Tu nie ma pośpiechu, jest tylko trwanie,
wypełniona mrokiem przestrzeń
i świeca, która nie boi się nocy.
Jej drżący płomień to jedyny oddech;
w tej ciszy nie patrzę przed siebie,
bliżej mi do wnętrza.
Gładkiej, kruchej czaszki nie pochowam —
w dłoni zostanie jej chłód.
Na stole martwy splot rzemieni,
niepotrzebny ciężar dla ciała.
Księgi milczą, zastyga atrament,
płowieje wiedza o tym, co było.
Zostaje tylko światło —
oślepiający punkt na krawędzi nocy.