wtem
wieczny marsz kończy się pochwyceniem
czasem chodzę
pohuśtać się, wieczorem
tyle tylko co mi prawdą, nic nie znaną
byle w przód, nawrót, tył
niosę się w przestrzeni
przecinając powietrze, sięgam
po coś więcej
jemu jednemu dedykuję niniejsze banały,
temu co nigdy nie zrozumie zachwytu nad tym ruchem;
jak jesteś wysoko
gotów na działanie, by znów się tam znaleźć
posłuchać koncertu w którym poznasz to czego każdy ukrywał
mógłbym być największą muzą
tratwą na wzburzonej wodzie
także i rozbitkiem, co owej tratwy szuka
biznesmenem, pijącym samotnie
nastolatkiem, co przerażony siedzi w kącie
jeśli mnie humor najdzie,
będę i bogiem
co w dłoni, przez moment
będzie trzymał cały swój świat
z zewnątrz, bliski jestem wypadku
gdy z weną, poruszam się na nów
widzę jednak wiele
tyle co leży,
rośnie i maleje
a czemu ja nadałem ton
rusza mnie to
móc się rozhuśtać, wiedząc, że mam do tego siłę
jak astronauci
być o kawałek bliżej
tych jasnych, pięknych gwiazd
nie powinienem
lecz, kto powinien?
dlaczego, by nie?
zawsze to było, dlaczego by tak
wyskoczyć
spaść jak meteoryt
wszystkiemu się przypatrywać i nareszcie,
w pełni pojmować