ja bym tak nie
mógł bym być może
byłbym w stanie stać się
istotą z istoty nieważką
stanąć na wysokości taboretu
osiągnąć stan chwiejnej osobowości
i ze spokojem ducha
zmienić oblicze ciała
tego ciała
Lecę płaskim chropym śmigiem
poza krawędź mego ja
Kleję sie do lepkich zwideł
szczuję do samego dna.
Skrzydeł szumią pióropusze,
orle pióra stroić chcę.
Przyrastają zrzędła krucze,
ciężkie od duszących mgieł.
Krytym kosem ciągnę ciężko
zachłystując się oddechem.
Wiążą cienie moje plecy
Płaszcz na głowę wieszą miechem.
Bryję sie ciężkmi stopy,
nazbyt gliny tutaj w bród.
Rozparzone brną parzochy
w odtajały nibylód.
Lądolody wybujałe,
niedomyte , niudotarte
coraz bliżej naszczekują
zęby kładą swe na wartę.
Na zasypkę odlatują
stróże, nietoperze gołe.
Ostatnim lecę pokotem,
wydechem, piersi żywiołem.