Tutaj nie można łowić.
Więc może Pan zostawić w torbie
swoje wędki i przynęty.
Tak te sztuczne jak i naturalne.
Żywe i martwe.
W tej rzece jest tyle zbyt cennych ryb,
nie można ich
brutalnie schwytać na haczyk,
wyrwać z błękitnej, czystej toni.
Z ich uporządkowanego,
rybiego, podwodnego świata.
To nieludzkie.
Polować na bezbronnych.
Najlepiej jeśli w ogóle pan odejdzie.
Ale ja nie jestem wędkarzem.
Siadam nad brzegiem jedynie po to
by odpocząć w cieniu drzew,
by zastanowić się nad sobą i życiem.
Wyborami na które
i tak nie mam wpływu.
Czasami przeklinam los.
Wyrzutka i odszczepieńca.
Dziwne, że w ogóle mnie zauważono,
bo najczęściej omija się
mnie jak śmiecia.
Krzywią się twarze przechodniów,
jestem zrównany do roli
ciemnych zaułków
najgorszych, miejskich ulic.
Śmierdzących od pijackich posiedzeń.
Zanieczyszczonych
workami zgniłych resztek,
pudłami pustymi jak oczy bezdomnych,
którzy leżą na tej
upodlonej nędzą włości,
błagając o łyk wódki,
działkę lub śmierć.
Deszcz pada mi na głowę,
lecz nie zmywa za sobą
grzechu człowieczeństwa.
Grzmoty biją wokół mnie,
gdy ledwie żyw sunę pod most
by rozpalić zamokniętymi zapałkami
choć jeden płomyk nadziei.
Płomień opala mi palce.
A ja widzę w jego wnętrzu dom.
Nie ten, który niegdyś miałem.
Klatkę dysfunkcji.
Pijaństwa, przemocy
i zimnej obojętności.
A prawdziwy.
Poczęty we śnie.
Otoczony miłością i zrozumieniem.
Spokojną rozmową i wsparciem.
A potem uświadamiam sobie,
że to było tylko złudzenie.
Znów przespałem noc.
I nastał już koszmar dnia.
Zmarnowanego życia.
To kim pan wreszcie jest?
Jestem nikim.
Poetą.
Wspomnieniem.
Moją wędką są długopis i zeszyt.
Przynętą wiersze.
Wie Pan jak to jest.
Wędka z marchewką u końca sznurka.
Lecz ja muszę
i zawsze chciałem być sam.
Tak jak tu nad rzeką.
Lecz widzi Pan,
trawi mnie choroba umysłu i duszy.
Jej nieuleczalnym objawem jest wena.
Stąd te wszystkie
nieplanowane przynęty na ludzi,
którzy jeszcze potrafią współodczuwać.
Da pan wiarę, że nie miałem w życiu
innej kobiety niż poetki?
Uzależniam je.
A one mnie.
Niszczymy się wierszami nawzajem.
Tniemy się słowem.
Trujemy rymem.
A celem naszym
nie jest miłość a wolność.
A potem gdy wizję naszych dzieł
się bezpowrotnie rozchodzą.
To wracam pod most,
na ławkę czy do noclegowni.
I piszę znów.
Nie z potrzeby
wyrzucenia z siebie uczuć
a z choroby umysłu.
Przekleństwa poetyckiego.
Nieznajomy wskazał kogoś
na ścieżce opodal bulwaru.
Ta panna przysłuchuję się nam
i patrzy na pana jak w obrazek.
Wygląda jak śmierć.
Przyszła wreszcie po pana.
Wiele już
podobnych śmierci przeżyłem.
Obawiam się za każdym razem,
nie lądując finalnie w kostnicy,
że jestem nieśmiertelny,
bo nie umrze z miłości ten
co w nią nie wierzy.
Jeśli nie wierzyć w demony
to one nie mogą nas opętać.
A ona, wierzy i w miłość i w demony.
Zakochała się
w demonicznej postaci poety.
Tak naprawdę
kocha jego wiersze nie ciało.
Bo ciała nie ma.
Jest tylko wspomnienie.
I rany na kartkach zadane długopisem.
Uzależniły ją.
Stygmatyzują ją,
każda z osobna
pod postacią blizn na przegubach.
https://youtu.be/1YhR5UfaAzM?si=tEM4iH2L9oX92HPT