ciemność ma masę
osacza nas
jak mokry aksamit
bezwzględna krzepnąca
starsza niż nasze imiona
nie szukam cię wzrokiem
wyrywam paznokciami
pulsującą krawędź twojej obecności
tam gdzie skóra przestaje być granicą
twój oddech
jak wrzące srebro
rozsadza mnie od środka
gęsty rytmiczny
tętno w moich tkankach
bliżej
twoje ciało paruje
wymyka się
pod opuszkami puls
wspólny
to już nie dotyk
ciemność nas spaja
wbija kręgosłup w kręgosłup
ścieramy się na pył
w moich żyłach płynie twoje imię którego już nie pamiętam
rozpuszczasz się we mnie
rozdziera nas skurcz
w samej głębi nas
twoje usta
tam stajemy się bezimienni
wszystko przedtem
wykrwawia się z imion
zostaje rozżarzony punkt
skowyt ciszy
cisza pęka
ciemność nas przeszywa
na wylot
staczamy się w tę wyrwę
konwulsja
i nagle
świat wybucha z nas