Bosy, zwinny — jak małpka zgoła —
z odpływem się zabrał w którymś lecie.
Przed Pompaurdé chylił czoła,
gdzie ptaki pieśnią rozpinają siecie. —
Już świeca dogasa! z podwórza kwik
się niesie! Co mówisz, co mówisz, dziecię?
Jack Featherwick?...
Cylinder zastygł w bezruchu
a tuba zamilkła.
Tym razem nawet igła fonografu
zdawała się nie mieć ochoty
wracać na powierzchnię cylindra
po raz setny tej przeklętej nocy.
Obiecałem,
że pomogę w poszukiwaniach,
lecz po tym czego się tu dowiedziałem
i po tym co usłyszałem i zobaczyłem,
stwierdzam jasno,
choć z dozą
naprawdę przejmującej rozpaczy,
że mój nieodżałowany ojciec,
został pochłonięty w odmęty,
bezdennej paszczy szaleństwa.
Po czym uleciał w kompletny niebyt,
bagiennych wrzosowisk
północnej Szkocji.
Przeszukano cały dom
od piwnicy po strych.
Wszystkie pozostałe obejścia i budynki.
Studnie, staw a nawet rozkopano przydomowy ogródek ze wspaniałymi
krzewami piwonii o które tak dbał.
Bardziej niż o jedyne dziecko.
Wszystko zaczęło się
gdy byłem jeszcze dzieckiem.
Ojciec był
szanowanym profesorem archeologii
na uniwersytecie oksfordzkim.
Był najlepszy w swoim fachu i dzięki temu pozostawał w kontakcie z najtęższymi umysłami z całego świata.
Pamiętam doskonale zimowy poranek,
jakieś piętnaście lat wstecz.
Zakładałem szkolny mundurek
i z teczką w prawej dłoni
zmierzałem ku drzwiom domu.
Ojciec szedł za mną.
Trzymał mnie delikatnie za ramię,
tłumaczył mi że jeśli
nie zakończy
zaplanowanego wykładu na czas
to odbierze mnie ze szkoły
nasza sąsiadka panna Stevenson.
A jeśli wszystko zakończy się
zgodnie z planem
to obiecuję zabrać mnie
potem na łyżwy.
Nic nie poszło zgodnie z planem.
Otworzyłem drzwi i o mało co
nie zderzyłem się w nich
z ponurym, wysokim
i dość postawnym jegomościem
w szarym, długim,
dwurzędowym płaszczu
o prostym kroju.
Jego fason nie był
typowym dla wyspiarza
a raczej obywatela zbuntowanej kolonii.
Dziwny gość
otarł mnie ledwie wzrokiem
zza przyciemnianych, wąskich szkieł
i zwrócił się do mojego ojca.
Bardzo przepraszam
za tak nagłe najście
ale na uniwersytecie powiedziano mi,
że jest Pan
jeszcze w domu panie Fodden
a sprawa z którą przychodzę nie cierpi już zwłoki ponad to co nadłożyłem starając się dostarczyć Panu interesujące dokumenty,
zapis z fonografu
oraz przedziwny szczątek metalu,
który z pewnością pana zainteresuję.
Wyjął z płaszcza
niewielkie opakowane szarym papierem zawiniątko i wręczył je ojcu.
Nazywam się Peter Noyes
i jestem zastępcą profesora Clarka
na uniwersytecie Miscatonic w Arkham.
Myślę, że to Panu wiele wyjaśnia.
Profesor liczy na
Pana pomoc w tej sprawie.
Jeśli tak w istocie będzie
czekam na Pana
w dniu jutrzejszym w południe
na nabrzeżu numer dwa,
celem odbycia podróży
najpierw do Bostonu
a potem do Arkham.
Proszę pamiętać,
że nie ma czasu do stracenia.
Gwiazda czy też planeta,
powoli pojawia się
w naszych snach nieprawdaż?
Nie czekając na odpowiedź,
odwrócił się na pięcie i szybko znikł
za zakrętem skrzyżowania.
Ojciec nie tłumacząc niczego zaprowadził mnie
do pani Stevenson i nakazał jej
by zajęła się mną przez jakiś czas
bo czeka go długi i pilny
wyjazd do Bostonu.
Zostałem u niej długie lata.
A ojciec wrócił podobno kilka lat temu.
Nikt nie wiedział skąd ani po co.
Uważano go za zmarłego.
Zaginął gdzieś w lasach Nowej Anglii
razem z tym całym
Noyesem i Clarkiem.
Nadal gdzieś w szufladzie biurka
mam jego nekrolog
z jednej z gazet z Arkham.
Żył ale przypłacił to szaleństwem.
Nie widziałem go już nigdy później.
A teraz zaginął po raz wtóry.
Podobno planeta
znów nawiedzała go w snach.
Odebrałem telefon z policji
i obiecałem przybyć na miejsce
by jakkolwiek pomóc śledczym.
Bo sami nie rozumieli
w środek jak wielkiego szaleństwa
przyszło im wpaść i brnąć
dzięki zostawionym wszędzie przez ojca dokumentom i zapiskom.
Już ich pierwsze pytanie zdawało się idiotycznie niedorzeczne.
Czy mówi mi coś nazwa Yuggoth?
To miasteczko, osada czy może
jakaś kodowa nazwa
jakiejś świątyni czy wykopalisk?
Znaleźli pamiętnik ojca,
gdzie ta nazwa pojawia się ciągle.
Ten krótki wpis ołówkiem
sprzed wielu tygodni.
Wreszcie odezwali się do mnie
Ci z Yuggoth.
Będą czekać w oktawę święta
ojca Yog-Sottotha
przy ołtarzu na wzgórzach.
Zabiorą mnie znowu…
Brzmiało to jak żart.
Lecz jedno było pewne.
Mój ojciec
nigdy nie był skory do żartów.
W gabinecie ojca panował półmrok.
Oficer śledczy siedział
naprzeciw mnie w skórzanym fotelu.
Widać było na jego twarzy mieszankę zmęczenia, rezygnacji i powątpiewania
ale oczy mówiły zupełnie coś innego.
Rozedrgany głos również.
To był czysty strach.
Cały czas zerkał niespokojnie
na rączkę z igłą,
jednak nie miał już ochoty
a raczej śmiałości
by ponownie odtworzyć nagranie.
Wreszcie wstał.
Zbyt gwałtownie i prędko
by móc ukryć nerwowe ruchy
nie przystosowanego do tak
niecodziennej i tajemniczej wiedzy.
Umysł policjanta opiera się na
racjonalnym poglądzie,
utrwaleniu w twardym dowodzie
i bezsprzecznie niepodważalnej tezie.
A on miał jedynie dziwne,
nic nie wnoszące nagranie
z wrzosowisk
oraz na dokładkę
masę chaotycznych, spisanych w stanie delirycznym dokumentów
a także pamiętnik osoby
najpewniej zupełnie obłąkanej.
Musiał jednak udawać
przed świadkiem,
że nadal panuję tutaj nad wszystkim
a sytuacja jest owszem trudna
lecz jeszcze nie beznadziejna.
Jedna poszlaka, trop, cokolwiek
i będzie można ruszyć dalej
a potem czym prędzej wynieść się stąd
i zamknąć a najlepiej spalić
tą przeklętą budę.
Ojciec tego chłopaka był szalony.
Lecz również kiedyś
był szanowanym naukowcem.
Wiedział, że facet żyję
i wodzi ich za nos
w swoim wyimaginowanym świecie
istot z innego wymiaru.
Spojrzał jeszcze raz na chłopaka.
To nie było typowe przesłuchanie.
Bo sprawa była nietypowa
ale i chłopak zdawał się
nie wiedzieć zupełnie nic.
On już dawno stracił ojca
i nie zamierzał widać nawet udawać,
że może być inaczej.
Nie miał żadnego interesu
by im pomagać
a tym bardziej utrudniać śledztwo.
A więc jeszcze raz.
Potwierdzasz, że głos
z nagrania to głos Twojego ojca?
Chłopak patrzył przez
nieprzejrzysty mrok za oknem,
był teraz gdzieś daleko,
musiał cofać się w trudną przeszłość.
Tak. To głos mojego ojca
a ten drugi głos
praktycznie na pewno
należy do Noyesa.
To już sami ustaliliśmy.
Noyes zanim wyruszył z moimi ludźmi
na poszukiwanie Twojego ojca,
przyznał prawie od razu,
że chodzili na wrzosowiska razem.
A gdzie jest teraz?
On byłby lepszym świadkiem niż ja.
Zna mojego ojca dłużej.
Nawet zmartwychwstali
w tym samym czasie i miejscu.
Nie wydaje się to Panu dziwne?
Policjant pokiwał głową.
Noyes też zaginął,
razem z całym moim patrolem.
Miał ich zaprowadzić
w jedno z miejsc na wrzosowiskach.
Tam to wszystko nagrywali.
Tam mieszkają oni.
Chłopak wybuchł krótkim,
lękliwym śmiechem.
Ci z tego Yuggoth?
Myśli Pan, że mój ojciec i Noyes
wpadli w Nowej Anglii przed laty
na trop jakiejś ludowej sekty.
A potem przybyli tu
i zaczęli robić to samo
już jako jej członkowie?
Może po to są te wszystkie modlitwy,
obrzędy i bluźniercze
rysunki w pamiętniku.
To kult.
Mamy w pamiętnikach zapisy
o dziewiątej planecie układu.
Przecież obaj wiemy,
że takowa nie istnieje.
Wszystkie teleskopy jej szukają,
lecz ona jest tylko
marzeniem astronomów.
Pojawia się w snach.
Bo jest z krainy snu.
Jest bajką i pożywką dla tych
co mają światłe umysły
lecz słabe nerwy.
Jak Noyes czy mój ojciec.
Pan spojrzy na ten zapis o tutaj.
Złapał za zakładkę w pamiętniku
i przewrócił strony.
Wskazał palcem fragment i odczytał.
Zaprowadzili mnie przed oblicze Rady.
Ich Starszy
opowiedział mi o zagrożeniu
tak samo olbrzymim
dla nich jak i dla nas.
Całej humanoidalnej rasie
grozi zagłada.
I to ich wina.
Połączyłem się z jego myślami.
Ach! Co ujrzałem… dobry boże …
skuty lodem kontynent a nad nim stróżujące aż do firmamentu
czarne, błyszczące góry.
Okryte mgłą szaleństwa.
Za nimi płaskowyż żalu,
na którym palą się wieczne ogniska
dzikich plemion wyznawców.
Wznoszą do nieba
imię najwyższego chaosu.
A on słucha, zamknięty w dostojnej sali pałacu na szczycie samotnej, bazaltowej góry.
Gdzie jeden człowiek jeno dotarł
w wędrówce przez sen.
Góry strzegą też miasta.
Jeśli można go tak określić,
nie tracąc przy tym wiary
w postrzeganie wymiarów przestrzennych, matematycznych i fizycznych.
Ci, którzy mnie wezwali.
Określają je jako
Miasto Umarłych acz Śniących.
Boże jedyny jeśliś jest to ratuj nas…
to miasto jest na Ziemi… to biegun.
A pod nim grobowce Starszych.
W grotach snują się strażnicy.
On przekazał mi kolejną myśl.
I zobaczyłem to miasto w pięknej krasie dawnych prekambryjskich dni.
Sale, biblioteki, zamki i pałace.
Nie zmieniła się jedynie
zimna postać góry, leżącej za Leng.
Lecz pałac na jej szczycie
tętnił życiem, śmiechem i zabawą.
Tak hucznie ucztowali Ślepi Bezimienni.
A kto im usługiwał.
ONI!
Byty z Yuggoth.
Niewolnicy Cthulhu.
Który śpi pod kontynentem…
Zamknął z trzaskiem
oprawiony w skórę pamiętnik.
Jedno było pewne,
żywy czy martwy.
Jego ojciec jest stracony
dla racjonalnego świata ludzi.
Dla jego umysłu i serca również.
Policjant skrzywił się jak gdyby kazano mu włożyć rękę w cuchnącą, galaretowatą maź,
z jakiej składają się Ci z Yuggoth,
przynajmniej wedle opisów
z pamiętnika.
I Twoim zdaniem to mam wpisać do oficjalnego raportu?
Twojego ojca,
tego dziwnego milczka Noyesa
i trzech moich ludzi
uprowadzili przedwieczni kosmici, wyglądający jak prehistoryczny budyń
z cuchnącej grzybni
i trzęsącej się galaretki?
No pięknie.
Obawiam się drogi chłopcze,
że bliżej mi do wersji z sektą lub
szalonymi mordercami.
Na nagraniu słychać rozmowę
Twojego ojca i Noyesa
z kimś kto nie odpowiada na ich słowa
bo chyba dźwięku fletu
i jakiś piszczałek.
O ile w ogóle są tam
takowe instrumenty,
nie można określić
jako znany nam język.
I jeszcze to metaliczne,
głębokie buczenie.
Jakby ktoś zamknął
wściekły rój szerszeni
pod aluminiową misą.
To mogą być zakłócenia na cylindrze
ale zaiste dziwne jest to,
że szczególnie Noyes odpowiada zawsze wtedy gdy buczenie ustaje.
Jakby rozumiał przekaz.
I jeszcze ten ołtarz na wzgórzach.
Znam każde wzgórze w okolicy
i nie ma tu żadnych
starych kaplic ani kościołów.
Żadnych celtyckich świątyń.
W epoce polowań na czarownice,
mieliśmy w okolicy
jednej z wiosek rodzinę
posądzoną o czary
i konszachty z diabłem.
Podobno składali dzieci w ofierze
na jednym ze wzgórz.
Zanim jednak kapłani i gawiedź
rozprawili się z nimi,
przyszła na ich dom zagłada.
Groza z samej czeluści piekieł.
Kobieta przemieniła się
w noc wiosennego przesilenia
w potwora
o tysiącu oczu i odnóży.
Pożarła własny dom
i odeszła w leśny jar,
który do dziś uważa się za przeklęty.
Jej syn zginął po tym
jak jego ciało rozpadło się
dosłownie na części.
Podobno byli na to świadkowie
bo stało się to
na schodach biblioteki miejskiej.
Zdążył jeszcze wypożyczyć
jakieś czarnomagiczne dzieło
a potem wyszedł przed gmach.
Złapały go straszne spazmy.
Na kolanach wrzeszczał imię ojca,
lecz podobno nie tego
który go spłodził tu na ziemi.
A tego,
którego przywołała niegdyś matka.
Jego prawdziwy ojciec
oszalał po tym wszystkim.
Zmarł w szpitalu dla obłąkanych.
Do ostatniego wydechu
powtarzał podobno
by zamknąć portal na wzgórzu
bo groza powtórnie przyjdzie z gwiazd.
Jak widzisz szaleńców
nigdy nam tu nie brakowało.
Wiem, że Cię to nie pociesza
ale Twój ojciec nie jest wyjątkiem.
Zostań tutaj chłopcze i poinformuj mnie niezwłocznie gdyby Twój ojciec,
Noyes lub moi ludzie wrócili.
Naprawiliśmy
linie telegraficzną i telefon.
A teraz polecam gorąco
przespać się z tym wszystkim
czego jesteśmy świadkami.
Dobrej nocy życzę.
Ukłonił się i wyszedł
przez kuchenne drzwi.
A ja nalałem sobie
kolejną porcję whisky
i naprowadziłem igłę na cylinder.
Flety i piszczałki
były zagłuszająco hipnotyczne.
Metaliczne buczenie było pełne wyczekiwania a nawet wściekłego wręcz podniecenia.
Drgania wywoływały ciarki
na całym ciele
a dusza karlała wręcz
z niewysłowionego przerażenia.
Nagle wszystko ustało a z bezdni ciszy
wychynęły słowa Noyesa.
Najwyższego kapłana.
Nie zapomnę tych inwokacji
do końca swych przeklętych dni.
IA! IA! IA! NNGI BANNA BARRA IA!
IARRUGISHGARRAGNARAB!
Znów wściekłe buczenie
i głos drugiego kapłana.
Mojego ojca.
Wzywam Cię Przodku Bogów!
Wzywam Cię Stworze Ciemności,
Czynami Ciemności!
Wzywam Cię Stworze Nienawiści,
Czynami Nienawiści!
Wzywam Cię Stworze Pustkowi,
Rytuałem Pustkowi!
Wzywam Cię Stworze Bólu,
Słowami Bólu!
Wzywam Cię z Twego Domu Ciemności!
Wzywam Cię z Twego miejsca spoczynku
w trzewiach Ziemi!
Dało się po tym słyszeć
jakby odgłos ogniska
i opętańczych skoków lub tańca.
FYAAH! FYAAH!
BOYYUK!
URRAK!
I znów szaleńczy ryk Noyesa.
NIECH ZMARLI POWSTANĄ!
NIECH ZMARLI POWSTANĄ
I POCZUJĄ KADZIDŁO!...
Nagranie kończyło się nagle
tak jak gdyby
fonograf został rozbity lub celowo wyłączony.
Powziąłem decyzję.
Muszę wyjechać
Uciec!
Rano.
Oni już wiedzą.
Oni wiedzą.
Oni pragną.
Dla nich nawet niewinna myśl o tym
jest szeptem w ciemności,
który ich zwoła.
Nie chcę z nimi walczyć.
Nie chcę im ulec.
Ołtarz ukrył się
przed światłem księżyca.
Kiedy go zabraknie
Oni tu wrócą.
Ojciec też.
I będzie błagał
bym udał się na Yuggoth.
Muszę zniszczyć wszystkie dowody.
Spalić dom.
Pozbyć się swojego
zajętego obłędem umysłu…
dedykuję Berenice97
A może w ciszy wnętrze ostudzić,
i wokół siebie mieć inny świat,
bo już się nie da odmienić ludzi,
więc promieniujmy nasz ciepły blask,
Zakopmy gniew głęboko w ziemi.
Wyrozumienie przyjdzie nam siać.
Zaś ludzie przy nas sami się zmienią:
jedni odejdą, by w gniewie trwać.
Inni się zmienią, przybędą nowi
niosąc odwagi niejeden gros.
Zniknie nieśmiałość ujrzymy drogi
na których dobroć ma swoją moc.
A referencji nie ma co szukać.
Spoglądać w serce przynajmniej raz.
Przy naszym życiu trzyma nas dusza.
Coś z siebie innym możemy dać?
posługa
dopiero co grzebał się w ziemi
wciąż miał ją pod paznokciami ale już
wstrzymano zegary zasłonięto lustra
przeżegnała się szepcząc słowa
modlitwy rozwinęła pasmo bandaża
i podwiązała mu szczękę pod brodą