Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
michal_stefan

michal_stefan

Jezioro w nocy, zimą mróz dotkliwy — duszę swoją winę. Idę chłodny, inny.
Przenikliwy lód… splótł się ze mną w jedność.
Bosy życzeń taflą, czuć moją obecność.
Księżyc lśniący, cichy… gwiazdy, sowy, lisy.

 

- Proszę pokłon się — świat ujrzyj nowy, cudny.

Cóż to? Słyszę głosy, ale nie natury. Może duchy? Chcą zapłaty — kreatury.
Dmący wiatr i sosny razem grają hymny.
Czyjeś świecą oczy… czyżby to Marzanny?
Kroczę znów strapiony… kory, cisy, wrony.

 

- Pokłoń proszę — grany świat miłością nuty.

 

Liną magii, wonią włosów opętany.
Las misterny i drzew groby… szumy wody.
Oddech zimy — głos tajemny, głos nieznany…

 

- Wciąż apetyt wilczy, piękny ubiór szyty.
Oczy to błękity, hafty lub szafiry. 
Krą, polaną. Uwielbiają, albo gardzą.
Pragną wszyscy. Gdy już mają — zwykła kradzież, ale jestem rozbój, grabież.
Styczeń… tylko chwilą istnień, potem prysnę.
Czerwiec… mocą westchnień, potem milknę.
Kimże jestem?

 

michal_stefan

michal_stefan

Jezioro w nocy, zimą mróz dotkliwy — duszę swoją winę. Idę chłodny, inny.
Przenikliwy lód… splótł się ze mną w jedność.
Bosy życzeń taflą, czuć moją obecność.
Księżyc lśniący, cichy… gwiazdy, sowy, lisy.

 

- Proszę pokłon się — świat ujrzyj nowy, cudny.

Cóż to? Słyszę głosy, ale nie natury. Może duchy? Chcą zapłaty — kreatury.
Dmący wiatr i sosny razem grają hymny.
Czyjeś świecą oczy… czyżby to Marzanny?
Kroczę znów strapiony… kory, cisy, wrony.

 

- Pokłoń proszę — grany świat miłością nuty. 

Liną magii, wonią włosów opętany.


Las misterny i drzew groby… szumy wody.
Oddech zimy — głos tajemny, głos nieznany…

 

- Wciąż apetyt wilczy, piękny ubiór szyty.
Oczy to błękity, hafty lub szafiry. 
Krą, polaną. Uwielbiają, albo gardzą.
Pragną wszyscy. Gdy już mają — zwykła kradzież, ale jestem rozbój, grabież.
Styczeń… tylko chwilą istnień, potem prysnę.
Czerwiec… mocą westchnień, potem milknę.
Kimże jestem?

 

  • Ostatnio w Warsztacie

    •     Zaczął duchowo przygotowywać się na skok stulecia, jego głowę wypełniły podniecające scenariusze, o tyle słodsze, o ile dyskretniejsze i głębiej pochowane gdzieś w dziecięcym światku. Karol postawił mur fabryki między sobą a światem dorosłym, tylko po to, żeby móc go własnoręcznie zburzyć, z pozdzieranymi knykciami, obscenicznie przywitać starszych w ich własnym salonie. Myśli te mąciły nastoletnią głowę - jedząc obiad, kończył powtarzać swój rozpoznawczy obchód, w szkolnej ławce szukał najłatwiejszego punktu wejścia (tam fabrykę odznaczał jedynie smukły komin, sterczący na planie osiedla jak kulfon radzieckiego urbanisty) .

          Kiedy przeczołgiwał się pod ogrodzeniem, na początku przenosząc na drugą stronę samą głowę, potem powoli wciągając tors, rozgrzewał wokół siebie przymrozek poranka, ostatecznie wypychając się w całości na drugą stronę falowanej blachy. Karol rozprostował nogi, otrzepał pył ze spodni, a wraz z nim, na placu powstała nowa siła - magnetyzm tego miejsca przestał zdawać się siłą przyciągającą tutaj chłopczyka, wsiąknął w niego samego, jego wibracje czuć można było w rozchodzącym się cieple, w lekkim, elektrycznym, brzęczeniu w uszach, w malutkich wibracjach każdej tkanki, możliwych do wyczucia przy wystarczającym skupieniu (pobudzone w tym momencie krążenie zdało się Karolowi czymś o wiele magiczniejszym), co wszystko składało się na poczucie młodzieńczego zrywu wcześniej jedenastolatkowi nieznanego. Prawie że najniższy w swojej klasie, uczeń piątej klasy szkoły podstawowej zdał się tutaj nadczłowiekiem, członkiem kasty wydzielonej zarówno od dzieci jak i dorosłych, wszystkich trwających w ohydnym bezruchu i bezwiedzy, jednych, pchanych ospale przez życie zwierzęcością, drugich, swoją metafizyką. Drugą siłą, która musiała opanować każdego Ubermenscha, był strach. Jawił się pod postacią lekkiego bólu czy nudności, gdzieś pomiędzy brzuchem a plecami, oznaczał dziwne zatwardzenie w gardle, i szybszy pęd myśli, w tym momencie zdających się jakby zwolnieniem śluz na długo wypełnianym zbiorniku dojrzałości. 

          Pierwszy krok osłupił Karola, jego powaga prowadziła jedynie do strachu - nie dlatego, że był to krok przełomowy, ale dlatego, że jego ciężki, zimowy but z hałasem dotłukł już wcześniej potłuczone szkło. Zaspany gołąb sfrunął gdzieś z wysoka. Post-sowiecki panoptykon wrócił jeszcze na chwilę do włamywacza, tym razem z parą oczu w każdym sąsiednim oknie, co teraz Karol uznał za niezasługujące na krztę jego uwagi. Następny krok był już wartki, jego impet był obietnicą następnego, a następny obietnicą dalszych i dalszych. Elewacja rosła i rosła, aż stanęła na wyciągnięcie ręki. Mały dziewięciolatek w biało-złotej albie instynktownie zadarł w tym momencie głowę do góry, a kościelna wieża, rozsypała się pod jego błyszczącymi bucikami na suchy, ceglany pył. W pobliżu rozległo się bicie dzwonów. Ósma rano. Jakby to był jego sygnał, Karol postawił pierwszą nogę w miejscu wyłamanego okna, i sam nie wiedząc kiedy, znalazł siebie w pustej, industrialnej hali.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...