Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Arsis

Arsis

Momenty świetliste. Astralne błyski… Wyłaniam się znikąd. Z warstwy porzuconego czasu.

Z kazachskich stepów, w których tkwiłem korzeniami stworzenia.

W domu tym. W ostatnim skrawku zieleni.

 

Wśród ścian drewnianych. Przegniłych.

Wśród okien wychodzących w przestwór nieistnienia…

 

Ojciec leżał pijany w obskurnym świetle żarówki.

Na podłodze usłanej okruchami czerstwego chleba i grudkami zaschniętego błota.

Leżał na wznak jak trup blady.

Jak woskowa kukła. Sztywna, nieruchoma kłoda.

 

W pokoju tym.

W kuchni...

 

… wszędzie odór rozkładu….

 

I wszędzie szarość dnia wpełzająca natrętnie wszelkimi szparami nieba.

 

Gdzieś spomiędzy chmur ciężkich od mroku.

Od zwalającego się z hukiem deszczu.

 

I wtedy nastąpiło wniebowstąpienie. Na skraju.

 

Bądź oślepiające

zstąpienie

z niebiesiech.

 

Coś na kształt nuklearnego grzyba.

 

Taka próba sięgnięcia mackami złotego tronu

tego, co się w nim rozsiadł bezczelnie na szczycie tajemnicy czasu.

 

Wiesz o czym mówię?

Bo mówię do ciebie.

Więc nie odwracaj się.

 

Nie ignoruj. Nie traktuj tego jak powietrze!

 

Patrz na mnie!

 

Spójrz i współczuj. I płacz.

I niech ten płacz niesie się echem na wskroś ciągnących się strumieni zimnego wiatru.

 

I tego wiatru szarpiącego

za poły

koszuli, za włosy.

Tego wiatru wyjącego

szaleńczą nostalgią unicestwienia.

 

Skąd tutaj

tyle

mroczności i smutku?

 

Korzenie wyrosły z wystygłej

już dawno filiżanki herbaty.

Gałęzie. Na stole.

Na parapecie. Obrosłe mchem krzesła i pufy.

Szuflady wypełnione kurzem i pyłem zapomnienia.

 

Książki zwalone na stos

pod sufit wyrosły…

 

Gdzie ty jesteś?

Nie ma cię,

mimo że jesteś wszędzie...

 

Lecz cóż robił i robi wciąż tam mój ojciec? To lękiem wyrosły obraz. Nawarstwiony przez lata.

 

Szare niebo.

Pochmurne.

 

Szara równina

nasiąknięta wilgocią.

 

I to wszystko skurczone w oczekiwaniu,

jakby szykujące się do skoku.

Do gardła, aby je rozgryźć kłami. Rozszarpać…

 

Mój ojciec…

Nie!

To Sołżenicyn

pełzający w skurczu boleści.

 

Wijący się w szponach atakującego raka. W pożerającej go okrutnej śmierci…

 

Uciekł jednej

w łagrowych

ostępach,

wpadając prosto

w ramiona następnej.

 

Gdzieś w szare mury rakowej kliniki.

 

„Panie! Czy tu się umiera?” Zapytał go jeden ze współcierpiących.

 

„Nie wiem”

– odparł –

„Nie wiem… „

- już bardziej senny…

 

Szare, woskowe twarze wokół. Wykrzywione cierpieniem.

Trwogą i nadciągającym nieubłaganie kresem.

 

Wokół trupy. Żyjące jeszcze, ale umierające za życia woskowe manekiny.

Skórzane toboły leżące w milczącym spazmie agonii.

Na skraju łóżek. Zgięte w znaki zapytania. Albo nieruchomo pod kołdrą. Nieruchome podłużne kształty…

 

Spójrz na mnie! Ja jestem tam. Daleko. Idący ku kresowi.

Ku końcowej metamorfozie kształtu.

Ku zmierzchowi obszytemu zasłoną nocy.

 

Spadam wciąż z bardzo wysoka w te zimne obszary. W objęcia niczyje.

W niczyje ramiona i szepty przymilne ust przywartych do mojego ucha…

 

Kto tak tu szepcze nietrudzenie. Majaczy?

 

Widzę ciebie w przywidzeniach.

 

W majakach sennej maligny.

W zapowiedzi śmierci.

 

Strasznie to wszystko bez logiki i sensu. Strasznie otumanione

niemocą jesiennego mroku,

w której jedynie

wróble, gołębie…

Wrony kraczą i kruki…

 

I chłód cmentarny niesie się z daleka.

Spomiędzy rzeźb i krzyży.

 

Spomiędzy płyt

marmurowych,

lastryko. Z kamienia…

 

Idzie powoli, taplając się w błocie.

W kałużach, w których chmury kłębią się nisko…

Tak bardzo nisko, że aż zawadzają o wszystko. O wszystko…

 

Ach, to ty!

 

Podajesz mi rękę skostniałą.

 

Podajesz mi usta

do pocałunku,

zimne, lodowe bryłki.

Nieruchome, oślizłe kamienie.

Omszone zapomnieniem i ciszą…

 

Idziemy w niebyt. W śmierć idziemy pod rękę. Zakochani. Zakochani...

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2026-02-22)

 

 

Arsis

Arsis

Momenty świetliste. Astralne błyski… Wyłaniam się znikąd. Z warstwy porzuconego czasu.

Z kazachskich stepów, w których tkwiłem korzeniami stworzenia.

W domu tym. W ostatnim skrawku zieleni.

 

Wśród ścian drewnianych. Przegniłych.

Wśród okien wychodzących w przestwór nieistnienia…

 

Ojciec leżał pijany w obskurnym świetle żarówki.

Na podłodze usłanej okruchami czerstwego chleba i grudkami zaschniętego błota.

Leżał na wznak jak trup blady.

Jak woskowa kukła. Sztywna, nieruchoma kłoda.

 

W pokoju tym.

W kuchni...

 

… wszędzie odór rozkładu….

 

I wszędzie szarość dnia wpełzająca natrętnie wszelkimi szparami nieba.

 

Gdzieś spomiędzy chmur ciężkich od mroku.

Od zwalającego się z hukiem deszczu.

 

I wtedy nastąpiło wniebowstąpienie. Na skraju.

 

Bądź oślepiające

zstąpienie

z niebiesiech.

 

Coś na kształt nuklearnego grzyba.

 

Taka próba sięgnięcia mackami złotego tronu

tego, co się w nim rozsiadł bezczelnie na szczycie tajemnicy czasu.

 

Wiesz o czym mówię?

Bo mówię do ciebie.

Więc nie odwracaj się.

 

Nie ignoruj. Nie traktuj tego jak powietrze!

 

Patrz na mnie!

 

Spójrz i współczuj. I płacz.

I niech ten płacz niesie się echem na wskroś ciągnących się strumieni zimnego wiatru.

 

I tego wiatru szarpiącego

za poły

koszuli, za włosy.

Tego wiatru wyjącego

szaleńczą nostalgią unicestwienia.

 

Skąd tutaj

tyle

mroczności i smutku?

 

Korzenie wyrosły z wystygłej

już dawno filiżanki herbaty.

Gałęzie. Na stole.

Na parapecie. Obrosłe mchem krzesła i pufy.

Szuflady wypełnione kurzem i pyłem zapomnienia.

 

Książki zwalone na stos

pod sufit wyrosły…

 

Gdzie ty jesteś?

Nie ma cię,

mimo że jesteś wszędzie...

 

Lecz cóż robił i robi wciąż tam mój ojciec? To lękiem wyrosły obraz. Nawarstwiony przez lata.

 

Szare niebo.

Pochmurne.

 

Szara równina

nasiąknięta wilgocią.

 

I to wszystko skurczone w oczekiwaniu,

jakby szykujące się do skoku.

Do gardła, aby je rozgryźć kłami. Rozszarpać…

 

Mój ojciec…

Nie!

To Sołżenicyn

pełzający w skurczu boleści.

 

Wijący się w szponach atakującego raka. W pożerającej go okrutnej śmierci…

 

Uciekł jednej

w łagrowych

ostępach,

wpadając prosto

w ramiona następnej.

 

Gdzieś w szare mury rakowej kliniki.

 

„Panie! Czy tu się umiera?” Zapytał go jeden ze współcierpiących.

 

„Nie wiem”

– odparłem –

„Nie wiem… „

- już bardziej senny…

 

Szare, woskowe twarze wokół. Wykrzywione cierpieniem.

Trwogą i nadciągającym nieubłaganie kresem.

 

Wokół trupy. Żyjące jeszcze, ale umierające za życia woskowe manekiny.

Skórzane toboły leżące w milczącym spazmie agonii.

Na skraju łóżek. Zgięte w znaki zapytania. Albo nieruchomo pod kołdrą. Nieruchome podłużne kształty…

 

Spójrz na mnie! Ja jestem tam. Daleko. Idący ku kresowi.

Ku końcowej metamorfozie kształtu.

Ku zmierzchowi obszytemu zasłoną nocy.

 

Spadam wciąż z bardzo wysoka w te zimne obszary. W objęcia niczyje.

W niczyje ramiona i szepty przymilne ust przywartych do mojego ucha…

 

Kto tak tu szepcze nietrudzenie. Majaczy?

 

Widzę ciebie w przywidzeniach.

 

W majakach sennej maligny.

W zapowiedzi śmierci.

 

Strasznie to wszystko bez logiki i sensu. Strasznie otumanione

niemocą jesiennego mroku,

w której jedynie

wróble, gołębie…

Wrony kraczą i kruki…

 

I chłód cmentarny niesie się z daleka.

Spomiędzy rzeźb i krzyży.

 

Spomiędzy płyt

marmurowych,

lastryko. Z kamienia…

 

Idzie powoli, taplając się w błocie.

W kałużach, w których chmury kłębią się nisko…

Tak bardzo nisko, że aż zawadzają o wszystko. O wszystko…

 

Ach, to ty!

 

Podajesz mi rękę skostniałą.

 

Podajesz mi usta

do pocałunku,

zimne, lodowe bryłki.

Nieruchome, oślizłe kamienie.

Omszone zapomnieniem i ciszą…

 

Idziemy w niebyt. W śmierć idziemy pod rękę. Zakochani. Zakochani...

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2026-02-22)

 

 

Arsis

Arsis

Momenty świetliste. Astralne błyski… Wyłaniam się znikąd. Z warstwy porzuconego czasu.

Z kazachskich stepów, w których tkwiłem korzeniami stworzenia.

W domu tym. W ostatnim skrawku zieleni.

 

Wśród ścian drewnianych. Przegniłych.

Wśród okien wychodzących w przestwór nieistnienia…

 

Ojciec leżał pijany w obskurnym świetle żarówki.

Na podłodze usłanej okruchami czerstwego chleba i grudkami zaschniętego błota.

Leżał na wznak jak trup blady.

Jak woskowa kukła. Sztywna, nieruchoma kłoda.

 

W pokoju tym.

W kuchni...

 

… wszędzie odór rozkładu….

 

I wszędzie szarość dnia wpełzająca natrętnie wszelkimi szparami nieba.

 

Gdzieś spomiędzy chmur ciężkich od mroku.

Od zwalającego się z hukiem deszczu.

 

I wtedy nastąpiło wniebowstąpienie. Na skraju.

 

Bądź oślepiające

zstąpienie

z niebiesiech.

 

Coś na kształt nuklearnego grzyba.

 

Taka próba sięgnięcia mackami złotego tronu

tego, co się w nim rozsiadł bezczelnie na szczycie tajemnicy czasu.

 

Wiesz o czym mówię?

Bo mówię do ciebie.

Więc nie odwracaj się.

 

Nie ignoruj. Nie traktuj tego jak powietrze!

 

Patrz na mnie!

 

Spójrz i współczuj. I płacz.

I niech ten płacz niesie się echem na wskroś ciągnących się strumieni zimnego wiatru.

 

I tego wiatru szarpiącego

za poły

koszuli, za włosy.

Tego wiatru wyjącego

szaleńczą nostalgią unicestwienia.

 

Skąd tutaj

tyle

mroczności i smutku?

 

Korzenie wyrosły z wystygłej

już dawno filiżanki herbaty.

Gałęzie. Na stole.

Na parapecie. Obrosłe mchem krzesła i pufy.

Szuflady wypełnione kurzem i pyłem zapomnienia.

 

Książki zwalone na stos

pod sufit wyrosły…

 

Gdzie ty jesteś?

Nie ma cię,

mimo że jesteś wszędzie...

 

Lecz cóż robił i robi wciąż tam mój ojciec? To lękiem wyrosły obraz. Nawarstwiony przez lata.

 

Szare niebo.

Pochmurne.

 

Szara równina

nasiąknięta wilgocią.

 

I to wszystko skurczone w oczekiwaniu,

jakby szykujące się do skoku.

Do gardła, aby je rozgryźć kłami. Rozszarpać…

 

Mój ojciec…

Nie!

To Sołżenicyn

pełzający w skurczu boleści.

 

Wijący się w szponach atakującego raka. W pożerającej go okrutnej śmierci…

 

Uciekł jednej

w łagrowych

ostępach,

wpadając prosto

w ramiona następnej.

 

Gdzieś w szare mury rakowej kliniki.

 

„Panie! Czy tu się umiera?” Zapytał go jeden ze współcierpiących.

 

„Nie wiem”

– odparł. –

„Nie wiem… „

- już bardziej senny…

 

Szare, woskowe twarze wokół. Wykrzywione cierpieniem.

Trwogą i nadciągającym nieubłaganie kresem.

 

Wokół trupy. Żyjące jeszcze, ale umierające za życia woskowe manekiny.

Skórzane toboły leżące w milczącym spazmie agonii.

Na skraju łóżek. Zgięte w znaki zapytania. Albo nieruchomo pod kołdrą. Nieruchome podłużne kształty…

 

Spójrz na mnie! Ja jestem tam. Daleko. Idący ku kresowi.

Ku końcowej metamorfozie kształtu.

Ku zmierzchowi obszytemu zasłoną nocy.

 

Spadam wciąż z bardzo wysoka w te zimne obszary. W objęcia niczyje.

W niczyje ramiona i szepty przymilne ust przywartych do mojego ucha…

 

Kto tak tu szepcze nietrudzenie. Majaczy?

 

Widzę ciebie w przywidzeniach.

 

W majakach sennej maligny.

W zapowiedzi śmierci.

 

Strasznie to wszystko bez logiki i sensu. Strasznie otumanione

niemocą jesiennego mroku,

w której jedynie

wróble, gołębie…

Wrony kraczą i kruki…

 

I chłód cmentarny niesie się z daleka.

Spomiędzy rzeźb i krzyży.

 

Spomiędzy płyt

marmurowych,

lastryko. Z kamienia…

 

Idzie powoli, taplając się w błocie.

W kałużach, w których chmury kłębią się nisko…

Tak bardzo nisko, że aż zawadzają o wszystko. O wszystko…

 

Ach, to ty!

 

Podajesz mi rękę skostniałą.

 

Podajesz mi usta

do pocałunku,

zimne, lodowe bryłki.

Nieruchome, oślizłe kamienie.

Omszone zapomnieniem i ciszą…

 

Idziemy w niebyt. W śmierć idziemy pod rękę. Zakochani. Zakochani...

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2026-02-22)

 

 

Arsis

Arsis

Momenty świetliste. Astralne błyski… Wyłaniam się znikąd. Z warstwy porzuconego czasu.

Z kazachskich stepów, w których tkwiłem korzeniami stworzenia.

W domu tym. W ostatnim skrawku zieleni.

 

Wśród ścian drewnianych. Przegniłych.

Wśród okien wychodzących w przestwór nieistnienia…

 

Ojciec leżał pijany w obskurnym świetle żarówki.

Na podłodze usłanej okruchami czerstwego chleba i grudkami zaschniętego błota.

Leżał na wznak jak trup blady.

Jak woskowa kukła. Sztywna, nieruchoma kłoda.

 

W pokoju tym.

W kuchni...

 

… wszędzie odór rozkładu….

 

I wszędzie szarość dnia wpełzająca natrętnie wszelkimi szparami nieba.

 

Gdzieś spomiędzy chmur ciężkich od mroku.

Od zwalającego się z hukiem deszczu.

 

I wtedy nastąpiło wniebowstąpienie. Na skraju.

 

Oślepiające

zstąpienie

z niebiesiech.

 

Coś na kształt nuklearnego grzyba.

 

Taka próba sięgnięcia mackami złotego tronu

tego, co się w nim rozsiadł bezczelnie na szczycie tajemnicy czasu.

 

Wiesz o czym mówię?

Bo mówię do ciebie.

Więc nie odwracaj się.

 

Nie ignoruj. Nie traktuj tego jak powietrze!

 

Patrz na mnie!

 

Spójrz i współczuj. I płacz.

I niech ten płacz niesie się echem na wskroś ciągnących się strumieni zimnego wiatru.

 

I tego wiatru szarpiącego

za poły

koszuli, za włosy.

Tego wiatru wyjącego

szaleńczą nostalgią unicestwienia.

 

Skąd tutaj

tyle

mroczności i smutku?

 

Korzenie wyrosły z wystygłej

już dawno filiżanki herbaty.

Gałęzie. Na stole.

Na parapecie. Obrosłe mchem krzesła i pufy.

Szuflady wypełnione kurzem i pyłem zapomnienia.

 

Książki zwalone na stos

pod sufit wyrosły…

 

Gdzie ty jesteś?

Nie ma cię,

mimo że jesteś wszędzie...

 

Lecz cóż robił i robi wciąż tam mój ojciec? To lękiem wyrosły obraz. Nawarstwiony przez lata.

 

Szare niebo.

Pochmurne.

 

Szara równina

nasiąknięta wilgocią.

 

I to wszystko skurczone w oczekiwaniu,

jakby szykujące się do skoku.

Do gardła, aby je rozgryźć kłami. Rozszarpać…

 

Mój ojciec…

Nie!

To Sołżenicyn

pełzający w skurczu boleści.

 

Wijący się w szponach atakującego raka. W pożerającej go okrutnej śmierci…

 

Uciekł jednej

w łagrowych

ostępach,

wpadając prosto

w ramiona następnej.

 

Gdzieś w szare mury rakowej kliniki.

 

„Panie! Czy tu się umiera?” Zapytał go jeden ze współcierpiących.

 

„Nie wiem”

– odparł. –

„Nie wiem… „

- już bardziej senny…

 

Szare, woskowe twarze wokół. Wykrzywione cierpieniem.

Trwogą i nadciągającym nieubłaganie kresem.

 

Wokół trupy. Żyjące jeszcze, ale umierające za życia woskowe manekiny.

Skórzane toboły leżące w milczącym spazmie agonii.

Na skraju łóżek. Zgięte w znaki zapytania. Albo nieruchomo pod kołdrą. Nieruchome podłużne kształty…

 

Spójrz na mnie! Ja jestem tam. Daleko. Idący ku kresowi.

Ku końcowej metamorfozie kształtu.

Ku zmierzchowi obszytemu zasłoną nocy.

 

Spadam wciąż z bardzo wysoka w te zimne obszary. W objęcia niczyje.

W niczyje ramiona i szepty przymilne ust przywartych do mojego ucha…

 

Kto tak tu szepcze nietrudzenie. Majaczy?

 

Widzę ciebie w przywidzeniach.

 

W majakach sennej maligny.

W zapowiedzi śmierci.

 

Strasznie to wszystko bez logiki i sensu. Strasznie otumanione

niemocą jesiennego mroku,

w której jedynie

wróble, gołębie…

Wrony kraczą i kruki…

 

I chłód cmentarny niesie się z daleka.

Spomiędzy rzeźb i krzyży.

 

Spomiędzy płyt

marmurowych,

lastryko. Z kamienia…

 

Idzie powoli, taplając się w błocie.

W kałużach, w których chmury kłębią się nisko…

Tak bardzo nisko, że aż zawadzają o wszystko. O wszystko…

 

Ach, to ty!

 

Podajesz mi rękę skostniałą.

 

Podajesz mi usta

do pocałunku,

zimne, lodowe bryłki.

Nieruchome, oślizłe kamienie.

Omszone zapomnieniem i ciszą…

 

Idziemy w niebyt. W śmierć idziemy pod rękę. Zakochani. Zakochani...

 

(Włodzimierz Zastawniak, 2026-02-22)

 

 



×
×
  • Dodaj nową pozycję...