Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
jan_komułzykant

jan_komułzykant


pomyłka w tekście

 

kiedy opuszczą cię najbliżsi

bo nieprzydatny już się stałeś

pod dywan wmiotą święci wszyscy

całą wyniosą w kubłach pamięć

 

zatrzasną myśli jak drzwi twoje

i klucz przekażą obcej dłoni
ze zdjęć czas wytnie twoją głowę
w pył zetrze ślad jak kurze z kronik

 

na cztery spusty się nie zamknij

i nie wylewaj żalu nocą

wszelkie wyważaj w sercach zamki

rozdzieraj szarp zdążysz odpocząć

 

kiedy ostatnie stłumisz słowa

bo śmiech radosny wybrzmiał z ciszy
resztką nadziei w przyszłość popatrz

z ufnością którą przecież słyszysz

 

choćby na łokciach chodzić przyszło

celu i miejsc wyszukaj w sobie

a dojdziesz wszędzie tam gdzie miłość

wciąż miłość goni nie jej koniec

 

nie zamknij się na cztery spusty

gdy umysł zwodzi że już błądzisz

na przekór wszystkim szept ten usłysz

rozdzieraj szarp odpocząć zdążysz

 

 

 

 

 

 

 

kiedy opuszczą cię najbliżsi

bo nieprzydatny już się stałeś

pod dywan wmiotą święci wszyscy

całą wyniosą w kubłach pamięć

 

zatrzasną myśli jak drzwi twoje

i klucz oddadzą cudzej dłoni
ze zdjęć czas wytnie twoją głowę
w pył zetrze ślad jak kurze z kronik

 

na cztery spusty się nie zamknij

i nie wylewaj żalu nocą

wszelkie wyważaj w sercach zamki

rozdzieraj szarp zdążysz odpocząć

 

kiedy ostatnie stłumisz słowa

bo śmiech radosny wybrzmiał z ciszy
resztką nadziei w przyszłość popatrz

z ufnością którą przecież słyszysz

 

choćby na łokciach chodzić przyszło

celu i miejsc wyszukaj w sobie

a dojdziesz wszędzie tam gdzie miłość

wciąż miłość goni nie jej koniec

 

nie zamknij się na cztery spusty

gdy umysł zwodzi że już błądzisz

na przekór wszystkim szept ten usłysz

rozdzieraj szarp odpocząć zdążysz

 

 

 

 

 

 

 

kiedy opuszczą cię najbliżsi

bo nieprzydatny już się stałeś

pod dywan wmiotą święci wszyscy

całą wyniosą w kubłach pamięć

 

zatrzasną myśli jak drzwi twoje

i klucz oddadzą w cudze dłonie
ze zdjęć czas wytnie twoją głowę
w pył zetrze ślad jak kurze z kronik

 

na cztery spusty się nie zamknij

i nie wylewaj żalu nocą

wszelkie wyważaj w sercach zamki

rozdzieraj szarp zdążysz odpocząć

 

kiedy ostatnie stłumisz słowa

bo śmiech radosny wybrzmiał z ciszy
resztką nadziei w przyszłość popatrz

z ufnością którą przecież słyszysz

 

choćby na łokciach chodzić przyszło

celu i miejsc wyszukaj w sobie

a dojdziesz wszędzie tam gdzie miłość

wciąż miłość goni nie jej koniec

 

nie zamknij się na cztery spusty

gdy umysł zwodzi że już błądzisz

na przekór wszystkim szept ten usłysz

rozdzieraj szarp odpocząć zdążysz

 

 

  • Ostatnio w Warsztacie

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       

      Maniuś

       

      Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.

       

      Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.

       

      Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.

       

      Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.

       

      Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.

       

      Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".

       

      W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie.

      Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.

       

      Edytowane przez Poet Ka
      wstawienie ilustracji (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Dinis, Król Rolnik i plantator sosny, Spotkawszy żonę niosącą chleb skrycie – A był on dla niej mężem bezlitosnym – "Co niesiesz?" – spytał. "Róże, na me życie!" – Rzekła Isabel. Fartuch kłamstwo schowa? "Jakże to, w styczniu?" – dociskał dręczyciel. Ale że biednym służyła królowa, Niebo ruszyło z odsieczą rychliwą I zamiast chleba – Dinis się dziwował – W fartuchu róże barwą osobliwą, Złotokremową odbłysnęły słońcu, Ciesząc niewinną, tudzież świątobliwą, Kłując pysznego, który jednak w końcu Pomyślał: Może sadzić w tym miesiącu?
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Maniuś   Urodziłem się tuż po pierwszej wojnie światowej w Poniatach – rodzinnym gnieździe Poniatowskich herbu Ciołek. Dzisiaj, kiedy nie ma mnie już na tym świecie od niemal czterdziestu lat, moja wnuczka może łatwo sprawdzić w internecie i przeczytać mądrości, że to wcale „nie z tych” Poniatowskich. Ale jak to nie z tych? Skoro z Poniatowskich herbu Ciołek, to przecież, że z tych! Ziemia Zakroczymska była w czasach szlacheckich ważnym ośrodkiem, miejscem kontaktów z władzami królewskimi. Było tam wielu królewskich urzędników.   Jako malec zupełnie się nad tym nie zastanawiałem. A gdy podrosłem, „zostałem” mieszczaninem i robotnikiem. Czasy powojenne były łaskawsze dla chłopów i ludzi pracy. Wtedy niechętnie mówiło się głośno o tym, że przodkowie mieli jakiś herb albo walczyli w narodowych powstaniach. Takie tajemnice lepiej było trzymać w domu.   Gdy byłem jeszcze chłopcem, przenieśliśmy się ze wsi do miasta. Położone było nad piękną, szeroką rzeką, która swoje źródło miała daleko na Kresach. Zamieszkaliśmy na terenach podmiejskich. Ich urok polegał na tym, że na niewielkim kawałku ziemi można było prowadzić własne, tycie gospodarstwo.   Mieliśmy tam wszystko: trochę pola, konie, krowy, owce, kury, indyki i kaczki. Mama i tata nie opływali w luksusy, ale byliśmy samowystarczalni. Żyliśmy z płodów ziemi i z tego, co sami wyhodowaliśmy. Tatuś dodatkowo zarabiał na handlu końmi, a mamusia wkładała całe serce i czas w hodowlę drobiu. To był nasz bezpieczny świat.   Do szkoły nawet lubiłem chodzić. Najbardziej ciekawiła mnie historia oraz polska literatura. Często jednak wygrywało we mnie zwykłe, chłopięce lenistwo. Zdarzało mi się rzucić tornister za przydrożny płot i uciec z kolegami z klasy na wagary. Mówiło się wtedy, że bumelujemy. Całe dnie spędzaliśmy na kąpielach w rzece i zabawie w gęstym lesie.   Mimo tych ucieczek, sporo ze szkoły zapamiętałem na całe życie. Miałem dobrą pamięć do wierszy i piosenek. Uwielbiałem recytować „Powrót taty” Mickiewicza albo bajkę „O Janku, co psom szył buty”. W dorosłym życiu chętnie śpiewałem stare melodie: „Jarzębinę czerwoną”, „W pielgrzymiej szacie”, „Malowany wózek” czy "Czarną morową".   W głębi duszy byłem jednak samotnikiem. Największą radość sprawiało mi... siedzenie na dachu przydomowej szopy. Mogłem tam spędzać godziny, wpatrując się w niebo i obserwując krążące nad domem gołębie. Wszystko zmieniło się, kiedy poznałem Klarę. Bardzo zbliżyliśmy się do siebie i od tamtej pory staliśmy się już na zawsze niemal nierozłączni.  
    • Ograna w czasu saz cwana RGO    
    • Ograna w czasu saz cwana R.G.O.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...