Dzisiejszej nocy byliśmy w Chełmnie. To małe miasto leżące na nadwiślańskich wzgórzach. Dolina Wisły w naszych okolicach rozciąga się dumnie i szeroko, niczym amazońska rzeka. W opowieści o rzece jest to, czego potrzeba do włóczęgi. Jest dolina porośnięta wszystkimi gatunkami bluszczy deszczowych lasów i zagubione małe wsie, gdzie tak dobrze jest pić piwo i wodę pod sklepem - w upał, w południe, w kurzu drogi, w zapachu letnich ziół.
Właśnie w ten sposób ocknąłem się o czwartej rano. Do piątej, dopóki Basia nie otworzyła oczu, leżałem, wsłuchując się w odgłosy domu. Oddychałem i bujałem myślami w okolicach sufitu, szepcząc poranne modlitwy. Później podałem kawę i słuchaliśmy Kate Bush. W pewnym momencie z płyty zaczęły śpiewać ptaki. W taki sposób, jak śpiewają w czerwcu - wcześnie rano. Kot Teofil wpatrywał się w sufit z otwartym pyszczkiem, szukając tam ptaków i resztek porannych pacierzy. Razem śmialiśmy się z niego i wtedy pomyślałem sobie, że śnię. Nie chciałeś się obudzić.