Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Skończyło się tak,

jak miało się skończyć.

Gdy tylko

przekroczyłem tunel światłości

I ujrzałem u jego wylotu, 

wiszące ogrody niebios.

Z postaciami aniołów i świętych, przechadzających się 

we frywolnej wolności

bytu duchowego,

po zakwitłych miododajnym kwieciem, 

Polach Elizejskich.

Poczułem się jak żebrak,

co dla kaprysu możnych 

lub z zupełnego przypadku losu,

znalazł się na salonach magnackich.

 

 

Ależ musiałem wzbudzić sensację 

swym pojawieniem się.

Ich szaty z atłasu i jedwabiu.

Togi wyszywane złotymi

i rubinowymi nićmi.

Złote sygnety i bransolety,

świecące jaśniej 

od nawigujących żeglarzom gwiazd.

Ich lica i ciała.

Wymasowane i wygładzone,

ambrozyjnymi maściami.

Nie trupioblade

a zaróżowione i pełne wigoru.

Oczy brązowo-złote. 

Mieniące się lekką wilgością

perłowych łez.

A głosy,

donośne acz śpiewne i czyste 

jak pierwotne, ziemskie powietrze.

Język ich zapomniany od eonów.

Muskał, spragnione jego świętości, 

uszy niedawnego śmiertelnika.

Słowem niebiańska harmonia w miejscu najczystszego spełnienia i szczęścia.

 

 

Westchnąłem ciężko 

i nie mogąc już zawrócić,

wsparłem się na drewnianych kulach,

i jedynej nodze jaka mi pozostała.

Ruszyłem przed siebie, 

wiedząc dobrze co usłyszę.

Jak już rzekłem, 

ostała mi się jedynie lewa noga.

Prawa urwana była poniżej kolana.

Obwiązany starą gazą i koszulą kikut,

krwawił obficie i rwał bólem 

tak obłąkańczo nieludzkim, 

że gdybym już nie żył, 

to jedyne

czego bym pragnął to umrzeć,

by nie odczuwać

jego destrukcyjnej mocy 

w komórkach tego przeklętego ciała.

Twarz miałem nabrzmiałą i spuchniętą.

Blizna ciągnąca się

od lewego boku szyi,

biegnącą aż do oka. 

Była wypalonym śladem

po ostrzu sztyletu. 

Na prawe oko nie widziałem zbyt wiele.

Nie przywykłe do jasności krain 

na powierzchni i niebiosach,

Było mi bardziej ciężarem 

niż przydatnym zmysłem.

Skórę miałem spaloną i czarną.

Jak gdybym

wytarzał się od stóp do głów

w węglowym pyle.

Dłonie cierpiały na równi z resztą ciała.

Palce ich były otępiałe i spuchnięte.

Artretycznie skrzywione kości,

nadały im wygląd 

demonicznym drzew lub krzewów.

Mimo braku serca.

Krew pulsowała i to tak prędko,

że nadal słyszałem echo tętna,

którego przecież nie powinno tam być.

Otwierałem, spękane i suche usta.

Lecz jedyne na co się wysiliłem,

to jęki i krwiste pomruki.

Nie mogłem używać w niebie,

wężowego języka demonów.

Sznur wisielczy

nadal dyndał mi na piersi.

Angelisa, która przyszła po mnie 

w chwili śmierci,

odcięła mnie tylko lecz nie zdjęła pętli.

A ja widząc jej doskonałe rysy 

i hebanową, magiczną czerń włosów,

zapomniałem prosić ją 

by uwolniła mnie z symbolu potępienia 

i słabości ludzkich nerwów.

 

Mieszkańcy nieba 

z początku byli chyba 

w zbyt wielkim szoku i odrętwieniu 

by rzec choćby słowo 

na mój bluźnierczy widok.

Stali jak posągi, 

zamarli w półkroku, półsłowie.

Nie szydzili, nie uciekali.

Nie próbowali mnie przepędzić.

Po prostu patrzyli.

Na to czym mogli się stać.

Gdyby nie wiara. W zbożny żywot.

W nadzieję i drugiego człowieka.

W cokolwiek co miało wartość odkupienia win.

Ich milczenie

też było złotem a nie osądem.

Nie czułem się 

wzgardzony ani gorszy wśród nich.

W niebie każdy

jest sobie równy i zbawiony.

Dziwne uczucie.

Czuć lekkość zbawienia 

a nie ciężar kajdan grzechu.

Szkoda, że za życia 

nie czułem się tak dobrze,

nie dane było mi

poznać szczęścia i miłości,

gdzie wtedy byłeś szalony Starcze?

Chciałem pomyśleć o tym zdaniu,

lecz nie byłem w stanie.

W niebie nie ma grzechu.

Nie można grzeszyć. 

Myślą, mową i uczynkiem.

Ciężkie jest życie upiora w niebie.

 

 

Podszedłem do małego cherubinka

o złotych lokach.

Nie mogąc mówić wprost.

Przesłałem mu swoją myśl.

Szukam klucznika, moje dziecko,

czy jest tutaj z Wami?

Cherubin uśmiechnął się, pokiwał głową

i wskazał palcem postać 

siedzącą niedaleko od nas,

nad brzegiem jeziora

o krystalicznej toni.

Klucznik bo zaiste był to on,

rozmawiał z Nauczycielem.

Siedzieli na piasku plaży

i pochyleni ku sobie,

dyskutowali o czymś zawzięcie.

Klucznik żywo

gestykulował i opowiadał

a Nauczyciel wydawać by się mogło odpowiadał rzadko i krótko,

lecz ciągle

pisał i rysował coś na piasku 

małym kijkiem i zachęcał Klucznika by ten patrzył na jego znaki i skupił się na nich.

 

 

Podszedłem tak by widzieli mnie 

z dalszej odległości.

Nauczyciel przerwał swój rysunek 

i obrzucił mnie wzrokiem.

Odczułem to tak jakbym 

rozpadł się od wewnątrz 

na najdrobniejsze atomy.

Widział wszystko i wiedział wszystko.

W jednej sekundzie.

Opisał całe moje życie.

Wszystkie dobre i złe uczynki.

Nic się nie ukryło.

Przywołał moją utraconą duszę

i scalił ją ze mną na powrót.

A więc jesteś.

Usłyszałem w myślach jego głos.

I wtedy do mnie dotarło. Ten głos.

Słyszałem go już.

W godzinie śmierci.

Gdy pętla spoczywała na mojej szyi.

Gdy krzesło chybotało się 

u jeszcze dwóch nóg.

Pamiętam obróciłem głowę

w prawą stronę.

Nad futryną drzwi do salonu.

Wisiał krzyż z jego postacią.

Ostatni jaki miałem w tym domu.

Nie to, że chciałem się go pozbyć.

Był mi w zasadzie obojętny.

Wisiał od lat 

i był w zasadzie

niewidocznym detalem.

Lecz wtedy

zatrzymałem na nim swój wzrok.

Wiele złego uczyniłem bliźnim i sobie,

lecz wspomnij na mnie Jezu gdy przyjdziesz do swego królestwa.

A on mi odrzekł.

Zaprawdę powiadam Ci, że jeszcze dziś będziesz ze mną w raju.

 

 

Opublikowano

@Simon Tracy

Znowu oryginalny wiersz, tym razem o zbawieniu, które odwraca tradycyjne wyobrażenia o niebie i duchowej doskonałości.

Podoba mi się nawiązanie do historii łotra ukrzyżowanego obok Chrystusa. Ta ostatnia prośba przed samobójstwem - "wspomnij na mnie Jezu" i odpowiedź "jeszcze dziś będziesz ze mną w raju" nadają całości głęboki sens teologiczny. Miłosierdzie silniejsze niż grzech.

Wiersz stawia trudne pytanie - czy zbawienie jest możliwe dla samobójcy? I odpowiada – tak, jeśli w ostatnim momencie pada najszczersze wołanie o łaskę.

Opublikowano

@Berenika97 Jest to mój najnowszy wiersz pisany ledwie kilka godzin temu.

Jest tu i nawiązanie do Hioba i do łotra na krzyżu.

Mój bohater przyjmuję zbawienie choć zupełnie do niego nie pasuję ani na nie nie zasłużył w pełni. Dlatego nie ma postaci anioła a demonicznego upiora a jego obecność w niebie jest ontologicznie niezręczna.

Wiersz jest próbą odpowiedzi na pytanie czy Bóg dotrzymuję obietnic nawet wtedy gdy są mu niewygodne.

 

W tym sensie utwór jest próbą odwrócenia klasycznego „zakładu” z Hioba, pytaniem nie o to, czy człowiek potrafi pozostać wierny Bogu mimo cierpienia, lecz czy Bóg pozostaje wierny swojej obietnicy nawet wobec człowieka złamanego, brzydkiego, nieprzystającego do estetyki zbawienia.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...