Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Migrena

Migrena

 

 

 

idę przez siebie
jak przez dom po pożarze

ściany jeszcze stoją
ale wszystko co miało imię
wsiąkło w tynk

oddycham dymem

twoje byłaś

twoje byłeś

puchną tu jak echo
które straciło usta
a jednak nie potrafi umrzeć

dotykam powietrza

stawia opór
ma twoją gęstość

jest szorstkie jak wapno
zdziera mi skórę z dłoni
gdy próbuję się przez nie przebić


pamięta więcej niż ja

wypukłość obojczyka
ciężar dłoni

nagle
nie mam gdzie odłożyć ciała

każdy centymetr podłogi
zajęła twoja nieobecność

łóżko jest nekropolią

zagięcia prześcieradła
to rany krajobrazu

bawełna parzy mrozem
każde włókno
pilnuje kształtu twoich bioder
którego nie śmiem zgnieść


granice państwa
którego już nikt nie uzna

tylko noc jest wierna
przynosi mi cię w strzępach

we włosie wbitym w poduszkę
w chłodnym wgłębieniu ciszy

w oddechu
który wychodzi ze mnie
i nie wraca

tęsknota nie jest brakiem

tęsknota jest obecnością
odwróconą plecami

stoi we mnie
i pije mój oddech

rośnie

jak pęknięcie w szkle

z każdą sekundą
uczy się światła

tylko po to
by mnie oślepić

chciałbym zapomnieć

ale pamięć ma korzenie
głębsze niż sen

pije mnie powoli
bez pośpiechu

twoje imię już nie krzyczy

sączy się cicho
jak rdza

zaciera gwinty moich gestów
skleja powieki
aż staję się pomnikiem
postawionym na twoją cześć
w samym środku niczego


i zostaje

nie ma dla mnie końca

wszystko co było
nie umarło

tylko zmieniło ciężar

i teraz mieszka we mnie
bez wyjścia

chodzę z tym światłem po tobie

jak z raną
która nauczyła się świecić

nie potrafię przestać

bo ta tęsknota
to jedyny dowód

że miłość była prawdziwa

że wydarzyła się naprawdę

i dlatego boli

tak długo

aż ból staje się jedyną rzeczą
którą rozpoznaję w lustrze
moją nową twarzą


w której zapisane jest

twoje  imię

 

 

 


 


 

Migrena

Migrena

 

 

 

idę przez siebie
jak przez dom po pożarze

ściany jeszcze stoją
ale wszystko co miało imię
wsiąkło w tynk

oddycham dymem

twoje byłaś

twoje byłeś

puchną tu jak echo
które straciło usta
a jednak nie potrafi umrzeć

dotykam powietrza

stawia opór
ma twoją gęstość

jest szorstkie jak wapno
zdziera mi skórę z dłoni
gdy próbuję się przez nie przebić


pamięta więcej niż ja

wypukłość obojczyka
ciężar dłoni

nagle
nie mam gdzie odłożyć ciała

każdy centymetr podłogi
zajęła twoja nieobecność

łóżko jest nekropolią

zagięcia prześcieradła
to rany krajobrazu

bawełna parzy mrozem
każde włókno
pilnuje kształtu twoich bioder
którego nie śmiem zgnieść


granice państwa
którego już nikt nie uzna

tylko noc jest wierna
przynosi mi cię w strzępach

we włosie wbitym w poduszkę
w chłodnym wgłębieniu ciszy

w oddechu
który wychodzi ze mnie
i nie wraca

tęsknota nie jest brakiem

tęsknota jest obecnością
odwróconą plecami

stoi we mnie
i pije mój oddech

rośnie

jak pęknięcie w szkle

z każdą sekundą
uczy się światła

tylko po to
by mnie oślepić

chciałbym zapomnieć

ale pamięć ma korzenie
głębsze niż sen

pije mnie powoli
bez pośpiechu

twoje imię już nie krzyczy

sączy się cicho
jak rdza

zaciera gwinty moich gestów
skleja powieki
aż staję się pomnikiem
postawionym na twoją cześć
w samym środku niczego


i zostaje

nie ma dla mnie końca

wszystko co było
nie umarło

tylko zmieniło ciężar

i teraz mieszka we mnie
bez wyjścia

chodzę z tym światłem po tobie

jak z raną
która nauczyła się świecić

nie potrafię przestać

bo ta tęsknota
to jedyny dowód

że miłość była prawdziwa

że wydarzyła się naprawdę

i dlatego boli

tak długo

aż ból staje się jedyną rzeczą
którą rozpoznaję w lustrze
moją nową twarzą


w której zapisane jest

twoje  imię

 

 

 


 


 

Migrena

Migrena

 

 

 

idę przez siebie
jak przez dom po pożarze

ściany jeszcze stoją
ale wszystko co miało imię
wsiąkło w tynk

oddycham dymem

twoje byłaś

twoje byłeś

puchną tu jak echo
które straciło usta
a jednak nie potrafi umrzeć

dotykam powietrza

stawia opór
ma twoją gęstość

jest szorstkie jak wapno
zdziera mi skórę z dłoni
gdy próbuję się przez nie przebić


pamięta więcej niż ja

wypukłość obojczyka
ciężar dłoni

nagle
nie mam gdzie odłożyć ciała

każdy centymetr podłogi
zajęła twoja nieobecność

łóżko jest nekropolią

zagięcia prześcieradła
to rany krajobrazu

bawełna parzy mrozem
każde włókno
pilnuje kształtu twoich bioder
którego nie śmiem zgnieść


granice państwa
którego już nikt nie uzna

tylko noc jest wierna
przynosi mi cię w strzępach

we włosie wbitym w poduszkę
w chłodnym wgłębieniu ciszy

w oddechu
który wychodzi ze mnie
i nie wraca

tęsknota nie jest brakiem

tęsknota jest obecnością
odwróconą plecami

stoi we mnie
i pije mój oddech

rośnie

jak pęknięcie w szkle

z każdą sekundą
uczy się światła

tylko po to
by mnie oślepić

chciałbym zapomnieć

ale pamięć ma korzenie
głębsze niż sen

pije mnie powoli
bez pośpiechu

twoje imię już nie krzyczy

sączy się cicho
jak rdza

zaciera gwinty moich gestów
skleja powieki
aż staję się pomnikiem
postawionym na twoją cześć
w samym środku niczego


i zostaje

nie ma dla mnie końca

wszystko co było
nie umarło

tylko zmieniło ciężar

i teraz mieszka we mnie
bez wyjścia

chodzę z tym światłem po tobie

jak z raną
która nauczyła się świecić

nie potrafię przestać

bo ta tęsknota
to jedyny dowód

że miłość była prawdziwa

że wydarzyła się naprawdę

i dlatego boli

tak długo

aż ból staje się jedyną rzeczą
którą rozpoznaję w lustrze
moją nową twarzą


w której zapisane jest

twoje ostatnie imię

 

 

 


 


 

Migrena

Migrena

 

 

 

idę przez siebie
jak przez dom po pożarze

ściany jeszcze stoją
ale wszystko co miało imię
wsiąkło w tynk

oddycham dymem

twoje byłaś

twoje byłeś

puchną tu jak echo
które straciło usta
a jednak nie potrafi umrzeć

dotykam powietrza

stawia opór
ma twoją gęstość

jest szorstkie jak wapno
zdziera mi skórę z dłoni
gdy próbuję się przez nie przebić


pamięta więcej niż ja

wypukłość obojczyka
ciężar dłoni

nagle
nie mam gdzie odłożyć ciała

każdy centymetr podłogi
zajęła twoja nieobecność

łóżko jest nekropolią

zagięcia prześcieradła
to rany krajobrazu

bawełna parzy mrozem
każde włókno
pilnuje kształtu twoich bioder
którego nie śmiem zgnieść


granice państwa
którego już nikt nie uzna

tylko noc jest wierna
przynosi mi cię w strzępach

we włosie wbitym w poduszkę
w chłodnym wgłębieniu ciszy

w oddechu
który wychodzi ze mnie
i nie wraca

tęsknota nie jest brakiem

tęsknota jest obecnością
odwróconą plecami

stoi we mnie
i pije mój oddech

rośnie

jak pęknięcie w szkle

z każdą sekundą
uczy się światła

tylko po to
by mnie oślepić

chciałbym zapomnieć

ale pamięć ma korzenie
głębsze niż sen

pije mnie powoli
bez pośpiechu

twoje imię już nie krzyczy

sączy się cicho
jak rdza

zaciera gwinty moich gestów
skleja powieki
aż staję się pomnikiem
postawionym na twoją cześć
w samym środku niczego


i zostaje

nie ma dla mnie końca

wszystko co było
nie umarło

tylko zmieniło ciężar

i teraz mieszka we mnie
bez wyjścia

chodzę z tym światłem po tobie

jak z raną
która nauczyła się świecić

nie potrafię przestać

bo ta tęsknota
to jedyny dowód

że miłość była prawdziwa

że wydarzyła się naprawdę

i dlatego boli

tak długo

aż ból staje się jedyną rzeczą
którą rozpoznaję w lustrze
moją nową twarzą


w której zapisane jest twoje ostatnie imię



 

Migrena

Migrena

 

 

 

idę przez siebie
jak przez dom po pożarze

ściany jeszcze stoją
ale wszystko co miało imię
wsiąkło w tynk

oddycham dymem

twoje byłaś

twoje byłeś

puchną tu jak echo
które straciło usta
a jednak nie potrafi umrzeć

dotykam powietrza

stawia opór
ma twoją gęstość

jest szorstkie jak wapno
zdziera mi skórę z dłoni
gdy próbuję się przez nie przebić


pamięta więcej niż ja

wypukłość obojczyka
ciężar dłoni

nagle
nie mam gdzie odłożyć ciała

każdy centymetr podłogi
zajęła twoja nieobecność

łóżko jest nekropolią

zagięcia prześcieradła
to rany krajobrazu

bawełna parzy mrozem
każde włókno
pilnuje kształtu twoich bioder
którego nie śmiem zgnieść


granice państwa
którego już nikt nie uzna

tylko noc jest wierna
przynosi mi cię w strzępach

we włosie wbitym w poduszkę
w chłodnym wgłębieniu ciszy

w oddechu
który wychodzi ze mnie
i nie wraca

tęsknota nie jest brakiem

tęsknota jest obecnością
odwróconą plecami

stoi we mnie
i pije mój oddech

rośnie

jak pęknięcie w szkle

z każdą sekundą
uczy się światła

tylko po to
by mnie oślepić

chciałbym zapomnieć

ale pamięć ma korzenie
głębsze niż sen

pije mnie powoli
bez pośpiechu

twoje imię już nie krzyczy

sączy się cicho
jak rdza

zaciera gwinty moich gestów
skleja powieki
aż staję się pomnikiem
postawionym na twoją cześć
w samym środku niczego


i zostaje

nie ma dla mnie końca

wszystko co było
nie umarło

tylko zmieniło ciężar

i teraz mieszka we mnie
bez wyjścia

chodzę z tym światłem po tobie

jak z raną
która nauczyła się świecić

nie potrafię przestać

bo ta tęsknota
to jedyny dowód

że miłość była prawdziwa

że wydarzyła się naprawdę

i dlatego boli

tak długo

aż ból staje się jedyną rzeczą
którą rozpoznaję w lustrze
moją nową twarzą


w której zapisane jest twoje ostatnie imię



https://youtube.com/shorts/F03KKn3B7X4?is=gq5pRXwPMi4K4Tfn

Migrena

Migrena

 

 

 

idę przez siebie
jak przez dom po pożarze

ściany jeszcze stoją
ale wszystko co miało imię
wsiąkło w tynk

oddycham dymem

twoje byłaś

twoje byłeś

puchną tu jak echo
które straciło usta
a jednak nie potrafi umrzeć

dotykam powietrza

stawia opór
ma twoją gęstość

jest szorstkie jak wapno
zdziera mi skórę z dłoni
gdy próbuję się przez nie przebić


pamięta więcej niż ja

wypukłość obojczyka
ciężar dłoni

nagle
nie mam gdzie odłożyć ciała

każdy centymetr podłogi
zajęła twoja nieobecność

łóżko jest nekropolią

zagięcia prześcieradła
to rany krajobrazu

bawełna parzy mrozem
każde włókno
pilnuje kształtu twoich bioder
którego nie śmiem zgnieść


granice państwa
którego już nikt nie uzna

tylko noc jest wierna
przynosi mi cię w strzępach

we włosie wbitym w poduszkę
w chłodnym wgłębieniu ciszy

w oddechu
który wychodzi ze mnie
i nie wraca

tęsknota nie jest brakiem

tęsknota jest obecnością
odwróconą plecami

stoi we mnie
i pije mój oddech

rośnie

jak pęknięcie w szkle

z każdą sekundą
uczy się światła

tylko po to
by mnie oślepić

chciałbym zapomnieć

ale pamięć ma korzenie
głębsze niż sen

pije mnie powoli
bez pośpiechu

twoje imię już nie krzyczy

sączy się cicho
jak rdza

zaciera gwinty moich gestów
skleja powieki
aż staję się pomnikiem
postawionym na twoją cześć
w samym środku niczego


i zostaje

nie ma dla mnie końca

wszystko co było
nie umarło

tylko zmieniło ciężar

i teraz mieszka we mnie
bez wyjścia

chodzę z tym światłem po tobie

jak z raną
która nauczyła się świecić

nie potrafię przestać

bo ta tęsknota
to jedyny dowód

że miłość była prawdziwa

że wydarzyła się naprawdę

i dlatego boli

tak długo

aż ból staje się jedyną rzeczą
którą rozpoznaję w lustrze
moją nową twarzą


w której zapisane jest twoje ostatnie imię



https://youtube.com/shorts/F03KKn3B7X4?is=gq5pRXwPMi4K4Tfn



×
×
  • Dodaj nową pozycję...