Jezioro w nocy, zimą mróz dotkliwy — duszę swoją winę. Idę chłodny, inny.
Przenikliwy lód… splótł się ze mną w jedność.
Bosy życzeń taflą, czuć moją obecność.
Księżyc lśniący, cichy… gwiazdy, sowy, lisy.
- Proszę pokłon się — świat ujrzyj nowy, cudny.
Cóż to? Słyszę głosy, ale nie natury. Może duchy? Chcą zapłaty — kreatury.
Dmący wiatr i sosny razem grają hymny.
Czyjeś świecą oczy… czyżby to Marzanny?
Kroczę znów strapiony… kory, cisy, wrony.
- Pokłoń proszę — grany świat miłością nuty.
Liną magii, wonią włosów opętany.
Las misterny i drzew groby… szumy wody.
Oddech zimy — głos tajemny, głos nieznany…
- Wciąż apetyt wilczy, piękny ubiór szyty.
Oczy to błękity, hafty lub szafiry.
Krą, polaną. Uwielbiają, albo gardzą.
Pragną wszyscy. Gdy już mają — zwykła kradzież, ale jestem rozbój, grabież.
Styczeń… tylko chwilą istnień, potem prysnę.
Czerwiec… mocą westchnień, potem milknę.
Kimże jestem?