powieki są zbyt lekkie, by opaść
sufit wisi nade mną
jak czarne lustro
bez połysku
bez odbicia
jakby wchłaniał wszystko,
nawet moje myśli
nie liczę owiec
liczę oddechy
każdy jest za głośny
i burzy układ ciszy
czas przestał płynąć,
uporczywie kapie ze ścian
jak zimna woda
jestem jedynym czuwającym
punktem w całym domu
wgnieciona w materac
leżę nieruchomo
i czekam aż czerń pęknie
i wpuści trochę szarości