Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Rozdział I


Zielony kształt o wielu złoceniach, lekko przypominający syrenkę, ozdobioną w liczne zdobienia, wjeżdża w progi posesji wielmoży Pesjana Wilhelma, albo, jak go nazywali w pobliskiej wsi, po prostu Kowalskiego. Włości wielmoży Kowalskiego rozciągały się aż do lasku trzcinowego, leżącego na skraju lasu bambusowego, który natomiast znajdował się na polu uprawnym orzechów laskowych, o ile można było nazwać to polem. Natomiast sam dwór mistrza Kowalskiego był budowlą z dziada, pradziada. Monumentalny budynek miał niezliczoną ilość sypialni. Dosłownie niezliczoną, ponieważ nasz drogi Kowalski zakazał liczenia tych sypialni. Właściciel miał bowiem wrodzoną skromność i nie lubił się chełpić, dlatego zakazał liczenia drewnianych drzwi. Sam dwór posiadał mnóstwo jadalni, bogato zdobionych. Najbardziej rzucającymi się w oczy jadalnianymi meblami były krzesła wykonane w Brazylii ze szczerego hebanu. Kuchnie, znajdowały się po czterech stronach świata. Z tego względu zostały wyposażone w najwspanialsze meble  i zdobienia. Sama fasada dworu ukazywała swój majestat i przepych. Krótko mówiąc, było widać, do kogo się przyjeżdża. 
Zielona syrenka wolno i majestatycznie objeżdżała błękitny staw z prawej. Przed objęciem spadku przez miłościwego Wilhelma, wzdłuż stawu biegły dwie drogi, którymi się podążało. Lecz Wilhelm nie lubił stawiać dylematów swoim gościom, więc kazał zastawić lewą drogę głazami, a samą trasę zalesić sosnami. 
Gdy samochód stanął na żwirowym podjeździe, który widział chyba niejedno:  
- Zbysiu wypuść mnie! - stary głos wydobył się z tylnych siedzeń samochodu. Drzwi kierowcy otworzyły się szybko i z wnętrza wyskoczył dwudziestoletni chłopak ubrany w ciemnozielony frak z dziwacznym wycięciem na tyle. Chłopak miał blond włosy powiewające na wietrze.
- Zbysiu, ile mam czekać?
- Już, już, ciociu.- to mówiąc blondyn szybko pobiegł do klamki i szarpnął, ale bez rezultatu. 
- Zbysiu, mówiłam, spokojnie.- głos starszej pani przenikał przez stalowe ściany. 
Chłopak lekko chwycił klamkę i uniósł.
- Zbysiu, nie w tę stronę.- łagodny głos skarcił blondyna. Spróbował ponownie i drzwi odskoczyły ukazując starszą panią około osiemdziesiątki w fioletowym płaszczu gramolącą sią z fotela. Po kilku sekundach Helena - bo tak miała na imię owa pani -  podała rękę Zbysiowi. Ten profesjonalnie ją chwycił i poprowadził wolnym krokiem, bo staruszka nie umiała szybciej. 
Tej komicznej scenie przyglądał się stojący w otwartych drzwiach dworu Felicjusz - zarządca włości mości pana Wilhelma. Mężczyzna chrzęszcząc butami podszedł do gości mówiąc:
- W imieniu mości pana pesjanna Wilhelma: witam! Niestety  gospodarz nie mógł osobiście pani  przywitać, ale kazał, aby pani zjadła posiłek. Więc zapraszam.
Z tymi słowy obrócił się bokiem i wskazał gestem, który niezaprzeczalnie wskazywał wnętrze dworu. Starsza pani westchnęła i kiwnęła głową na Zbysia. Chłopak zrozumiał i puścił się biegiem w stronę syreny. Felicjusz z profesjonalnie zakamuflowanym zdziwieniem patrzył jak młodzieniec otwiera klapę silnika, potem ją zamyka i otwiera bagażnik. Zarządca z narastającym zdziwieniem patrzył jak chłopak wyciąga coraz większe kufry. 
- Nie patrz tam, poradzi sobie. To mój siostrzeniec.-odezwała się starsza pani.- Siostra mi go dała na wakacje, żeby mi pomógł.-Felicjusz spojrzał na zielony surdut. 
- Nie miałam nic innego na jego rozmiar.-  powiedziała z wyrzutem. 
Zarządca bardzo się starał, żeby nie okazywać ciekawości. Zapomniał o profesjonalności. Gdy Zbysiu wniósł wszystkie kufry do wielkiego holu, lokaj uznał, że czas zaprosić na obiad. 
- A teraz zapraszam na ciepłą strawę. Służba zajmie się bagażami.- Felicjusz trochę zdziwiony, a trochę zaniepokojony oglądał jak starsza pani kiwnęła głową na siostrzenica, a on klęknął przed kufrem i go otworzył. W środku poobijanej skrzyni była sterta czegoś, co chyba nazywa się włóczką. Staruszka wskazała palcem zielony kłębek. Chłopak wstał i podał włóczkę cioci i stanął obok. 
W tym czasie lokaj o imieniu Andreę, pomógł starszej pani zdjąć płaszcz, pod którym miała przetarty sweter zrobiony z tego samego czym był wypełniony kufer.
-  Więc zapraszam do siód…-lokaj przerwał zaniepokojony i spojrzał na zarządcę z obawą - … jadalni.- dodał wskazując roztrzęsioną ręką drzwi.

André w białym kitlu otworzył rzeźbione drzwi i wpuścił dwójkę gości do pięknie udekorowanego wnętrza. Ściany pokryte arrasami przedstawiające ludzi walczących z wielkim lwem. Podłoga była pokryta piękną klepką zalaną lakierem. Rzeźbiony stół zastawiony świecznikami, misami, paterami, leżał pośród dwóch wielkich komód ze srebrnymi sztućcami. 
Starsza pani jakby nigdy nic weszła i stanęła u szczytu stołu. W rezydencji Wilhelma u szczytów wszystkich stołów nie ma krzeseł, gdyż gospodarz nie lubił wywyższania. Starsza pani kiwnęła palcem. 
- Przepraszam.- powiedział do lokaja Zbysiu i przepchnął się do najbliższego krzesła i chwycił je, lecz krzesło okazało się silniejsze. Chłopak szurając zaczął ciągnąć. Lokaj zrobił krok do przodu, ale starsza pani uniosła dłoń uspokajająco. Młodzieniec dosunął krzesło na szczyt i pomógł cioci usiąść. A sam usiadł po jej prawicy. Ciotka wymownie spojrzała na lokaja, on od razu zrozumiał i kiwnął na Andreę. Tamten profesjonalnym ruchem zaczął nakładać różne dania, które przyprawiały o zawroty głowy. 
- Przepraszam, ale muszę na chwilę państwa opuścić.- to mówiąc Felicjusz prędko wyszedł z sali. 
Pani Helena przewróciła oczami. 
Zarządca przechadzał  się po korytarzach. Z każdym krokiem utwierdzał się  w przekonaniu, że nowi goście pana Wilhelma to ciekawe osobistości. Szurgot kapci obudził Felicjusza z monotonnych myśli. Korytarzem truchtała nienaturalnie  pani Kolupka, sprzątaczka, która pracowała tu niedługo. Zarządca nie zdziwiłby się jakby nie mogła znaleźć gniazdka.    
- Tak pani Kolupka. W czym mogę pomóc?-zapytał uprzejmie Felicjusz. 
- Panie Felku.- zagaiła sprzątaczka.  
- Felicjusz, Felicjusz! Pani Koluska.- poprawił 
- Tak, tak panie Felku. Ale jakaś pani zaparkowała jakimś gratem pod wschodnim wejściem i mówi, że jest zaproszona. Nie wiem co zrobić.- wyrzuciła z siebie sprzątaczka. 
- Spokojnie, załatwię to. A niech pani pomoże panu Andreę.- ze spokojem odparł zarządca i wskazał na  koniec korytarza. Kobieta szybkim truchtem ruszyła. Felicjusz zdezorientowany patrzył na truchtającą sprzątaczkę i sam ruszył do wschodniego wejścia. Po długiej i żmudnej wędrówce zarządca doszedł do zdobnego holu, w którym siedziała na krześle kobieta pod  sześćdziesiątkę, w czarno białej sukni, z torebką na kolanach, i o zgrozo, stworzeniem siedzącym w niej - czyli krótko mówiąc był to kundel rasy białej, tyle tylko wiedział Felicjusz. Kobieta wstała, pogłaskała małego pieska, potocznie nazywanego szczeniaczkiem, i powiedziała: 
- Antonina.- to mówiąc podała dłoń w geście oczekującym pocałunku. Felicjusz rzecz jasna ucałował dłoń damy i ukradkiem spojrzał w okienko obok wrót prowadzących na ganek i lekko zbladł. Ujrzał w nim kształt wyglądający jak czarna Warszawa, o pięknej masce. Szybko zakamuflował rozanielenie i zorientował się, że ową panią gdzieś już widział.
- Co panią tu sprowadza?- zapytał uprzejmie Felicjusz. 
- Jak to?- kobieta zbladła. - zostałam zaproszona.- Dama już się nie cieszyła. Była bliska łez. Zarządca spojrzał na pieska, potem na okno i znowu na białą kulkę, i westchnął. 
- Oczywiście. Proszę za mną.- uprzejmie się uśmiechnął i ruszył przodem.
- Och, bardzo panu dziękuje. Mi wystarczy tylko sypialnia i łazienka. A gdyby to był kłopot, to nawet bez łazienki.- uroczo zamrugała i spojrzała na pieska. 
- Fifek! Co ty zrobiłeś? Pan będzie zły.- zarządca szybko się obrócił i ujrzał widok, który go zmroził. Pani Antonina trzymała w rękach psa, który zaś w pysku pomiędzy bialutkimi ząbkami miał serwetę z wyszytymi inicjałami ,, P.W. ,,

Rozdział II


Pukanie srebrnej kołatki o specjalne wgłębienie w drzwiach wybudziło Antoninę i jej pieska z błogiego snu. Po kilku minutach zrozumiała, że obecność metalicznego dzwonka wskazuje na to, że ktoś ma nadzieję ją ujrzeć w najbliższym czasie. Wstała i szurając po gładkiej kamiennej powierzchni udała się do łazienki. Po długich 60 minutach, podczas których Antonina umyła się i  ubrała w czerwoną suknię, wyszła  monotonnie szurając. Udała się do drzwi prowadzących na korytarz. Nagle ostro zawróciła jakby zobaczyła ducha i chciała go uniknąć. Podeszła do łoża, podniosła kulę mięsa owiniętą w białe futerko i powiedziała: 
- Fifek, otwórz oczęta. Idziemy na śniadanie.- pies jakby nie słyszał i nadal był w zakamarkach swego snu. Antonina chwyciła jedną ręką torebkę ze skóry krokodyla, zwinnym ruchem zarzuciła ją na ramię i drugą włożyła do niej pieska, któremu było obojętne czy śpi na łóżku czy w torebce. Kobieta wychodząc przekręciła zamek, najpierw raz, a po zastanowieniu dwa. Dumnymi krokami przeszła pierwsze pół korytarza, którym wczoraj ten uroczy mężczyzna ją prowadził. Pomyślała i spojrzała za siebie. Kilkanaście metrów za jej drzwiami stał zakręt, jeżeli ów może stać. Antonina długo nad tym nie myślała i ruszyła dalej. Po krótkim czasie doszła do tego samego holu, gdzie ostatnio czekała na gospodarza. "Pesjan Wilhelm... hmmm... ciekawe" -  pomyślała i przypomniała sobie o liście od ów waszmościa. Te rozmyślania przerwał donośne chrząknięcie, które dobiegało z drugiego korytarza wlewającego się do hallu. Owe korytarze nie miały grubych drzwi, jak w większości dworów na świecie, gdyż miłościwy Wilhelm  nie lubił, gdy goście mają sami otwierać drzwi na każdym kroku. 
- Szukałem pani.- zarządca, który właśnie wyszedł z drugiego korytarza ukłonił się. 
- Pesjan Wilhelm chciał się z panią przywitać przed wyjazdem na polowanie, lecz mówił że mości pani spała wiec pojechał-  i dodał 
- zapraszam na śniadanie.- to mówiąc ruszył w drugi korytar wchodząc w chwilową ciemność. Pani Antonina tupocząc szpilkami szła za Felicjuszem. Wielkie rzeźbione drzwi stanęły na przeciwko dwóch postaci: jedna w czarnym kitlu, a druga w czerwonej sukni z torebką na ramieniu. Po kilku dłużących się niemiłosiernie chwilach, wrota otworzyły się, a w nich stanął Andreę kłaniając się w pół, gestem wskazując ręką miejsca przy długim stole. 
- Ta jadalnia jest jedna z najpiękniejszych w tej części dworu.- to mówiąc Andreę odsunął krzesło od stołu po prawej stronie i pomógł gościowi usiąść. 
- Przepraszam.- zagaiła pani Antonina - bo mój Fifek jest troszeczkę głodny i gdyby to nie był kłopot to....- zamrugała i uśmiechnęła się uroczo. Felicjusz lekko kiwnął głową i odparł:    
- Oczywiście proszę pani.- kiwnął na Andreę, a on szybkim krokiem ruszył do drzwi na korytarz. Jeszcze tylko usłyszał jak najnowszy gość pana Wilhelma mówi: 
- Ale bez glutenu, jakby to nie był kłopot.- Andreę wyobraził sobie mruganie pani Antoniny i przeszły po nim ciarki. Przypomniał sobie o Pesjanie Wilhelmie.  

Opublikowano

Taaak, fabuła dopiero się rozkręca, stylistyka wymaga poprawek, wyciągnę z treści - przekręca zamek, a gdzie kluczyk?
w sumie trochę się wystraszyłem na początku bliskością wyrazów ozdobioną w liczne zdobienia, niepotrzebnie kilka drobnostek w stylu kuchnie znajdowały się (hym?) były rozmieszczone, itp itd.
Trzymam kciuki,  jeśli to debiut to bardzo udany.
Pozdrawiam

Opublikowano

Bardzo dziękuję za rady i sugestię. Wkleiłem to bo chciałem na początku zobaczyć czy warto kontynuować. Tak naprawde to szkic z wieloma blendami tematycznymi, wizualnymi, gramatycznym i słownym  zawiesiłem prace nad nim już pare dobrych miesięcy temu.

 

Jeszcze raz dziękuję 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • wieczór    spojrzałem w lustro  oczy lekko zamglone  łza  spadła na rękaw koszuli    mimo zmierzchu  lśni jak diament  mieni się kolorami    ze szczęścia    Pielgrzymka rowerowa    jadę …   kolejny raz  do Ciebie Królowo Polski    Jezu ufam Tobie  prowadź   7.2026 andrew  To wczoraj,  a dziś ruszamy o 6.00  z pod pomnika Jana Pawła II , na pielgrzymkę rowerową  Szczecin Częstochowa  Relacja na bieżąco w Facebooku  Jeśli ktoś chce, może duchowo przekazać intencje, zawiozę Matce Bożej.  
    • @Migrena możliwe, dziękuję  @Berenika97 Jak najbardziej też możesz mieć rację. Może ci od ścigła siłą rzeczy i okoliczności wręcz muszą iść absolutnie nietypową drogą i poza powszwchnościami ://
    • PENTAGRAMU ZNAK I. SZEŚCIOKĄTA  "Jest  .75 rok Renaud ma  23 W tej piosence krytykuje en bloc Wszystko, co czyni Francję i Francuzów jego czasów Bandą niemytych kutasów. Od stycznia do grudnia są wciąż con. Ta piosenka daje ziścić  Wolną rękę jego  nienawiści.  Na podstawie faktów, krytykuje to,  Co - według niego - jest słabością  Jego ludu. Fakty te są podzielone  Na dwanaście małych stronic Z dwuwierszami z podwójnością Miesięcy lub czterech wałów  (Z adnotacją do annałów)" Całują się, bo styczeń jest Dziś się zaczyna nowy rok Lecz Francja nie zmieniła się Tu od wieków to samo wciąż Dni mijają i tygodnie Lecz tu się zmienia tylko tło Każdy chce tylko żyć wygodnie: Nikt nie nie krzyczy, gdy widzi zło A w lutym nikt nie wstydzi się Wspomnieć o metrze Charonne Gdzie koronkowy założyli szew Pałkarze z wyższym dyplomem Bo ten kraj to raj dla policji Na każdym rogu jest suk 100 Nie potrzebują abolicji Bezkarnie im uchodzi mord Kiedy wieszają w marcu Za Pirenejami, obok tuż Anarchistę z Kraju Basków By w nim zdusić chęć na bunt To w krzyk, i wojnę chcą zaczynać By pomścić ten okrutny mord Zapominają, że gilotyna U nas też niezły zbiera plon Na świat przyjść w cieniu Sześciokąta To dziś dość nie zaszczyt, tylko ból Przecież nie z Niemiec się przyplątał To panujący durniów król W telewizji, w gazetach trąbią tak Mówią im każdego kwietnia, że Jeszcze nie czas zdjąć ciepły płaszcz  Lecz odwilż szybko zbliża się A zasad z prześwietnej przeszłości Przestrzegają co do joty I tradycji wolności, równości... Jak ja współczuję tym idiotom A w maju też uronią łzę Nad krwią, co spłynęła w róż czerń Nad klęską rewolucji tej Co prawie zmieniła historii bieg A ja pamiętam ten owczy pęd Głosujących sto razy tak Tak się wolności bali, że Za porządkiem stawiali znak Upamiętniają w czerwcu to Wyzwolenie Normandii plaż Gdy niezłomny GI Joe Przyszedł, by w piasku ukryć twarz Zapominają, że z dala od bomb Jedni krzyczeli: "Vive Petain" A inni zbiegli pod Big Bena schron A był jeden Jean Moulin Na świat przyjść w cieniu Heksagonu To nie zaszczyt, tylko ból Nie mów mi, że jest Lizbony Tu panujący durniów król A w lipcu znów cementują Pamięć dnia, gdy runął więzień mur Choć do dziś prosperuje Wyzyskiwaczy dwór Cieszą ich ludowe festyny Fajerwerki i Mirage'ów szyk Myślą, że utopią w winie Fakt, że pionkami mają być W sierpniu jest już wolność, bo Po długim roku na linii Krzyczą: "Płatny urlop to jest coś" I zapominają machinę W Hiszpanii, Grecji czy Francji Zaśmiecają wszystkie plaże A ich wątpliwa elegancja Tam zagraża krajobrazom Gdy likwidujemy we wrześniu Co rok czyjąś wolność i kraj Głęboko w tropików sercu Tu w sercach wciąż kwitnie maj Nikt nie obrzuca pomidorami Ambasadora, co wraca do domu Faszyzm po plasterku salami W Chile czy Francji, po kryjomu A grać we Francji jedną z drugich ról To praca nadobowiązkowa To panujący durniów król Jest Francuzem, wierz mi na słowo A w październiku winobranie W beczkach kipi winny moszcz Chełpią się rocznikiem wygranym Swych "Côte-du-Rhône" i swych "Bordeaux" Eksportują krew ziemi jak ser Byle gdzie za granicę Ich pinard i camembert A głupoty mają bez ograniczeń W listopadzie na targach moto Będą podziwiać tysiące Nowy model Peugeota Na który nie mają pieniądza Kółka, ekran, i wyścigi Francja żyje narkotykiem  Poza nimi jest tylko na niby Na ten opium nie ma odwyku Grudzień to apoteoza Wielkie żarcie i drobny dar Nadal wszyscy w ślozach Za to w gettach każdy rad Ziemia może przestać się obracać Nie zapomin zapomną, że  rok nowy Chcę zobaczyć, jak srają w gacie I na grzybkow jad z ziemi schodzą  Na świat przyjść w cieniu Heksagonu To dziś jak powolny zgon Gdy król durniów pożegna się z tronem Będzie 50 milionów... walczących o tron II. MĘCZĄCE MIESIĄCE "Jest .26 rok Auteur ma 50+ W tej piosence rozlicza to, Co czyni jego nieco były już Kraj  niedawnych czasów Bandą przepitych smutasów. Od stycznia do grudnia są po wódce. Ta piosenka daje upust, Wolną rękę jego smutkom  Bezpodstawnie krytykuje lupus Co - według niego - atakuje ciało Jego ludu, które go wychowało.  Te kalumnie są podzielone Na dwanaście małych kolumn Z dwuwierszami z wieloznacznością  Dat lub ostrożnością (Bez wpisania do akt)" Piją w sztok, bo styczeń tuż Zaraz wybuchnie nowy rok Choć ten kraj zmienił się ciut To od wieków to samo wciąż Przeminął rok, przeminął wiek  I dekoracje zmieniły się Lecz wie to najstarszy człek: Nikt tu nie chce nigdzie biec A Styczeń to niebezpieczny czas; Najpierw my wyzwalaliśmy was  A wy nam kibić zwęziliście w pas Pas Uralu, gdzie zarliśmy las. Potem to wy zajęliście nas, To znaczy wyzwoliliście od A na słuczaj, że pójdziemy w las Zbudowaliście o taki płot O Lutym nie pamiętam nawet ja A przecież płynęła zielona krew  Z AK 47, a może sześć, Gdy krzyżyka brak to był ostatni znak A później z dekad chyba trzy Brak odwilży kaloryfery ściął  Mrozem, co stajał w jeden mig Gdy tiarę jeden góral wziął  A potem Marzec, wiosny kres Soixante huit, jeden mniej niż neuf  Akademicki założyli szew Pałkarze, co mieli smak na krew (Bo to raj dla policji był i jest: Na róg im wchodzi suk ze 100 Tylko że wtedy w każdy kąt A teraz tylko w jedną z dzielń) Lecz my eksportowaliśmy krwi zew  Na tygrysy, na Małej Strany brzeg To później, lecz przez granice bieg To kula w płot tu, gdzie zbiegł pół  Lew  Wstyd na świat przyjść w tym cieniu rodła  Gdzie gość w dom to nie Bóg  Gdzie mają krzyż tylko w godle Gdy spragniony chce wejść w próg  (Tu trudno sobie rąk nie pobrudzić Choć, obiecują, że odwilż tuż "A wiosny nie ma, ciągle Grudzień" Każdy uprawia parawan swój)   Więc Kwiecień, czas na ostrzu kosy  Gdy miał przyjść wiek wolności złoty Wyszło jak zwykle: Styczeń patrz  Chłop wrócił do roboty, i za twarz A, i niekontrolowane wzloty  By stał poostrzyć o ojców śmierć I jak zwykle, zamiast pozłoty  Wyszedł im całkiem zimny Lech (Przestrzegają czerwieni maków,  Tradycji, że krew nie piach  Stawiają duży kwantyfikator  Równając wolność z jak chce traf) A Maj? W maju pachnie siarką: Najpierw wziął zabawki Ziuk I dał wycisk, że poszły ciarki Zaciągnął już spłacony dług A potem chęć ucieczki z murów zasadzki Bunt tych, którym skończył się świat  Co mówili po Tłomackiem.  Niektórzy wciąż noszą zżółkły kwiat  I czerwiec: to starcie koziołków  W najbardziej ceglanej z hut I jak w Marcu:; garść fikołków I  szkoła bratania się pod but A potem był ⅓ głos  Lecz głos nie fatygował się I miał rację, choć za włos Wzięła go nie czerwień ale czerń Na świat przyjść w cieniu modlitw  To dziś nie cnota, ale grzech Bo nie z księżyca są czcigodni W tym kraju gdzie króluje czerń  A w lipcu szumi Zielony Las Gdzie runął wielki czarny krzyż (Choć jeszcze długo miał gwiezdny czas  I wciąż nie chce pójść a kysz) To też Wisły cudny czas Gdy w szyk najczerwieńszej z gwiazd Weszła Tuwimowska zieleń (I błękit też, choć raczej dzielił) W sierpniu jest kwestia wyboru: Najpierw to z kolan powstanie Po pięciu latach wreszcie bez nadzoru  (Lecz i tym razem bez zmartwychwstania) A potem krzyczeli "chleb to bytu kawał, Lecz co z igrzyskami po równo?" I wyjątkowo długi karnawał Lecz jak zwykle się skończyło..grudniem A w kwestii Września: był  chłop taki, Co mógł mieć przewóz, lecz wybrał wóz  I te niesforne dzieciaki, Co po niememu nie chciały mówić już I rzecz jasna ni guzika pół  W kupie raźniej i tak dalej Lecz jak przyszło karty wyłożyć na stół Znów się skończyło zawałem Na świat przyjść pod znakiem klęski W kraju tym, gdzie bądź to chciej  Gdzie nie spojrzeć, to remis zwycięski Było 6 milionów... 6 milionów mniej A w październiku głos zabrał Wiesław I dał odetchnąć, lecz jak się  okaże  Zaraz głos dawać przestał A dalej to już patrz Marzec  Temu miesiącowi natura dała: Edukacji kęs, biała tiara,  Co sczerniała, w Wiśle ciało W czarnej sukni, premier z KO... I jeszcze, choć datuje się na Listopad, Bitwa czerwonego z białym  Niby obok,a jednak kłopoty  W Lipcu zażegnane, lecz Wrzesień był dalej A wcześniej, lecz z tej samej serii Kieszonkowy pucz w marnej reżyserii Co się skończył jak zwykle prawie Tylko, że trochę mniej krwawo  I prawie zapomniałem: W 11., ten z Maja cieniem  Ukradł dom, wraz z zadaszeniem Takim trzem, co nań dybali (Wcześniej 1,2,3, go trzymali) I był pokój na pierwszego  (Do 26. No z wyjątkiem Grudnia ostatniego) I mamy Grudzień, ale à rebours Bo na mrok historii wziąłem kurs:  13: wywrót w wersji light I 17: jednak kilka ciał  A na koniec ofiaruję wam  22:z zwykłego powodu:  Higieny narodu, błękitny plan, tak ten sam, Co w lipca skwar, w Galerii Chęć głowę odciął nam  Na świat przyjść w cieniu Mordor To zawsze jest przepis na zgon Jeden  to nic, idą hordą   40 milionów... Więc nie pytaj, kogo bije dzwon    
    • W nowej kuchni w chałupie pod Bieczem Zbych kurczaka szabelką swą siecze i nadziewa na sztych. Uch! Nadzieję ma Zbych, że zwyczajnie to mu się upiecze.
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...