Był taki teatr pewien, że w scenie
Miłosnej spadły naraz kamienie.
A na widowni skrajne siedzenia
Z gestu pewnego bardziej niż gremia
Zlikwidowane, wyobraź sobie...
Naraz są wszystkie tylko środkowe...
Nie ma już skrajnej biedy. Przypadku.
Nie ma wszystkiego, co budzi skrajne.
Nie ma artysty, co w nic nie wierzył.
Nic nie jest białe, nic nie jest czarne.
A gdy ktoś sobie na brzeżku siada,
Kogo ma dziwić, że się zapada
Myśl, która ledwie wpadła na miny;
Sąd ostateczny, czy sprawiedliwy;
Cisza, bo lepiej nie odpowiadać;
Perłowa barka tam, gdzie perłopław.
Nie-Magdalena, włócząc włosami
Umoczonymi po pukle w grafit
Tam nierządnicą, by przez cokoły
Wyrwane z ziemi w miąższ oliwkowy
Cokolwiek zdziałał jeden listeczek.
Powiedz choć słówko. Pisz — Aramejczyk.