Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Migrena

Migrena

 

 

 

Rozrywam ciszę twoim imieniem -
cierniem, który świeci od środka gardła.

Nie dotykam cię.

Wydobywam cię z nicości
jak ogień, który przypomina sobie kamień.

Iskra po iskrze
uczysz się istnieć pod moimi ustami.

Jesteś mapą płynnego złota,
czytaną wargami
w sekundzie rozdartej na bezczas,
tam, gdzie ciało znosi konstytucję formy
i ogłasza własne przykazania pulsowania.

Twoje biodra - przypływ,
który podmywa fundamenty mojego "powinienem”.

Moje dłonie - ptaki głodne wysokości,
zakładają gniazda w łuku twoich kręgów.

Nie ma skóry.

Jest prąd.

Magma pod cienką skorupą imienia.

Dwa słońca zderzone zbyt blisko -
światło przestaje być światłem,
staje się raną jasności.

Wgryzam się w twoją duszę przez mięśnie,
przez drżenie,
przez pot,
aż każdy jęk staje się księgą ognia,
którą zapisuję paznokciem powietrza,
oddechem,
krwią krążącą jak wspólny alfabet.

To nie miłość.

To piec hutniczy istnienia.

Biały żar,
w którym "ja” i "ty” są tylko rudą,
a zostaje stop,
bezimienny,
nierozdzielny,
cięższy od gwiazd.

Piję twój oddech
jak ostatni tlen przed narodzinami kosmosu.

Jesteś katedrą z kości.

Ja - herezją, która modli się płomieniem.

Klęczę.

Płonę.

Rozpadam się w świetlistą winę.

Każdy ruch - zniesienie granicy.
Każdy dreszcz - triumf nad formą.

Każde zbliżenie - dowód,
że granica była tylko wspomnieniem lęku.

Niech pękną niebiosa.

Niech czas rozsypie się w popiół sekund.

Stajemy się osobliwością -
punktem, w którym grawitacja traci pamięć,
a wszechświat zapada się w jeden
spazm światła.

Zostaje tylko litera.

Naga.

Oślepiająca.

Jednia.

Biel, która nie ma już przeciwieństwa.

 

 

 

 

 

 

 

Migrena

Migrena

 

 

 

Rozrywam ciszę twoim imieniem -
cierniem, który świeci od środka gardła.

Nie dotykam cię.

Wydobywam cię z nicości
jak ogień, który przypomina sobie kamień.

Iskra po iskrze
uczysz się istnieć pod moimi ustami.

Jesteś mapą płynnego złota,
czytaną wargami
w sekundzie rozdartej na bezczas,
tam, gdzie ciało znosi konstytucję formy
i ogłasza własne przykazania pulsowania.

Twoje biodra - przypływ,
który podmywa fundamenty mojego "powinienem”.

Moje dłonie - ptaki głodne wysokości,
zakładają gniazda w łuku twoich kręgów.

Nie ma skóry.

Jest prąd.

Magma pod cienką skorupą imienia.

Dwa słońca zderzone zbyt blisko -
światło przestaje być światłem,
staje się raną jasności.

Wgryzam się w twoją duszę przez mięśnie,
przez drżenie,
przez pot,
aż każdy jęk staje się księgą ognia,
którą zapisuję paznokciem powietrza,
oddechem,
krwią krążącą jak wspólny alfabet.

To nie miłość.

To piec hutniczy istnienia.

Biały żar,
w którym "ja” i "ty” są tylko rudą,
a zostaje stop,
bezimienny,
nierozdzielny,
cięższy od gwiazd.

Piję twój oddech
jak ostatni tlen przed narodzinami kosmosu.

Jesteś katedrą z kości.

Ja - herezją, która modli się płomieniem.

Klęczę.

Płonę.

Rozpadam się w świetlistą winę.

Każdy ruch - zniesienie granicy.
Każdy dreszcz - triumf nad formą.

Każde zbliżenie - dowód,
że granica była tylko wspomnieniem lęku.

Niech pękną niebiosa.

Niech czas rozsypie się w popiół sekund.

Stajemy się osobliwością -
punktem, w którym grawitacja traci pamięć,
a wszechświat zapada się w jeden
spazm światła.

Zostaje tylko litera.

Naga.

Oślepiająca.

Jednia.

Biel, która nie ma już przeciwieństwa.

 

 

 

 

 

 

 

Migrena

Migrena

 

 

 

Rozrywam ciszę twoim imieniem -
cierniem, który świeci od środka gardła.

Nie dotykam cię.

Wydobywam cię z nicości
jak ogień, który przypomina sobie kamień.

Iskra po iskrze
uczysz się istnieć pod moimi ustami.

Jesteś mapą płynnego złota,
czytaną wargami
w sekundzie rozdartej na bezczas,
tam, gdzie ciało znosi konstytucję formy
i ogłasza własne przykazania pulsowania.

Twoje biodra - przypływ,
który podmywa fundamenty mojego "powinienem”.

Moje dłonie - ptaki głodne wysokości,
zakładają gniazda w łuku twoich kręgów.

Nie ma skóry.

Jest prąd.

Magma pod cienką skorupą imienia.

Dwa słońca zderzone zbyt blisko -
światło przestaje być światłem,
staje się raną jasności.

Wgryzam się w twoją duszę przez mięśnie,
przez drżenie,
przez pot,
aż każdy jęk staje się księgą ognia,
którą zapisuję paznokciem powietrza,
oddechem,
krwią krążącą jak wspólny alfabet.

To nie miłość.

To piec hutniczy istnienia.

Biały żar,
w którym "ja” i "ty” są tylko rudą,
a zostaje stop,
bezimienny,
nierozdzielny,
cięższy od gwiazd.

Piję twój oddech
jak ostatni tlen przed narodzinami kosmosu.

Jesteś katedrą z kości.

Ja - herezją, która modli się płomieniem.

Klęczę.

Płonę.

Rozpadam się w świetlistą winę.

Każdy ruch - zniesienie granicy.
Każdy dreszcz - triumf nad formą.

Każde zbliżenie - dowód,
że granica była tylko wspomnieniem lęku.

Niech pękną niebiosa.

Niech czas rozsypie się w popiół sekund.

Stajemy się osobliwością -
punktem, w którym grawitacja traci pamięć,
a wszechświat zapada się w jeden
spazm światła.

Zostaje tylko litera.

Naga.

Oślepiająca.

Jednia.

Biel, która nie ma już przeciwieństwa.

 

 

 

 



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @violetta nie jakoś nie widzę tego
    • @Berenika97 Dziękuję bardzo za analizę i docenienie obrazów rozkwitania :). Bardzo dobrze to opisałaś.  To poczucie wyobcowania połączone z tym, że świat dalej płynie i obecność tych zwłok pod krzakiem nie ma żadnego znaczenia.   @Charismafilos No, rozbawiłeś mnie :) Nie pod UJ, ale tam to pewnie faktycznie może być tak brutalnie :)    
    • A więc dziś marcowa pełnia, tu wojny, bessy i hossy; A tam pełni Robaczego Księżyca z zaćmieniem losy. – Zaćmienia Księżyca z natury swej towarzyszą pełni, Księżyc się zaćmi, gdy drogi do swego węzła dopełni. Węzły są dwa: „Rahu” – północny – wstępujący, w tym dziś I „Ketu” – południowy – zstępujący. Nazwy zda się mi Bardziej fantastyczne to: „Caput Draconis” – „Głowa Smoka” Oraz przeciwna do niej „Cauda Draconis” – „Ogon Smoka”. I to coś znaczy? Podobno tak, i ja myślę, że anioł wie. Bo wbrew astrologom człowiek, choćby uczony, raczej nie. Nie, nie obserwowałem, bo zasłoniła jasność słońca I szare kotary kłębiących się smutnych chmur tysiąca. Lecz myślę, że szkoda, bo tu cichy kryzys, gdzieś naloty; Ktoś coś powiedział, lub gestem zrobił przykrość i co po tym? Gdy Księżyc Robaczy, i istotnie ziemia odetchnęła. Wciąż się sukniami zieleni i kwiatów nie ogarnęła, Lecz już ptacy w poranki pobudkami jej szczebiocą, Już jejś Marsie z towarzystwem górował, choć poza nocą. Myślę, że prócz ludzkich inne wpływy, osoby i moce Toczą cię ma części globu za wiosenne równonoce. A tam, chociam dziś niezdrów – sił u mnie tak skrajnie niewiele, Jak bywało znów przypłyną i się z Wami podzielę…! . . . Na koniec, przez noc, żeby nie było mi smętnie i łzawo, Przez gałęzie zajrzał mi Księżyc jak Słońce złotem żwawo.   Ilustracja: „Perchance”, pod dyktando Marcina Tarnowskiego „Księżyc zagląda przez okno”.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Annie   a może to nie ludzie chcą być jak czaty, Annie - tylko czaty uczą się być coraz bardziej ludzkie?    Twój wiersz lekko, ironicznie, ale bardzo celnie dotyka naszej epoki.     i tu tkwi jego moc !!!   super :)   pozdrawiam :)
    • Tak dla relacji  opartej na wzajemnym poszanowaniu   dla  melisy w kubku dla unikania cukru.   Dla  poezji po zmierzchu; rapującej dziewczyny z przedmieścia    Dla milczenia takiego, że  nie odpowiadamy na głupie pytania bo człowiek ma prawo do błędu     
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...