Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Rok 1990 był dla mnie rokiem powtórek. Nie z historii - z życia.  Po raz drugi byłem studentem trzeciego roku Technologii Żywności na ART w Olsztynie. Dlaczego po raz drugi? Powiedzmy delikatnie: brak zaliczenia. Nie pierwszy urlop dziekański, nie pierwsza uczelnia i - co ważne - nie pierwsza porażka, która wcale nie bolała. Ten temat przerabiałem już wcześniej na Politechnice Gdańskiej.  Tam również okazało się, że świat akademicki nie zawsze jest gotowy na studenta, który: - zadaje pytania nie w porę i za często ma własne zdanie - czasami mówi je głośno - na zajęciach zawsze zmęczony po nieprzespanej nocy - namiętnie gra w brydża i nie umie pogodzić tej pasji z nauką Nie rozpaczałem. Transformacja ustrojowa dopiero się rozkręcała, a ja odkryłem, że życie poza planem studiów bywa znacznie ciekawsze. Od kilku lat w wakacje jeździłem do Szwecji na zbieractwo – ogórki, truskawki, cokolwiek rosło i dawało się zebrać. Dzięki temu: - miałem pieniądze, - miałem niezależność, - mogłem studiować długo, -  pyskować prowadzącym, kiedy uznałem to za stosowne. Tym razem pyskowanie skończyło się urlopem dziekańskim. I bardzo dobrze. Bo dzięki temu trafiłem do Wiednia. Piękne miasto. Trafiłem tam na kilka godzin, ale było warto. Pierwsza połowa lat 90. to był osobny ekosystem. Gospodarka niedoboru właśnie się kończyła, a gospodarka „kombinowana” dopiero zaczynała. Popyt na zachodnie drobiazgi był gigantyczny: - kalkulator z napisem po niemiecku, - długopis, który „inaczej pisze”, - zegarek Casio (najlepiej z melodyjką),            - walkman, -  cokolwiek, co pachniało Zachodem. Autokary zaczęły kursować jak pszczoły do rzepaku. Austria była wtedy El Dorado drobnicy. Koledzy z Politechniki Gdańskiej – tej samej, którą parę lat wcześniej opuściłem w atmosferze umiarkowanego niezrozumienia – właśnie jechali do Austrii na handel. Była na to moda. A ja, wolny student z wolnym rokiem, dołączyłem bez wahania. Ekipa była absolutnie reprezentatywna dla epoki. Mieliśmy: -  studenta PG Wojciecha zwanego Zabiegiem, -  pracownika naukowego PG Leszka D., ksywa Dębula, -  Włodka W. – pracownika administracyjnego PG, -  Stefano – wschodzącą gwiazdę firmy spedycyjnej Hartwig, -  Prezesa – sklepikarza z Pruszcza Gdańskiego, -  i mnie – Fonicza – studenta ART. Na urlopie dziekańskim. Dlaczego Fonicz? To nie było przypadkowe. I wcale nie chodziło o żadną fonetykę ani technikę. Ksywa przyszła z literatury. A dokładniej z książki Siergieja Piaseckiego „Kochankowie Wielkiej Niedźwiedzicy” – tej prawdziwej, nieocenzurowanej, z drugiego obiegu, wydanej przez paryską „Kulturę”. Miałem dostęp do takiej literatury i – jak to bywa z rzeczami zakazanymi – pożyczałem ją przyjaciołom. Jednym z bohaterów tej książki jest Miszka Zubow, zwany Foniczem – oficer Armii Czerwonej, człowiek wyjątkowo ograniczony, ideologicznie nabuzowany i kompletnie pozbawiony autorefleksji. Postać karykaturalna, ale przez to niezwykle prawdziwa. A książka, będąca jego wspomnieniami zaczyna się mocnym uderzeniem. „Noc była ciemna jak sumienie faszysty, jak polityka polskiego pana i amerykańskiego imperialisty…” Mój kolega z ogólniaka, z którym zacząłem studia na PG, znany pod pseudonimem Syfaks, uznał najwyraźniej, że to świetny materiał do złośliwości. I któregoś dnia, nazwał mnie Foniczem. Dlaczego? Syfaks był moim przyjacielem, ale – jak to bywa w przyjaźniach młodzieńczych – czasem przesadzał. Podczas pewnej akademickiej imprezy jego przesada osiągnęła poziom krytyczny, więc obiłem mu mordę. Może, to była jego zemsta. Ksywa została, a my byliśmy dalej przyjaciółmi. I tak Fonicz – zamiast sowieckiego oficera z książki Piaseckiego – pojechał po latach do Wiednia autokarem pełnym Polaków, kalkulatorów i długopisów, handlując Zachodem w wersji kieszonkowej. Towarzystwo doborowe, negocjacyjne, odporne na stres i umiarkowanie odporne na alkohol. Autokar ruszył nocą. A noc była długa. Dojechaliśmy do Cieszyna. Odprawa graniczna trwała długo. To było oczywiste. Więc wyskoczyłem „na jedno piwo”. Czeskie. Dobre.  Zimne. Jedno zamieniło się w trzy. Czwarte już się czaiło, ale wtedy pojawił się Hoło. Mariusz H., zwany Hołem – człowiek o parametrach fizycznych z górnych widełek: -  prawie dwa metry wzrostu, -  długie ramiona, -  masa argumentów. Dowiedziałem się później, że autobus chciał odjechać beze mnie. Ale Hoło: -  zabrał kierowcy kluczyki, -  oznajmił spokojnie: „Bez Fonicza nie jedziemy.” Nie było kluczyków zapasowych. Był protest kierowcy. Było poparcie pasażerów (w większości już lekko wstawionych). Demokracja bezpośrednia wygrała. Hoło znalazł mnie w barze. Nie miał pretensji. Wypiliśmy po piwie. Ja czwarte. I wróciliśmy do autobusu. Transformacja ruszyła dalej. Dojechaliśmy do Wiednia nad ranem. Trzy godziny snu na parkingu. Trzy godziny trzeźwienia. I sygnał do ataku. To nie była odsiecz wiedeńska. To było zdobycie Wiednia. Horda skacowanych Polaków ruszyła na sklepy. Pierwszy bastion: Mariahilfer Straße. Największa, najtańsza, najbardziej przygotowana na najazd ze Wschodu: -  elektronika, -  artykuły biurowe, -  zegarki, -  kalkulatory, -  długopisy. Sprzedawcy mówili łamaną polszczyzną. My mówiliśmy łamaną niemczyzną. Wszyscy się rozumieli. Kupowało się zestawy legendarne: -  kalkulator + długopis, -  czasem zegarek, -  czasem rajstopy, -  czasem kosmetyki. Łatwe do przewiezienia. Łatwe do sprzedania. Symbol Zachodu w plastikowym opakowaniu. Po napełnieniu plecaków wataha polskich husarzy wróciła do autobusu. Ja również - z pełnym plecakiem i poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Jako miłośnik piwa czeskiego kupiłem je w sklepie obok. Tak na wszelki wypadek. Nie chciałem, żeby Hoło znów musiał kierować ruchem. Autokar ruszył na północ. A ja wiedziałem jedno: ten rok akademicki może i był stracony w indeksie, ale zyskałem coś znacznie cenniejszego. Doświadczenie. Historię. I świadomość, że w życiu czasem wystarczy kalkulator, długopis i dobry kolega z dużymi ramionami, żeby wyjść na swoje.  
    • @infelia hahaha świetne, śmiechłem... :) Biedny ziomek Dratewka, zwiał na Azory... tramwajem przez (San) Salwator ;)
    • @Charismafilos – wierzę na słowo

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • O, krokus suk, orko   Na krokus suk ...orkan   I borsuk orki krokus robi
    • @violetta jestem na innym etapie, Violu. Nie walczę.  @Gosława ściskam śnieżnie czarodziejko.  @Charismafilos religia daje przynalezność. Dziś byłam w kościele.  BB

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...