Przechodzą cicho, mając przeszklone spojrzenia. W przedpokoju. W pokoju.
W noc ciemną i tkliwą. W noc majową. W pełną szumiących liści,
pełną drzew, gałęzi, podziemnych korzeni.
I w tę noc podążają moje złudy, widma… Te moje odwieczne
i wciąż milczące od lat pięćdziesięciu chore iluminacje.
Przepoczwarzają się. To znów nieruchomieją.
Ale są. I płyną naprzeciw obłokom bez-szepnie.
Albo szepczą jak wiatr na przekór milczenia.
Albo stwarzają się od początku. I znowu. I wiecznie…
Dręczy mnie ta struna.
Zaciska się
coraz ciaśniej.
W bolesnym
skowycie
powolnego rozpadu.
W progu uchylonych drzwi leży zakurzone truchło jakiegoś ptaka.
Szkielet obsypany piórami.
I ten szkielet podobny raczej do szkieletu człowieka,
lecz z białą podłużną czaszką i z otwartym w jakimś zastygłym grymasie dziobem.
I z czarnymi oczodołami niewidzącej śmierci.
Tej samej, która naznaczyła spojrzenia
mojej matki i ojca,
kiedy ich oczy wyrastały z czarnej, błotnistej, mokrej od deszczu ziemi.
Wyrastały jak kiełkujące pąki jakiejś melancholii spomiędzy kwiatów białych chryzantem.
A więc rozbił się
przed wiekami
ten ptak, nie-ptak.
Roztrzaskał w koszącym locie.
W gazetach pisano wtedy: to było samobójstwo.
(Włodzimierz Zastawniak, 2026-05-05)