedy pojawia się pytanie, które próbowałem zaznaczyć wzorem LWR: czy różnorodność jest możliwa bez myślenia?

Bo jeśli po dojrzewaniu zmienia się punkt widzenia, to właśnie dlatego, że człowiek zaczyna myśleć za siebie, a nie „po mamie po tacie”. Wzór pokazuje tylko tyle: układ trwa najdłużej, gdy nie ma tarcia — ale rozwija się dopiero wtedy, gdy pojawia się własna energia, własny kierunek, własne decyzje.

Czyli paradoksalnie: żeby nie kopiować, trzeba myśleć. A żeby myśleć, trzeba wyjść z cienia.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

@obywatel To co zamieściłeś w Hydepark' u jest "troszkę" dla mnie trudne... Ale może kiedyś spróbuję to przeczytać.

Natomiast to co piszesz o braku tarcia i harmonii - fakt. Harmonia to brak tarcia, bezwysiłkowość, no ale też piękno :) Fizyka o pięknie już nie mówi dlatego wkraczają artyści :);)

Chyba w relacjach ludzkich brak tarcia nie jest możliwy - choćby minimalne występuje także w kochających się rodzinach. Co jest w niebie - zobaczymy :)

 

 

 

@obywatel Myślę, że własną energię człowiek ma od początku (od poczęcia:)) tylko na początku jest ona uśpiona. Kiedy będzie mogła 'rozkwitnąć' w pełni to już zależy właśnie od rodziny i społeczeństwa (a także okoliczności natury no i może pomocy z Góry:)).

Własne myślenie - fakt, ale potrzebne jest też własne dzialanie - i tu problemem może być zbyt duże tarcie (kto silniejszy).

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...