Powoli uczę się płynąć przez szalone prądy, gorętsze
od mojej krwi wiosennej; to wcale nie takie trudne,
gdy dogaduję się sam ze sobą, uwolniony wreszcie z kropki
na końcu zdania, które usiłowało mnie wyrzucić na brzeg.
A jednak ono nadal się pisze, jak ja, w objęciach orkanów,
gdy są dla mnie czułe, bo wiedzą że się ich nie lękam.
Między jednym a drugim załamaniem fali, dotykają mnie
niewyobrażalnie i niosą w strzelisty sen.
Nie schładzaj mi głowy, nie nakładaj gasidła na płomień
- ja trzymam ster pewną dłonią. Znam na tym oceanie
każde odbicie nieboskłonu, burzliwe i słoneczne.
Pamiętam. I odtwarzam na nieugaszonych mapach.
Siedzisz na plaży, troskliwie pogodna; przesypujesz od niechcenia
z ręki do ręki piasek, pozornie ciepły, a jednak obojętny;
wypatrujesz pierwszych znaków sztormu
- nie wiesz, czy uciec, czy czekać.
Pojawiam się wtedy przy tobie, nasycony, mokry
od setek bryz. Odprowadzam cię do domu, w bezpieczny krąg światła,
by opowiedzieć tkliwą baśń z pereł i korali. Wieszam na twojej szyi
kryształowe wisiorki. Rano przynoszę do łóżka śniadanie i spokój.
Więcej nie potrzebujesz, a ja jestem dokładnie w tym miejscu,
w którym chcę być, by oddychać głębią abisalu,
całować ognie świętego Elma, a później powracać najwierniej.
Na moim ramieniu jarzysz się Ty - surowy, miłosny ex libris.