Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Było tak pięknie, wirowaliśmy w tańcach,
Nie mogąc ust od siebie oderwać, przytuleni,
Wypatrywaliśmy gwiazd, a w nich naszego losu.
Biegaliśmy boso po łące, szukając ukrytej

 

Czterolistnej koniczyny, mieliśmy jedno marzenie:
Ty to ja, ja to ty, krwią z naciętych i złączonych
Kciuków ślubowaliśmy miłość na wieki,
Choćby wulkany miały wybuchnąć i pluć lawą,

 

Słońce chciało zgasnąć, a na Ziemię niechby
Spadł Księżyc, trzymaliśmy się za ręce, oglądając
Barwne zachody władcy nieba, kąpaliśmy się nago
W morzu, jak dzikusy, mimo wysokich fal.

 

Nie kradliśmy w sadzie proboszcza owoców,
O nie, lecz swoje całusy, jeden po drugim,
A przez płot skakaliśmy tylko dla rekreacji…
Na randkach nosił mnie na barana i łaskotał

 

W pięty, za co był gryziony boleśnie w uszy.
Pisaliśmy do siebie miłosne wiersze, tak sprośne,
Że cenzorowi opadłaby szczęka, och było
Tak pięknie, co za sielanka, do chwili, gdy rzekł:

 

„Przepraszam, żona dzwoni, zaraz wracam”
Ze złości i rozpaczy rozkręciłam swoje ręce,
Niczym skrzydła wiatraka, wywołując wir
Powietrzny, huragan zawył; drzewa legły

 

Z korzeniami, kominy chwiały się i psy zawyły.
Ciach! wyprowadziłam prawy sierpowy znienacka,
A tym sposobem lubemu zostawiłam w prezencie
Śliczne limo pod okiem, mój autorski tatuaż…

 

Opublikowano

@infelia nie potrafię się odnieść, do meritum:

 

"Przepraszam, żona dzwoni, zaraz wracam"

 

ponieważ nigdy nie byłam, tzw. chyba, kochanką, ale nie wydaje mi się prawdopodobne, aby ona nie wiedziała o istnieniu żony, no ale być może aż tak dobrze nie znam mężczyzn a oni potrafią udawać bardziej, niż sądzę, a kobiety symulować, nie tylko, orgazm :) 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...