Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Nazajutrz, w sobotę, wstałem już o 6 rano. O wpół do ósmej przyszła do mnie teściowa i zastała zrobione przeze mnie gotowe śniadanie. Zjedliśmy razem śniadanie i gdzieś tak dziesięć po 8 poszliśmy do mieszkania pani Krysi i razem z nią wyruszyliśmy na dworzec autobusowy. Nasz autobus PKS odjeżdżał o godzinie dziesiątej i chodziło nam o to, żeby móc iść spacerkiem i zdążyć na niego. Zresztą skrót „PKS” od jakiegoś czasu znów oznaczał „Państwowa Komunikacja Samochodowa”, a status przedsiębiorstwa państwowego także w komunikacji autobusowej wracał znowu do łask. Przy czym te naprawdę państwowe PKSy miały w znacznej mierze charakter regionalno-lokalny. Ostateczny kształt publicznej komunikacji autobusowej był ciągle dyskutowany na najwyższym szczeblu. Co się zaś tyczy tych najdłuższych linii autobusowych, n.p. Z Gdańska do Warszawy, albo z wręcz z Gdańska do Krakowa, to rozważano, żeby je włączyć w struktury Polskich Kolei Państwowych albo Poczty Polskiej.

 

W drodze na dworzec moja teściowa zaczęła pani Krysi wyznawać, jakiego to doznała szoku, kiedy się dowiedziała, że Agnieszka trafiła za kratki i tak rozpoczęła się rozmowa pomiędzy dwoma kobietami o różnych matczynych troskach. Ja na te wywody teściowej specjalnie nie reagowałem. W końcu to Agnieszki ocena tego, co się z nią dzieje za murami więziennymi, była dla mnie najważniejsza. Po przyjściu na dworzec i dotarciu na stanowisko i po niezbyt długim oczekiwaniu nadjechał nasz autobus i tak rozpoczęła się nasza podróż. Kiedy już dotarliśmy autobusem do celu, spokojnym spacerkiem ruszyliśmy w kierunku zakładu karnego.

 

Niby powinienem być już przyzwyczajony do tej drogi do więzienia, ale jednak przechodził mnie ciągle pewien lekki dreszczyk, kiedy tam szliśmy. Wiem, że to może zabrzmi co najmniej dziwnie, ale czułem się, jak na swego rodzaju...pielgrzymce. Dlaczego takie myśli mi chodzą po głowie? Raz, że byłem w drodze do mojej żony, w której byłem i jestem zakochany na zabój. Ale po drugie też dlatego, że zakład karny coraz bardziej mi się kojarzył z... przybytkiem cnoty. W końcu więzienie ma być jak klasztor, miejscem uprawiania ascezy. A tam w środku moja żona, której jestem winny dozgonną wierność. W moich myślach i fantazjach jednostka penitencjarna zaczynała być wręcz jakimś sanktuarium. Ale nie zamierzałem się dzielić z obydwoma paniami, które mi towarzyszyły, tymi myślami, ponieważ obawiałem się albo byłem wręcz pewny, że nie zostanę zrozumiany. Kiedy przechodziliśmy przez pewien park zauważyłem:

 

- To jest chyba jeden z tych terenów zielonych, które więźniarki, w tym moja żona regularnie sprzątają. -

 

Od razu dostałem odpowiedź od pani Krysi:

 

- Że też pana żona mając wyższe wykształcenie musi wykonywać takie fizyczne prace, jak jakaś dziewucha po zawodówce.....

 

- Pani Krysiu – oznajmiłem zdecydowanym tonem – moja żona jest dziennikarką i poznawanie różnych segmentów naszej rzeczywistości, także od wewnątrz, jest jej zawodowym powołaniem.

 

Kiedy już dotarliśmy na miejsce, zostaliśmy wylegitymowani przez funkcjonariuszkę, a ja tej funkcjonariuszce przekazałem ubrania i buty dla Agnieszki, które moja żona chciała założyć wychodząc na przepustkę. Następnie udaliśmy się do pomieszczenia widzeń. Od razu po wejściu do budynku więziennego prawie ciągle było słychać walenie więziennych drewniaków o ziemię, związane najwyraźniej z chodzeniem więźniarek. Ten odgłos tworzył w budynku pewną atmosferę ciężkości, a tym samym dodawał zakładowi karnemu powagi. I jakoś, może nawet podświadomie, zacząłem być przekonany, że właśnie taki klimat powinien być w zakładzie karnym. Gdyby więc przyprowadzono mi żonę na widzenie na przykład w jakiejś sukience w kwiatki i balerinach zamiast drelichowej spódnicy i więziennych chodakach, to chyba bym odczuwał jakiś dysonans. No i kto wie... Może bym się nawet poskarżył w Ministerstwie Sprawiedliwości...W końcu jako obywatelowi i mężowi nie mogło mi być obojętne, jak jest wykonywana kara mojej żony...

 

W pomieszczeniu widzeń nie musieliśmy długo czekać na Agnieszkę. Została wprowadzona z grupą innych więźniarek, miała uśmiech na twarzy i zaczęła witanie i całowanie się od swojej mamy, potem przyszła kolej na panią Krysię, po której nieco zaskoczonej minie widać było, że rzeczywistość więzienna jest dla niej nowością. Potem przyszła kolej na mnie. Kiedy dotknęła swoimi słodkimi, uśmiechniętymi ustami moich ust, poczułem w genitaliach jej kolano oraz ból, następnie drugie jej kolano w tym samym miejscu i znowu ból.

 

- To było za to, co naopowiadałeś pani Krysi o naszym małżeństwie. - rzekła swoim najmilszym i jednocześnie nieco przyciszonym głosem. - O dalszych konsekwencjach porozmawiamy, jak będę już na przepustce.-

- A teraz siadaj, musimy wszyscy razem porozmawiać. - dodała po chwili radosnym głosem.

 

Ponieważ było nas cztery osoby, to usiedliśmy w kółku. Agnieszka siedziała z nogami zgiętymi w kolanach pod kątem prostym, z podudziami lekko odchylonymi w jej lewą stronę. Słowem- wyglądała jak bardzo grzeczna dziewczynka. Ja siedziałem dokładnie naprzeciw żony, teściowa i sąsiadka po moich bokach.

 

- No i jak minęła podróż? - zapytała nas wszystkich z rozpromienioną twarzą.

 

Ja się poczułem od razu zachęcony tym pytaniem, więc odparłem:

 

- W drodze od autobusu szliśmy tutaj przez pewien park. Czy także ten park sprzątacie.-

 

- Od kiedy tu trafiłam, to raczej wszystkie okoliczne parki sprzątałyśmy. - padła odpowiedź z ust mojej żony.- A więc pewno i ten.

- I jak? Ładnie wysprzątałyśmy? - dodała po chwili z zaciekawioną i rozpromienioną twarzą.

 

Teraz odezwała się pani Krysia:

 

- Że też pani, dziewczyna z wyższym wykształceniem, musi wykonywać takie podłe prace...

- I pewno jeszcze w tym drelichu i chodakach z literami ZK, żeby wszyscy patrzyli się na moją córkę, jak na jakąś podłą kryminalistkę... - dodała moja teściowa.

 

Odpowiedź Agnieszki nie kazała długo na siebie czekać:

- Pani Krysiu, jakież znowu podłe prace. Prace ogrodowe należą do najfaniejszych prac, jakie sobie można wyobrazić. Pani przecież też robi na działce...

- A co do ciebie, mamo, to wstydzić powinnam się tego, że jechałam nietrzeźwa, a nie tego, że mnie ludzie widzą w więziennym drelichu. Jak się narozrabiało, to trzeba mieć odwagę cywilną, żeby się do tego przyznać...- dodała po chwili nieco surowszym głosem.

 

-I że też w czymś takim musi się pani mężowi pokazywać... Przynajmniej na widzenia mogli by pani dać normalną odzież. - kontynuowała pani Krysia swoje użalanie się nad moją żoną.

- Ależ pani Krysiu, mój Marek jest wręcz zachwycony, jak mnie tak widzi...- powiedziała moja Aga i rzuciła figlarne spojrzenie w moim kierunku. - Widzi pani, jakimi oczętami się gapi na mnie...

 

Rzeczywiście miałem wrażenie, że moje wpatrzone w żonę oczy stawały się nieco mętne. Tak, jakbym patrzył na nią w jakimś śnie. Jej więzienna spódnica, obłe chodaki i do tego chustka na głowie dodawały jej kobiecości. Spod chustki wystawały jej kosmyki włosów – już sam nie wiem, czy zgodnie z przepisami, czy nie...

 

- No Mareczku, co się tak patrzysz na moje stopy? - kontynuowała swoim słodziutkim głosem- Chyba wiem, o co ci chodzi...

 

I kopnęła mnie najpierw jedną a potem drugą nogą.

 

- Hurra, teraz ja wygrałam, pierwsza go kopnęłam...- oznajmiła.

 

- Widzicie – zwróciła się następnie do swojej mamy i do sąsiadki – ten mój mąż-głuptas jest tu wszystkim zafascynowany...

 

- Nawet literami ZK na moich więziennych drewniakach. - dodała z nutą ironii.

 

- I makijażu pani pewno też nie wolno mieć. - pani Krystyna starała się kontynuować swoje użalanie nad moją żoną.

- Oj, to straszne...- padła szybka, ironiczna odpowiedź Agnieszki. - A wie pani, że funkcjonariuszki też nie mogą mieć makijażu? -

 

- A teraz koniec z tymi żalami! - zarządziła władczym głosem moja żona i rozpoczęła się rozmowa o tym, co słychać u pani Krysi, co słychać u rodziców Agnieszki, a także o tym, co słychać w naszym mieszkaniu, zostawionym pod moją opieką.

 

Kiedy już wychodziliśmy z widzenia, teściowa zwróciła się do nadzorującej te widzenie strażniczki:

 

- Proszę pani, muszę porozmawiać z panią naczelnik, kiedy to będzie możliwe?

- Pani naczelnik powinna tu się gdzieś kręcić...O, tam właśnie stoi.

 

Wszyscy razem podeszliśmy do naczelnik zakładu karnego. Teściowa odezwała się:

 

- Pani naczelnik, muszę z panią koniecznie porozmawiać o mojej córce, Agnieszce Zawadzkiej- Milewskiej, którą właśnie odwiedziłam tutaj...

- Ależ oczywiście, ale jest jeden warunek: W rozmowie musi uczestniczyć także pani zięć. Agnieszka wskazała bowiem swojego męża jako jedną z tych osób, którą darzy największym zaufaniem.

 

- Marek Milewski, mąż Agnieszki. - przedstawiłem się.

- Bardzo mi miło. -odpowiedziała naczelnik. - W takim razie zapraszam do mnie.

- Ja się w takim razie już pożegnam. Sama wrócę do domu. - zasygnalizowała pani Krysia.

 

Ja z teściową zostaliśmy poproszeni do pewnego pomieszczenia, gdzie naczelnik kazała nam usiąść przy stole i czekać na nią. Zza okna dochodziło miarowe klekotanie drewniaków. Podszedłem więc do okna i ujrzałem dosyć długi szereg więźniarek chodzących w kółko po więziennym podwórku. Zobaczyłem wśród nich także moją żonę idącą razem z Agatą.Obie dziewczyny zauważyły mnie, zaczęły się do mnie uśmiechać, mi kiwać i w końcu...przesłały mi całuski. Ja też się uśmiechnąłem, pomachałem dziewczynom, oddaliłem się od okna i wróciłem do stołu. Ta siermiężność tego chodzenia w kółko po spacerniaku w wykonaniu takich fantastycznych i jednocześnie tak siermiężnie ubranych dziewczyn, jak moja żona, bardzo mnie kręciła. Siermiężność siermiężnością, ale w końcu koło to także symbol doskonałości...

 

Po chwili weszła naczelnik, usiadła naprzeciwko nas i zwróciła się do teściowej:

 

To w takim razie słucham panią.

 

Teściowa od razu rozpoczęła swój wywód z dużą dawką emocji:

 

- Pani naczelnik, musi pani koniecznie wnioskować o przedterminowe zwolnienie mojej córki. Wiem, że pani może to zrobić. Agnieszka to porządna dziewczyna. Raz popełniła błąd, a ten sędzia ją zaraz na sześć miesięcy zamknął. Kto inny to by w takiej sytuacji dostał karę w zawieszeniu...A moja głupia córka to się nawet nie odwołała.

Naczelniczka odpowiedziała spokojnym głosem, nacechowanym rozwagą:

Proszę pani, ja bym się czuła zobowiązana wnioskować o przedterminowe zwolnienie pani córki, gdybym była przekonana, że pani córka jest na to gotowa. Niestety obawiam się, że tak nie jest...

 

Teściowa patrzyła niespokojnym, roztargnionym wzrokiem. Pani naczelnik kontynuowała:

 

- Agnieszka żałuje tej swojej jazdy w stanie nietrzeźwym. Ale żal i chęć poprawy to za mało. Potrzebna jest jeszcze wytrwałość w dążeniu do naprawy swojego życia i tu widzę u niej pewien problem. Widzę u niej pewną skłonność do niestabilności emocjonalnej,pewien lęk przed życiem...Owszem, co do zasady jest wręcz wzorową więźniarką. Ale, co będzie po wyjściu na wolność?

 

Pani naczelnik się nieco zamyśliła i po chwili kontynuowała:

 

- Jak już powiedziałam, Agnieszka jest, co do zasady wzorową więźniarką. Objawia się to w ten sposób, że troszczy się o wszystkich i o wszystkie możliwe sprawy. Jest bardzo uczynna i powszechnie lubiana przez inne więźniarki i funkcjonariuszki. Natomiast z troszczeniem się o swoje własne życie jest u niej nieco gorzej. Jakby chciała uciec od własnego życia, jakby się go bała. Ale skoro już mowa o przedterminowym zwolnieniu, to najważniejszym argumentem powinno być to, że Agnieszka zawsze otwarcie deklaruje, że nie chce przedterminowego zwolnienia, można wręcz powiedzieć, że się przed nim broni. Mam wrażenie, że zakład karny jest dla pani córki swego rodzaju stabilizatorem jej życia.

 

- Też coś! – odpowiedziała teściowa z nutą oburzenia – Żeby moja córka wolała pobyt za kratami od normalnego życia! Jak jakaś podła kryminalistka...

 

- Proszę tak nie mówić! - głos pani naczelnik brzmiał teraz bardzo stanowczo – Pani córka to bardzo wrażliwa dziewczyna. A to, co nam się wydaje normalnością, dla innego człowieka już może nie być takie normalne.

 

Słuchając tej rozmowy pewne rzeczy zaczęły mi się układać w głowie i w końcu doszedłem dw wniosku, że wreszcie powinienem zabrać głos:

 

- Przez długi czas traktowałem charakter mojej żony, jej różne wybryki z pewnym pobłażaniem. Ale teraz pewne rzeczy widzę, jak na dłoni. Na przykład te jej ekscesy alkoholowe, z których ostatni ją zaprowadził tutaj. To wynikało z tego, że rzeczywistość jaka ją otaczała, była dla niej zbyt wąska, czuła się w niej uwięziona, a wolność odnalazła, paradoksalnie, tutaj, za kratami. Są mężowie, którzy twierdzą, że dali swoim żonom wszystko. Ja bym nie śmiał czegoś takiego powiedzieć. Ja nie mogę dać Agnieszce wszystkiego, bo jest ona człowiekiem zbyt wielkiego formatu! Mogę, co najwyżej, Agnieszce towarzyszyć w jej dążeniach i pilnować, żeby te dążenia nie poszły w jakimś złym kierunku.

 

- Panie Marku – odpowiedziała mi pani naczelnik - bardzo mnie cieszy, że pan tak wnikliwie analizuje osobowość swojej żony. Kiedy Agnieszka stąd w końcu wyjdzie, będę ją mogła oddać w dobre, czyli w pana ręce. W każdym razie pojutrze wychodzi na tydzień na wolność. Proszę dobrze pilnować żony, żeby mi tu wróciła cała i zdrowa i żeby w czasie przepustki nic głupiego nie zrobiła.

 

Na tym się rozmowa z naczelniczką zakładu karnego zakończyła. Ja i teściowa udaliśmy się na dworzec, żeby następnie autobusem wrócić do domu. Podczas całej drogi rozmawialiśmy o bardzo zwyczajnych sprawach i między nami nie doszło do żadnej, nawet najmniejszej scysji. Kiedy już byłem u mnie w domu, to po wykonaniu pewnych drobnych prac porządkowych zająłem się czytaniem różnych mądrych książek i robieniem z nich notatek, a następnie nie pozostawało mi już nic innego, jak pójść spać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez UtratabezStraty (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@UtratabezStraty

 

Tekst ma kilka naprawdę wartościowych walorów literackich - Agnieszka to złożona, nieschematyczna bohaterka - wykształcona dziennikarka, która paradoksalnie znajduje stabilizację w więzieniu. Naczelniczka prowadzi wnikliwą, profesjonalną analizę- "żal i chęć poprawy to za mało. Potrzebna jest jeszcze wytrwałość" - to mądra obserwacja o procesie resocjalizacji. Ale brzmi trochę jakby z podręcznika. Naczelniczka mogłaby podać konkretne przykłady np Agnieszka pomogła jakieś osadzonej - oddając jej swoje pieniądze, bo była w potrzebie lub coś innego. Albo inne zachowania jako przykłady. ( Może w przyszłości ta osadzona jakoś się zrewanżuje.) Jeżeli jest lubiana - to dlaczego? 

Ciekawa jest autocenzura narratora - "ale nie zamierzałem się dzielić z obydwoma paniami tymi myślami" - świadomość, jak jego odczucia wyglądają z zewnątrz.

Niezłe dialogi, każda postać ma wyraźny głos - lamentująca sąsiadka, rzeczowa Agnieszka, zaniepokojona matka. Świetna refleksja - "Ja nie mogę dać Agnieszce wszystkiego, bo jest ona człowiekiem zbyt wielkiego formatu" - to dojrzałe uznanie ograniczeń i akceptacja partnera.


Nie podobała mi się dygresja -  cały akapit o reorganizacji PKS, Poczty Polskiej i struktur autobusowych - nic nie wnosi do akcji. Wielokrotne powracanie do tego samego - np. litery ZK, drelich, drewniaki. Za dużo zwrotów "po chwili", "następnie", "w końcu". I już na początku dwa zdania i dwa "śniadania" - niestylowe. :) 

 

Poza tym, dobrze się czyta, może wciągać.  Pozdrawiam. 

Opublikowano (edytowane)

@Berenika97

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Myślę, że to coś więcej, niż akceptacja partnera, to fascynacja albo wręcz idealizowanie swojej małżonki. Myślę, że wypowiedź Marka, że " jest ona człowiekiem zbyt wielkiego formatu", dobitnie o tym świadczy. Czy oznacza to akceptację Agnieszki taką, jaka ona jest? Myślę, że nie do końca. Według mnie Marek myśli w pewnym sensie, jak zdobywca. Żeni się z dziewczyną o silnej osobowości, wierząc jednocześnie, że jego małżonka dojdzie w pewnym momencie do takiego punktu, kiedy on w jej życiu będzie miał coś do powiedzenia albo będzie miał wręcz obowiązek poprowadzić ją silną ręką. Myślę, że Marek weźmie sobie do serca to co mówi pani naczelnik, czyli, że ma uważać na żonę, kiedy ta będzie na przepustce. Myślę zresztą, że za niedługo sama zobaczysz, jak to będzie...

Edytowane przez UtratabezStraty (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@UtratabezStraty

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Oczywiście, że według autora jego bohater może myśleć co tylko zechce. Autor go stwarza, "daje" myśli, duszę, osobowość. Jako czytelniczka (do tego niezbyt lotna)  nie mam pojęcia, co myśli o niej Marek i do czego chce ją "doprowadzić".  Pozdrawiam. 

  • 4 tygodnie później...
Opublikowano

Wszystkim moim zajadłym fankom i fanom oznajmiam, że ukazał się już IX odcinek "Przygody z moją idealną żoną (Przygody idealnej kobiety)".

 

Jest to historia na podstawie anegdoty mówiącej, że idealny mężczyzna jest tylko w więzieniu, bo tylko tam jest w stanie prowadzić uporządkowany tryb życia. Jeżeli idealny mężczyzna miałby być tylko w więzieniu, to czy idealnej kobiety także należy szukać w więzieniu??? To pytanie towarzyszy historii dziennikarki Agnieszki opowiedzianej częściowo przez jej męża Marka, a częściowo przez nią samą. A wszystko w warunkach przewidywanej przyszłej Polski o obliczu ideowo-polityczno-ekonomicznym odmiennym od dzisiejszego.

  • 1 miesiąc temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...