Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Simon Tracy

Simon Tracy

Tutaj nie można łowić.

Więc może Pan zostawić w torbie 

swoje wędki i przynęty.

Tak te sztuczne jak i naturalne.

Żywe i martwe.

W tej rzece jest tyle zbyt cennych ryb,

nie można ich

brutalnie schwytać na haczyk,

wyrwać z błękitnej, czystej toni.

Z ich uporządkowanego, 

rybiego, podwodnego świata.

To nieludzkie.

Polować na bezbronnych.

Najlepiej jeśli w ogóle pan odejdzie.

 

 

Ale ja nie jestem wędkarzem.

Siadam nad brzegiem jedynie po to 

by odpocząć w cieniu drzew,

by zastanowić się nad sobą i życiem.

Wyborami na które

i tak nie mam wpływu.

Czasami przeklinam los.

Wyrzutka i odszczepieńca.

Dziwne, że w ogóle mnie zauważono,

bo najczęściej omija się

mnie jak śmiecia.

Krzywią się twarze przechodniów,

jestem zrównany do roli 

ciemnych zaułków

najgorszych, miejskich ulic.

Śmierdzących od pijackich posiedzeń.

Zanieczyszczonych

workami zgniłych resztek,

pudłami pustymi jak oczy bezdomnych,

którzy leżą na tej

upodlonej nędzą włości,

błagając o łyk wódki,

działkę lub śmierć.

 

 

Deszcz pada mi na głowę,

lecz nie zmywa za sobą 

grzechu człowieczeństwa.

Grzmoty biją wokół mnie,

gdy ledwie żyw sunę pod most 

by rozpalić zamokniętymi zapałkami 

choć jeden płomyk nadziei.

Płomień opala mi palce.

A ja widzę w jego wnętrzu dom.

Nie ten, który niegdyś miałem.

Klatkę dysfunkcji.

Pijaństwa, przemocy

i zimnej obojętności.

A prawdziwy.

Poczęty we śnie.

Otoczony miłością i zrozumieniem.

Spokojną rozmową i wsparciem.

A potem uświadamiam sobie, 

że to było tylko złudzenie.

Znów przespałem noc.

I nastał już koszmar dnia.

Zmarnowanego życia.

 

 

To kim pan wreszcie jest?

Jestem nikim.

Poetą.

Wspomnieniem.

Moją wędką są długopis i zeszyt.

Przynętą wiersze.

Wie Pan jak to jest.

Wędka z marchewką u końca sznurka.

Lecz ja muszę

i zawsze chciałem być sam.

Tak jak tu nad rzeką.

Lecz widzi Pan, 

trawi mnie choroba umysłu i duszy.

Jej nieuleczalnym objawem jest wena.

Stąd te wszystkie 

nieplanowane przynęty na ludzi, 

którzy jeszcze potrafią współodczuwać.

 

 

Da pan wiarę, że nie miałem w życiu 

innej kobiety niż poetki?

Uzależniam je.

A one mnie.

Niszczymy się wierszami nawzajem.

Tniemy się słowem.

Trujemy rymem.

A celem naszym

nie jest miłość a wolność.

A potem gdy wizję naszych dzieł

się bezpowrotnie rozchodzą.

To wracam pod most,

na ławkę czy do noclegowni.

I piszę znów.

Nie z potrzeby

wyrzucenia z siebie uczuć 

a z choroby umysłu.

Przekleństwa poetyckiego.

 

Nieznajomy wskazał kogoś 

na ścieżce opodal bulwaru.

Ta panna przysłuchuję się nam 

i patrzy na pana jak w obrazek.

Wygląda jak śmierć.

Przyszła wreszcie po pana.

Wiele już

podobnych śmierci przeżyłem.

Obawiam się za każdym razem,

nie lądując finalnie w kostnicy,

że jestem nieśmiertelny,

bo nie umrze z miłości ten 

co w nią nie wierzy.

Jeśli nie wierzyć w demony 

to one nie mogą nas opętać.

A ona, wierzy i w miłość i w demony.

Zakochała się

w demonicznej postaci poety.

Tak naprawdę

kocha jego wiersze nie ciało.

Bo ciała nie ma.

Jest tylko wspomnienie.

I rany na kartkach zadane długopisem.

Uzależniły ją.

Stygmatyzują ją,

każda z osobna 

pod postacią blizn na przegubach.

 

https://youtu.be/1YhR5UfaAzM?si=tEM4iH2L9oX92HPT

 

Simon Tracy

Simon Tracy

Tutaj nie można łowić.

Więc może Pan zostawić w torbie 

swoje wędki i przynęty.

Tak te sztuczne jak i naturalne.

Żywe i martwe.

W tej rzece jest tyle zbyt cennych ryb,

nie można ich

brutalnie schwytać na haczyk,

wyrwać z błękitnej, czystej toni.

Z ich uporządkowanego, 

rybiego, podwodnego świata.

To nieludzkie.

Polować na bezbronnych.

Najlepiej jeśli w ogóle pan odejdzie.

 

 

Ale ja nie jestem wędkarzem.

Siadam nad brzegiem jedynie po to 

by odpocząć w cieniu drzew,

by zastanowić się nad sobą i życiem.

Wyborami na które

i tak nie mam wpływu.

Czasami przeklinam los.

Wyrzutka i odszczepieńca.

Dziwne, że w ogóle mnie zauważono,

bo najczęściej omija się

mnie jak śmiecia.

Krzywią się twarze przechodniów,

jestem zrównany do roli 

ciemnych zaułków

najgorszych, miejskich ulic.

Śmierdzących od pijackich posiedzeń.

Zanieczyszczonych

workami zgniłych resztek,

pudłami pustymi jak oczy bezdomnych,

którzy leżą na tej

upodlonej nędzą włości,

błagając o łyk wódki,

działkę lub śmierć.

 

 

Deszcz pada mi na głowę,

lecz nie zmywa za sobą 

grzechu człowieczeństwa.

Grzmoty biją wokół mnie,

gdy ledwie żyw sunę pod most 

by rozpalić zamokniętymi zapałkami 

choć jeden płomyk nadziei.

Płomień opala mi palce.

A ja widzę w jego wnętrzu dom.

Nie ten, który niegdyś miałem.

Klatkę dysfunkcji.

Pijaństwa, przemocy

i zimnej obojętności.

A prawdziwy.

Poczęty we śnie.

Otoczony miłością i zrozumieniem.

Spokojną rozmową i wsparciem.

A potem uświadamiam sobie, 

że to było tylko złudzenie.

Znów przespałem noc.

I nastał już koszmar dnia.

Zmarnowanego życia.

 

 

To kim pan wreszcie jest?

Jestem nikim.

Poetą.

Wspomnieniem.

Moją wędką są długopis i zeszyt.

Przynętą wiersze.

Wie Pan jak to jest.

Wędka z marchewką u końca sznurka.

Lecz ja muszę

i zawsze chciałem być sam.

Tak jak tu nad rzeką.

Lecz widzi Pan, 

trawi mnie choroba umysłu i duszy.

Jej nieuleczalnym objawem jest wena.

Stąd te wszystkie 

nieplanowane przynęty na ludzi, 

którzy jeszcze potrafią współodczuwać.

 

 

Da pan wiarę, że nie miałem w życiu 

innej kobiety niż poetki?

Uzależniam je.

A one mnie.

Niszczymy się wierszami nawzajem.

Tniemy się słowem.

Trujemy rymem.

A celem naszym

nie jest miłość a wolność.

A potem gdy wizję naszych dzieł

się bezpowrotnie rozchodzą.

To wracam pod most,

na ławkę czy do noclegowni.

I piszę znów.

Nie z potrzeby

wyrzucenia z siebie uczuć 

a z choroby umysłu.

Przekleństwa poetyckiego.

 

Nieznajomy wskazał kogoś 

na ścieżce opodal bulwaru.

Ta panna przysłuchuję się nam 

i patrzy na pana jak w obrazek.

Wygląda jak śmierć.

Przyszła wreszcie po pana.

Wiele już

podobnych śmierci przeżyłem.

Obawiam się za każdym razem,

nie lądując finalnie w kostnicy,

że jestem nieśmiertelny,

bo nie umrze z miłości ten 

co w nią nie wierzy.

Jeśli nie wierzyć w demony 

to one nie mogą nas opętać.

A ona, wierzy i w miłość i w demony.

Zakochała się

w demonicznej postaci poety.

Tak naprawdę

kocha jego wiersze nie ciało.

Bo ciała nie ma.

Jest tylko wspomnienie.

I rany na kartkach zadane długopisem.

Uzależniły ją.

Stygmatyzują ją,

każda z osobna 

pod postacią blizn na przegubach.

 



×
×
  • Dodaj nową pozycję...