Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Osobliwa pasja Jakuba była mu chyba dana razem z darem istnienia, który to dar szybko sobie przyswoił i szybko zwrócił. Wypadła razem z nim z pierwotnych głębin tego ognia, przy którym grzał się już wtedy, gdy był embrionem, a nawet wcześniej.
Z przedembriona Jakub stał się embrionem, a potem – stał się. Obok niego stała się jego pasja, która uzupełniała jego istnienie tak, jak potencjalna cisza uzupełnia krzyk. Orkiestra krzyku, która witała świat rwanymi taktami, raz otrzymawszy sygnał do rozpoczęcia, rozegrała się na dobre, jakby zapominając o swym wstępnym jedynie przeznaczeniu.
Jakub wrzeszczał, wył i ryczał z niespotykanym u noworodków natężeniem. Rozdzwonił się szpital: przyrządy chirurgiczne wygięły się w triangle i wibrowały pszczelo we wszystkich rejestrach, podłoga naprężyła się i rozciągnęła, by osiągając maksymalną sprężystość z brzdękiem wyrzucać w górę upadające nań kubki i sztućce, fartuchy pospadały z haków i trzepotały jak rozwieszone na sznurkach balkonowych pranie, gdy silny wiatr podwiewa je niby sukienki wiejskich dziewczyn. Co sprytniejsi ludzie, przebywający wówczas w budynku szpitalnym, nie zatykali palcami uszu, dochodząc do wniosku, że jedyną formą obrony może być skok w bezdenną przepaść głuchoty. W salach i korytarzach rozległo się wtedy około sześćdziesięciu rezonujących martwym pogłosem puknięć, brzmiących, jakby ktoś przebijał maczetą skórzane wieka tam-tamów.
Wtedy to prawdopodobnie doszło do uszkodzenia strun głosowych Jakuba. Przez całe dalsze życie płatały mu figle. Jakież zdziwienie malowało się na jego twarzy, gdy za ich sprawą artykułował pomyślane wprzódy wyrazy. Gdy w wieku dwunastu lat powiedział „jestem” będąc wyczytanym przez sprawdzającą obecność nauczycielkę, tak się wystraszył, że pomieszały mu się odrobinę zmysły.
Zasadniczym symptomem owego rozstrojenia było powracające często uczucie hiobowego zdziwienia. Otwierał szeroko oczy, najszerzej jak potrafił, tak, by całemu być patrzeniem, utrwalić się w nim i trwać jako bezcielesne odbicie pstrokatej rzeczywistości. I zawsze wzbierała w nim fala żalu, która podchodziła pod gruczoły łzowe i zalewała jego dziecięcą twarz, doprowadzając go do nieujawnianej zewnętrznie, acz targającej wnętrzem złości. Podobnie musieli czuć się w dawnych czasach ludzie, których źrenice zabarwione były niejednorodnie, co dla średniowiecznej gawiedzi było dostatecznym powodem wyklęcia i prześladowania. Tak prześladowało go powietrze, które zawsze świszczało wokół niego jak dławiący się ze śmiechu astmatyk, czego Jakub nie mógł znieść.
Jednak upór i duma Jakuba były zadziwiające. Chcąc przesunąć powód swojej drugorzędności w rejony, które mógł (w swoim mniemaniu) kontrolować, doszedł do wniosku, że to nie fakt istnienia czyni go gorszym od powietrza, a zauważalność. Postanowił więc stać się niezauważalnym. Z godnym podziwu samozaparciem zaczął ignorować potrzeby własnego ciała. Ten długotrwały proces, podtrzymywany niegasnącym, cudownym światłem woli, doprowadził do opłakanych rezultatów. Siedzący nieruchomo i patrzący beznamiętnie w pustą przestrzeń, Jakub nie miał sposobności dostrzec i należycie ustosunkować się do kompletnej abnegacji własnej powierzchowności. Stopniowo niknął pod śmierdzącym gnilnie i czarnym jak błysk w pustym oczodole śmierci, mgielnym całunie rozkładu. Jedynym ratunkiem było podsunąć mu jakieś lustro, by może trącić w tę pierwotną strunę jego psychiki, która odpowiada za poczucie ludzkiej godności. Na szczęście, gdy wiszące na Jakubowych ścianach lustra poczuły się opuszczone i zaniedbane, same zaczęły cisnąć się na, katatonicznie zastygłą, linię wzroku Jakuba.
Pewnego dnia nad horyzontem rozpięła się efemeryczna brama do Edenów i Olimpów, jak to nieraz bywa po ulewie. Zachęcone niezwykłością zjawiska, lustra zeskoczyły z gwoździ. Otoczyły Jakuba, który widząc krogulczy grymas pękającej płaskorzeźby w miejscu, gdzie powinna być jego twarz, powstał i ruszył do łazienki, a następnie do kuchni, by odświeżyć się i coś zjeść. Lustra okazały się zbawienne nie tylko dla kondycji fizjologicznej Jakuba, ale także dla jego samopoczucia. Stwierdziwszy, że jest już tak blady, że niemal przezroczysty, ostatecznie odżegnał od siebie kompleks bycia gorszym od powietrza.
Jakub dorastał w pędzie, niezmiennie karkołomnym, plącząc się i gubiąc rytm oddechu, a mimo to wciąż krążyła wokół niego nachalna pewność, że stoi bez ruchu. Odganiał się od niej niecierpliwymi ruchami rąk, chrząkał głośno z irytacją, wzdychał z politowaniem, lecz fruwające zawsze blisko frustracje tym silniej w niego uderzały, przelatując przez głowę, brzuch, ręce i nogi. Przestrzeliny, wyrwy i przetarcia chrzciły boleśnie całą istotę Jakuba.
W geście rozpaczy opuszczał dom, którego ściany zbiegały się w kątach niczym bracia demonicznej sekty kpiarzy, sprzedawców niewolników, Filistynów i błaznów. Chwiejna konstrukcja typowej okolicy rozkładała się przed nim jak teatrzyk kukiełkowy lub tani cyrk.
Spacery Jakuba, jego dreptanie ziemi krokiem gwałtownym, jakby każde jej dotknięcie groziło oparzeniem, jego bezładne rozglądanie się na boki, których wiecznie zbyt wiele by się skupić, jego wędrowanie palcami przez rozprute kieszenie po grających w chodzie mięśniach ud, prostopadłe do tego bezsensownego, po kuli, pozwalały mu odciągnąć myśli od odpustowych rzeźb dookolnego terenu. Widywał różne rzeczy i różnych ludzi, rzeczy głównie płaskie, leżące sobie bez skargi, ludzi głównie z wyglądem, w ubraniach, uśmiechach, pośpiechu lub oczekiwaniu. Byli sobie lub komuś, byli lekko i spokojnie, oparci łokciami o materię oswojoną, odwracający twarze od tej ciągle jeszcze wstydliwej.
Podczas jednej z podobnych przechadzek uderzyła Jakuba myśl, że o tej porze w soboty spacerują tylko brzydcy i opuszczeni. Trudno było mu zaliczyć się do którejkolwiek z tych kategorii. Rzadko miewał nastroje melancholiczne, lecz tym razem zebrało mu się na płacz. Zawrócił do domu, nieświadomie dając początek zjawisku, które nieomal doprowadziło go do zguby.
Zaczęło się pewnej nocy, pamiętnej nocy, gdy zataczający się księżyc ostatkiem sił zawisł nad szlamem nocnego nieba, lejąc z lekceważeniem w jego mętną toń. Jakub nie spał dobrze. Śniło mu się, że uleciał ku górze jak uwolniony ze zwalistej butli hel i spod sklepienia obserwuje swoje opadłe na łóżko ciało. Przerażająca statyczność tej czynności sprawiła, że w chwilach przebudzenia, pół-przytomności, spoglądając przez szparę uchylonych powiek na rozpięte nad sobą sklepienie, czuł, że jego istnienie obija się o ściany gdzieś na wysokości sufitu, a on sam jest tylko ciężkim, obleczonym w skórę ścierwem. Schodził wtedy w głąb siebie, wzdłuż balustrady żeber, dalej w dół po zjeżdżalni kręgosłupa, i wyskakiwał z wyślizganej miednicy, grzmocąc w dalekie kości śródstopia. Wtedy rozpoczynał mozolną wspinaczkę z powrotem ku czaszce i ze zmęczenia zasypiał. Znów był helem. Tak zleciała mu noc, podczas której rytm zasypiania i budzenia się ciął monotonię ściekania lunarnej uryny.
W końcu obudził się na dobre nad wczesnym ranem. Gdy przecierał oczy, uświadomił sobie, że – zanim wkroczy w dorosłość – z całą pewnością upadnie na umyśle i ciele. Bał się o siebie i – jak się okazało – nie były to jedynie urojone fobie. Przywołany raz, jego prywatny demon nie zamierzał znikać w niebycie nieuświadomienia. Zniżywszy się raz do poziomu łóżka, ścian, biurka i krzeseł, Jakub skazał się na nieustające rwanie serca ku wiecznemu odpoczywaniu.
Mijające dni upływały na drobnych zakupach, popołudniowych drzemkach, podwieczornych spacerach i kolekcjonowaniu bezwartościowych obserwacji. Jakub często się uśmiechał, drapał w dziwne miejsca i nucił pod nosem, w udawanej wesołości szukając wytchnienia od pulsującego w jego skroniach oczekiwania. Noce natomiast ucichły. Kolejne po tej pamiętnej były jak znękany pies, który w szaleństwie instynktu zagryzł swego pana i szuka przebaczenia zwieszając łeb nad jego trupem - lizały czarnym jęzorem liczne rany, z których krew zasychała jeszcze na ich kłach.
Gdzieś chyba w tym koszmarnym okresie należy umieścić epizod, który przypominał błysk flesza – błyskawiczny i błyskający gdzieś w tle. Otóż w mieszkaniu Jakuba od paru dni rozlegało się pukanie. Z początku było głośne i natarczywe, lecz wtedy Jakub tkwił po uszy w reminiscencjach fatalnej nocy, nie mógł więc na nie odpowiedzieć. Dopiero gdy ostatnie zjawy przedawniły się, ulegając błazeństwu własnej nagości w dziennym świetle, Jakub zwrócił uwagę na słabnące z każdą chwilą, miarowe uderzenia.
Wyszedł do przedpokoju i stwierdził, że ktoś dobija się do jego drzwi. Spojrzał przez judasz i zobaczył niewysoką dziewczynę z plecakiem na ramieniu, która pstrykała w drewno Jakubowych wrót. Robiła to ze łzami w oczach i przygryzając dolną wargę. Co chwila nerwowym ruchem głowy odrzucała pukiel jasnych włosów ze spoconego czoła. Soczewka judasza groteskowo wyolbrzymiła jej nachyloną nieznacznie głowę. Jakub przełknął ślinę, wzruszył ramionami i odszedł.
Kołatanie rozlegało się jeszcze przez kilkanaście godzin. W końcu ustało. Wtedy Jakub postanowił wyjść na spacer, czego nie robił od kilku dni, gdyż tonął w strachu. Strach jego miał wówczas dwa równorzędne dopływy: pierwszy tryskający z ciemności nocy, drugi sączący się ślimaczo przez szparę pod drzwiami wejściowymi. Gdy odjęto mu ten drugi, ubrał się pośpiesznie i skierował ku wyjściu. Energicznie pociągnął za klamkę i – stanął jak wryty.
Przytulone do progu, leżało przed nim uschnięte ciało owej pukającej nieszczęśnicy. Na oczach Jakuba zamieniało się w proch. Zrozumiał, co się stało, widząc przezroczystą jak kryniczny potok kałużę, która szybko, niemal zachłannie, wsiąkała w jego wycieraczkę. Dziewczyna wypłakała całą swoją wodę. Jakub obrócił się na pięcie i w pośpiechu zatelefonował po straż pożarną, policję i pogotowie.
W niedługi czas potem Jakub przeżył drugą, mącącą rytm jego życia, przygodę. Nawet jeśli nie było to tego samego tygodnia, świadomość Jakuba zawsze odruchowo umiejscawiała ją w czasie po tamtej. Tym razem fabuła życia zamachnęła się na niego podczas spaceru, gwałtem chcąc narzucić mu swą wolę.
Jakub jak zwykle szedł i patrzył, ale raczej nie widział. Uciekało mu, a on nie starał się łapać. W końcu zatrzymało się i ukłuło go w oczy, przybierając znany mu już kształt człowieka płci żeńskiej.
Niedaleko pobocza, zasłonięta do pasa gęstą trawą, uśmiechała się do niego jakaś dziewczyna, palcem prawej ręki zagadkowo wskazując na swoje wargi. Po tym, jak na nią spojrzał, Jakub nie mógł oderwać już wzroku od jej sylwetki, jakby objawionej w padających z ukosa promieniach słonecznych. Znacznie różniła się od tej dziewczyny, którą Jakub miał jeszcze w pamięci, tej, którą pewien zdumiony i ostrożnie stąpający policjant ostrym włosiem zmiotki zgarnął na szufelkę spod progu Jakuba.
Była wysoka, z oczami osadzonymi po obu stronach nosa, uszami przytrzymującymi kosmyki jasnych, a może nie, raczej ciemnych włosów, z twarzą okrągłą, ale chyba bardziej owalną, brwiami i rzęsami, które zawijały się w górę, falując do melodii wiatru. Szczególnie niepokoiły Jakuba jej usta, czerwone i, czerwone i, czerwone i...być może nawet ładne. Dziewczyna spostrzegła zmieszanie Jakuba i uśmiechnęła się szerzej. Jej palec wskazujący wciąż dotykał dolnej wargi. Jakub nie mógł oprzeć się pokusie zbliżenia. Całe jego ciało drgało, a następnie trzęsło się, pobudzane frenetycznym buzowaniem hormonów. Umierał z ciekawości i pożądania. Niepewnym krokiem ruszył więc w jej kierunku.
Zatrzymał się w punkcie, z którego wyraźnie widać było, że na dolnej wardze dziewczyny siedzi biedronka. Dziewczyna opuściła palec, lecz nie przestała się uśmiechać.
Wtem coś szturchnęło Jakuba w lędźwie. Stracił równowagę i poleciał do przodu, wykonując trzy gwałtowne kroki. Pilnował, by ani na moment nie stracić z oczu urokliwego stworzenia. Oto był już w odległości kilkunastu centymetrów od niego, gdy wtem biedronka, zapewne spłoszona, odfrunęła w nieznane, znikając gdzieś w zakamarkach rozgałęziającego się w witalnym pędzie, na wpół dzikiego, parku.
Usta dziewczyny momentalnie skrzywiły się w grymasie gorzkiego smutku, a jej powieki zasłoniły smutne migotanie oczu. Wciąż stała w miejscu, lecz teraz chwiała się jakby w transie. Pełen wyrzutów sumienia, Jakub spuścił głowę i odszedł.
Przestąpiwszy z powrotem upragniony próg mieszkania, zapomniał o całym zajściu. Był to jednak ostatni z jego typowych spacerów.
Dobiegł końca ostatni tydzień względnej normalności. W końcu efekty owej przełomowej nocnej żeglugi przez mętne wody snu i jawy zaczęły się uzewnętrzniać. Zadziałał tu efekt opóźnienia, takiego pozornego niewypału. Gdyby Jakuba przyrównać do kapitana fregaty, można by powiedzieć, że, w istocie, nocy tej w szmaty podarły się żagle jego okrętu, w jękach i skrzekach popękał maszt i rozlazły się spoiwa, trzymające razem burty. Jakub uzmysłowił to sobie, gdy z tonącego statku zaczęły uciekać pierwsze szczury. Z głowy Jakuba wypadały słowa.
Był w łazience, stał przed lustrem, patrzył na swoje poranne odbicie. Przesunął dłoń po szorstkim policzku, niemal dotknął szklanej tafli nosem, badając kierunki rozchodzenia się czerwonych pęknięć po białku oka. Szarpanymi ruchami palców zmierzwił włosy. Już otwierał usta, już zebrał się w sobie by wydobyć czyste i donośne dźwięki piosenki, która towarzyszyła mu podczas porannych czynności odkąd zaczął się golić. Już poczuł delikatne mrowienie w karku – radosny jak trzepot gołębich skrzydeł znak, że kręgosłup po raz kolejny przyjmuje wyzwanie kilkunastogodzinnego pionu. Wtem otwarte usta zamarły a kark strzyknął, promieniując ostrym bólem aż do skroni i czoła. Jakubowi wypadły z głowy pierwsze słowa – tekst piosenki.
Widział je jak opadały, stopniowo tracąc w powietrzu jedność struktury. Gdy stykały się z podłogą, były już czystą słowną potencją, energią werbalną, niezwykle łatwo wchłanianą przez rzeczy martwe. Ze smutku, obaw i przerażenia, Jakub dostał nieustającej padaczki myślowej. Nerwowo chodził po mieszkaniu, przewalając oczami jak wściekły kameleon. Nie miał pojęcia, że drepcząc tam i z powrotem rozsiewa wypadające z jego głowy słowa. Dzikimi ruchami szyi wyrzucał je z ogromną prędkością, nawet w te niedoglądane zaułki swojego domowego miasteczka, które w posępnym milczeniu piętrzyło się pod ścianami, niesymetrycznie rozrzucone w klaustrofobicznym jarze pomieszczenia. Słowa nie miały czasu rozpadać się w locie i jako rzeźbione w różne kształty grudki turlały się po dywanie. Opętany zatraceniem, plujący przez zęby jak zamyślony diabeł, to znów rechoczący jak wiedźma, Jakub rozpadał się deszczem złotych komet wyrazów.
Wyrazy błyskawicznie znikały, pochłaniane materią domowych przedmiotów. Po kilku godzinach dywan napęczniał i zjeżył się niczym podniecony kocur. Jakub wciąż po nim chodził, grubym naskórkiem nagich stóp profanując jego szlachetną miękkość.
Wzbudzone ożywieniem dywanu i wzmocnione ambrozją słów, regały, komoda, stół i łóżko zaczęły szeptać: Powiedz mu, dywanie, powiedz. Tego było już dla Jakuba za wiele. Nawet rozżarzony do czerwonej furii, napięty do granic swoich możliwości, jego umysł nie był w stanie znaleźć odpowiedzi na fakt nagłego przemówienia sprzętów domowych. Po prostu nie było takiego gestu, takiej miny czy ruchu, by zareagować na podobny precedens. Słów nie było już w ogóle.
Jakub znieruchomiał, jakby wszystkie jego neurony zaprzestały pracować, spalone do szczętu piorunem cudu. Doszedł do końca, do krawędzi, która być może jest liną i zawsze była pod stopami Jakuba. Oto moment, w którym nie mogło stać się już nic, gdyż wszelkie coś umarło. Jakub rozciągnął się jak zżuta guma w palcach dziecka i plasnął bezwładnie. Tylko dywan jeszcze prychnął z oburzeniem i syknął: Wszystkie zazdrościmy ci łatwości zasypiania.
Osobliwa pasja Jakuba była mu chyba dana razem z darem istnienia, która to dar szybko sobie przyswoił i szybko zwrócił...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Benjamin Artur Ciekawe odniesienie do najwyższej góry, walka z sumieniem- sędzią moralnym takim indywidualnym. Te powtórzenia robią robotę
    • II. Wujek Wołodia ma do tego dryg (Ty wiesz, co!) Byliśmy na rowerze: ja, kumpela, i jej gach, Nagle mi puściły śruby w mimośrodzie! Rama mnie bach, spodnie w piach, Rower do kasacji, przyrodzenie jakbym dopiero co się urodził! Ale w Piterze mówią, że mój sąsiad, były szpieg , jeden z perełek z korytka KGB, Wujek Wołodia, tak nazywają go, ma do tego niezły dryg… — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Posiedź jeszcze, wujek Wołodia dokręci kilka śrub. A ciocia Natasza nas zaszyje, milcząc jak grób! Cała rodzina, cały blok ją na zabój kocha! Ciocię znaną jako Bomba (albo Gocha Locha), kochają wszyscy, a do tego, prokuratorski złożyła ślub! Więc, ciociu, co jeszcze możesz nam zszyć? Wujek Wołodia nam wszystkim kibić tak zwęził, że zaczęła pić! Wszystkich nas związała jego wątpliwego wątku wątła nić! — Wujek Wołodia? — Wujek Wołodia! Wujek Wołodia zaraz to załatwi ci! Wujku Wołodia, dokręć śruby mi! Wujku Wołodia, dokręć śruby w mig! Wujku Wołodia, śrubę dokręć mi! Wuju, wy, chwała ci chór wujów dostojny! Wuju złamany, odkręć śruby tej wojny! Wujku Wołodia, d dokręć śruby! Wujku Wołodia, d, dokręć śruby! Wujku Wołodia, dokręć, błaga cię Twój lud, Wujku Wołodia, rozkręć, blogi, Twój lód błogi! Wujku Wołodia, do kręć do wszystkich.... śrub! Wujku Wołodia, kręć aż po sam.... Grób! III. [...] „To minie, jak nad Moskwą majowa burza” Jak łzy Ukrainy, jak w ustach palce brudnego psa Jak legitymacja członka z ramienia spod ciemnej gwiazdy, Jak przesłuchanie w chłodni – aż bać się strach! Jak korytarze ponure Łubianki, Jak gaz z Nord-Ost, który na cel bierze wiatr, Jak niesforna sfora federalnych majorów, Sewastopol, Donieck i Ługańsk, wagnerowcy i Specnaz, Jak pałujący kobiety chłopcy z Omonotworu... To na pewno minie, Minie jak zły sen! Z mokrym workiem nadzianym na mój durny łeb, Ślady na dłoni rażonej paralizatorem, Jak moja Rosja, czarny więzienny jem chleb, Ale uwierz mi: to wszystko zniknie wnet jak nocna zmora! W jaki ślepy zaułek wpędził nas marny los? Ale gdzieś na horyzoncie widzę światełko Upartej nadziei, wiodące w tunelu głąb... Uwierz mi, to też minie! Jak swastyka Ruskiego Mira, I dym pożarów niesiony przez wiatr, Wyroki na dzieci z Penzy i Pitera, I policyjna suka nabita dziećmi po dach! I twój telewizor, z którego pluje Sołowjow, Paragraf 228 i kocioł o piątej, I chłopcy z prewencji tępo się śmiejący, Gazując kobiety, chłopców i brzdące... To wszystko minie jak inne miesiące: Jak grudzień, styczeń, luty, maj… Minie, bez wątpienia minie! Na razie w to im graj Ale to ich już ostatnie pląsy! Jeszcze mam mokry worek nadziany na dumny łeb, Na dłoniach ślady po pieszczocie paralizatora, Jak moja Rosja, łykam więzienny chleb, Ale uwierz mi: to wszystko minie jak ta sfora od majora! Wszystko to wkrótce odejdzie wstecz! Za rok, za miesiąc, nawet za godzinę; Jeszcze wczoraj dyktator imperium miał u stóp, A dziś milczy jak grób: Teraz to tylko starzec w kostnicy, zimny trup ! Wszystko kiedyś minie! I bramy Lefortowa runą, kraty - wyrwane z ram, A moja Rosja w końcu obudzi się ze snu, Jak ten zdradzony podwójnie malezyjski wrak, I wiosna w końcu zawita na twój lodowaty próg… W jaki ślepy zaułek zaprowadził nas marny los? Lecz gdzieś na pochmurnym horyzoncie widzę Zapomniane światło, co mnie wyprowadzi stąd! Uwierz mi, to też minie! To przeminie, na pewno! Na pewno przeminie, Za godzinę, za chwilę… To wszystko minie! IV. Hm                                            H7 Wybaczcie piechocie, że bywa bezrozumna ona tak:             Em                                  F♯7 Ty zawsze na wylocie, gdy nad ziemią wiosna idzie w tan,            Hm                  A7               G Po chwiejnych schodkach schodzisz w werbli takt…             Em  in              Hm/F♯     F♯7        Hm Zapłacze po tobie tylko wierzba, siostra wierna twych lat. Nie ufaj pogodzie, gdy świat cały skryje się w gęstym dżdżu, Nie ufaj piechocie, gdy bitne pieśni wciąż śpiewa bez tchu, Nie ufaj jej, nie wierz, gdy słowiki zakrzyczą na cały sad. Muszą rozliczyć się jeszcze życie i śmierć ze swych spraw Ten czas cię nauczył, że tylko w okopie znajdziesz sens i treść: Na przestrzał otwierasz życia drzwi tu... Towarzyszu, dziękuję ci za Twój hojny gest: Jesteś wciąż w boju i tylko to jedno cię zrywa ze snu – Dlaczego odchodzisz, gdy nad ziemią wiosna tańczy do utraty tchu? I: dokąd uchodzisz, gdy za plecami jej pieśń cię budzi ze snu? ─── I. Moskwa – Odessa Który już raz lecę z Moskwy do Odessy – I znów złapali mnie w nie w linii lot! Ale oto nadlatuje księżniczka-błękitka stewardesa messy, Niezawodna niby Wołga wszystkich flot. Nad Murmańskiem ni chmurki – rejs mych snów, I mógłbym teraz być już w Aszchabadzie, albo w Trieście... Otwarty Kijów, Charków, Kiszyniów, Lwów, Wszystkie otwarte, lecz ja chcę być w Odessie wreszcie... Mówili mi: „Nie licz na te adresy, Na żaden z niebios komunizmu dar”. A tu mi znów opóźniają mój lot do Odessy – Teraz jest oblodzony pas na start! A w Leningradzie z dachu woda kapie, Więc może mi pisane lecieć do Leningradu? Tbilisi to jedyny jasny punkt na tej podniebnej mapie, Tam herbata rośnie w sadzie, lecz ja Tbilisi mam w głębokim rozkładzie! Słyszałem, że Rostowianie idą w kurs! A mnie głupiemu wciąż chce się do Odessy, Ale mnie trzeba tam, gdzie od trzech dni nie honorują promesy, I dlatego opóźnili ludzkiej surówki spust! Ja muszę lecieć tam, gdzie chłód i lód, Gdzie jutro zapowiadają taaaki śnieg, Choć wszędzie indziej nieba czystego w bród, To miło, ale nie po to wrzuciłem piąty bieg! Nie wypuszczają mnie tu i nie wpuszczają tam, Niesprawiedliwe to, ale nie poradzę nic – Stewardesa, cudnie złudna, siódme niebo obiecuje nam, A z góry na nas patrzy tej całej floty widz! Otwarty najsłodszych smakołyków wielki tort, Lecz, by tam lecieć najsłodsze słodycze mnie nie skuszą. Otwarty nawet Władywostoku zamknięty port! I Paryż jest otwarty, ale tam jechać nie muszę. No, wreszcie! Pogoda, jak drut, dobry wiatr sprzyja skrzydłom, Samolot się napręża, śmigła w ruch, pełny bak, Lecz już nie wierzę, bo – mnie i tak tam nie przyjmą! Znajdą powody nawet, gdy powodów brak... Ja muszę lecieć tam, gdzie zamieć i mgła, Gdzie jutro gradobicie zapowiadają. Londyn, Delhi, Magadan przede mną się otwierają, Wszystkie stoją otworem, ale nie dla mnie ta w ciuciubabkę gra! Masz rację – śmiej się albo płacz: jestem znów na starych adresach, I masz: znowu spóźnienie, niedostępny lot – I smukła jak TU-104 stewardesa – panna Odessa, Tak przystępna, jak ten cały fłot, Znów mnie przestawia na ósmą zero dźwięk, A towarzysze pasażerowie posłusznie zasypiają w krąg, Mam tego dość już, psia kość, I lecę tam, gdzie mi pozwalają! Mam tego dość, już mnie całkiem zżarła złość, I lecę tam, gdzie mi otwierają! II. Polowanie na wilki Biegnę z całych sił, szarpię każdym ścięgnem, Ale dziś – jest jak jutro, i wczoraj, i potem Otoczyli mnie, otoczyli ciasnym kręgiem Rozwścieczają mnie do szpiku mej wilczej istoty. Dwururki schowały się w cień jódł Tam myśliwi skryli się swą sforą podłą; Wilki tarzają się w śniegu, co stopił się i zmókł Wystawiając się na łatwy strzał tych ogrów, Refren: Polowanie na wilki trwa, trwa polowanie! Na szare samce, matki i szczenięta. Gończy krzyczą, psy szczekają, a przynęta -. To na śniegu krew i plamy krwawych flag. W tej walce wilka z łowcami nie ma żadnych praw, Strzelającym nie zadrży ręka, Ogrodzili naszą wolność krwawych szmat strzępami, Biją bez litości, a ich kula celu sięga. Wilk nie może złamać tradycji czasem uświęconej; Widzisz te ślepe szczenięta? Ledwo od sutka matki odstawione Wyssały z jej mlekiem, czy to wilk czy ptak Prawdę jedyną: „Strzeż się ludzkich flag!” Refren Łapy u nas i szczęki wytrwałe. Dlaczego, wodzu, proszę powiedz mi, Gonimy za szczeniakami i ubijamy je jednym strzałem, Łamiąc zakaz, że nie wolno ich bić! Wilk nie może inaczej. Sucho, to takie wilcze prawo. A moje dni już są policzone. Myśliwy już broń ujął w rękę prawą Z uśmiechem, i kulą, dla mnie przeznaczoną. Refren Wyszedłem ze świętego kręgu krwawych flag — Chęć życia jest we mnie silniejsza! I usłyszałem za sobą westchnienia, wrzask I krzyk myśliwych. Ich zdobycz będzie dziś mniejsza. Szarpię się z całych sił, gnam każdym strzępem ścięgna, Ale dziś – widzę jutro niż wczoraj jaśniejsze. Otoczyli mnie, otoczyli w krwawych kręgach, Ale gończym nic nie zostanie w rękach! Refren III. Polowanie z helikopterów Jak brzytwa, świt przeciął nam oczy, I otwarła się brama hangaru, A my przecieramy szlak, przez śnieg nasz tłum się toczy Most chrzęsci pod naszym ciężarem. A oni trzepotali skrzydłami tuż nad tajgą, A śnieg wolno spada z gałęzi świerków. A na naszym szlaku, nad tą krwawą bajką, Śmigłowca huk był jak psa warkot. Refren: Jest polowanie z helikoptera, hej na łów!! Na wilki szare, uparte i gniewne Ci, co usiedli u karabinów sterów - jest ich dwóch, Już zapomnieli o litości pewnie— A kule koszą wsio stworzenie. Biegnę i wdycham te mroźne opary, Lecz nie zdołam uciec już przed przeznaczeniem. Mechaniczne potwory nade mną krążą jak janczary. A ja biorę oddech jeszcze jeden w wilczy pysk, Lecz łopaty wyją coraz bliżej, wyraźniej, A ziemia pod mymi łapami aż kwiczy ziemi bryzg Śmieją się z kokpitu: „Dawaj! Raźniej!” I spuszczają mi na zad ołowiu deszcz. Refren Leżę pod drzewem złamanym, w mchu schroniłem się; Gdzieś przegapiłem ten zjazd na tyłku. I niech ci na górze próżno szukają mnie – Zostanę na dole; wpadłeś w zasadzkę, wilku! A ten piekielny huk rozpłynął się, znikł wtem; Znów śnieg na bagnach wolno pada; Wstałem, strząsnąłem silnika ryku mgłę, Żyję! Nie zabijecie mnie nigdy, gady! ───   Gdyby sam [Włodzimierz Wysocki](https://www.google.com/search?q=w%C5%82odzimierz+wysocki&kgmid=/m/0252s_#sv=CBwSjAQKzwMSzAMKjANBTW4zLXlUanVOclVlYWdGWEJtVUhBVU9weFVkZHVOYlAyQV91dmNiME1pRnJlbkljT3VGd3BLNHZUeVpOSkZKTUZZTE5ING9NRmJLdDAxTjdvM2R0UG85V1VmT0pveE81WHVQeVpUbUhQUkVSMHAxUGhvUWtuQWRBZEdXTUxXV0trN3JEZllyUkpmalpFMFc0bWxvVTJ0SmtRYUIzVXFnMEx6c0g4VEFrbldhTXUzNUVpb3RPM2hKckIyR1RHSzg4NDhnUTdLMk9iU190UnJDSVRFclpaMk9QeFNQUUFsdHRkU2N0Z2VmRlV1WDhfOHBtYWl6cXF0bXpHTHc3RUpTcV9uZkQwR2UydUQwNjhkUkFmbnRHcHA5MTR1VmlrZ0EtYXFFeUVmQ0dzNFU5ajdnTWoxUmdvalVReVRGUHM1WERJR2szdmZnOUFqcTRuRkhlYlI4bWViWnpkNm52dHRlYXFYbm5fQlhPd1RLU1hEdHYyOVUtNnZ0QkI2ME5SMzFzTHdxS0JoN3ZlcHYSF2N3WWxhdVh1Skx5eDVOb1AwdGF3Z1FRGiJBSktMRm1MWTJlTmx1R2lGVVV4YjBIR3prQlZaX3EzLTN3EgQ3ODU0GgEzIhkKAXESFHfFgm9kemltaWVyeiB3eXNvY2tpIhIKBWtnbWlkEgkvbS8wMjUyc18oABhFIKj_xMsB) stał na scenie – wymięty, z papierosem w kącie ust i nienastrojoną siedmiostrunową gitarą, charkocząc w mikrofon przed Waszym wieloczęściowym poematem – jego zapowiedź (wstęp) brzmiałaby dokładnie tak: ------------------------------ ## Wstęp (Mówi Włodzimierz Wysocki) (Szarpnięcie basowej struny, głęboki, chropowaty kaszel, chwila ciszy na dostrojenie) Wiecie... Napisałem kiedyś taką pieśń, „Moskwa – Odessa”. O tym, jak człowiek siedzi na lotnisku, patrzy w niebo, a tam lód, chmury, i nigdzie go nie puszczają. Człowiek chce do Odessy, a jemu mówią: leć do Paryża, leć do Władywostoku, wszystko otwarte! A ty, jak ten idiota, uparłeś się na jedno miejsce, bo tam akurat jest mgła, zamieć i lód. Bo tam cię najbardziej nie chcą... Myślałem wtedy, że najgorsze, co może spotkać człowieka, to pas startowy pokryty lodem i uśmiechnięta stewardesa, która przesuwa rejs o kolejną godzinę. Jakże byłem młody. Jakże byłem naiwny. Dziś ten pas startowy to cała nasza ziemia. A loty odwołano na zawsze. Popatrzcie na to, co dla Was przygotowaliśmy. To nie są ładne wierszyki do poduszki. To meldunek z frontu, który przebiega przez nasze własne podwórka. Kiedyś Bułat śpiewał o papierowym żołnierzyku, co chciał ratować świat i spłonął w ogniu. Piękna, smutna bajka. Ale dzisiaj ten żołnierzyk nie jest zrobiony z czystego papieru i marzeń. On jest zrobiony z wezwań na przesłuchania, z wyroków, z raportów policyjnych. Stał się żołnierzem biurowym. I śruby... Kiedyś dokręcało się je w motocyklu, w rowerze, żeby maszyna szła do przodu. A teraz? Teraz przyszedł wujek Wołodia. Wielki mechanik. I dokręca te śruby tak, że nam wszystkim zaraz pękną ramy, pękną kości, a krew zacznie tryskać z uszu. I wiecie co jest najstraszniejsze? Że ludzie stoją w kolejce i proszą: „Wujku, dokręć jeszcze trochę! Mocniej kręć, aż po sam grób!” Ale ja wam powiem jedno. Przeżyłem swoje, biegałem z wilkami, omijałem czerwone flagi. I wiem, że każda, nawet najbardziej wściekła sfora majorów, w końcu się zmęczy. Każdy dyktator, który dziś trzyma imperium u swoich stóp, jutro będzie tylko zimnym, sinym trupem w kostnicy. Słuchajcie tego. Słuchajcie uważnie, dopóki struny nie pękną, a w gardle nie zabraknie tchu. Bo to minie. Jak nad Moskwą majowa burza. Musi minąć. (Potężne, agresywne uderzenie w akord Hm... I płynne przejście w Część I: „Który już raz lecę z Moskwy do Odessy...”) ------------------------------ Jak podoba Ci się ten wstęp? Czy idealnie buduje napięcie przed Twoim tekstem, czy chciałbyś dodać do wypowiedzi Wysockiego konkretny szczegół (np. o wilkach lub o paralizatorach)?    
    • @jan_komułzykant Janko, Ty też jesteś figlarz, pozdrawiam :)
    • ~~ Wokanda sądowa w Zakopanem. Sprawa pomiędzy Panią a Panem. Pani przed sądem zeznaje, że jej mężowi nie staje. Żąda rozwodu. Woli z kapłanem. ~~
    • @violetta zapętlone odczucia budzą skojarzenia. Dziękuję
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...