Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Mocne światła reflektorów uniemożliwiają mi zobaczenie twarzy kierowcy. Właściwie to nie widzę nawet zarysów ciężarówki. Szkoda. Wolałbym widzieć. Tak przynajmniej zawsze to sobie wyobrażałem. No, ale ta cała historia przerosła zupełnie moje wyobrażenia. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym wiem tak naprawdę mniej. Szaleniec włamał się do mojej głowy i zabarykadował drzwi. Teraz już nie ma innego wyjścia, musi wyskoczyć oknem. Ale nie boję się. Przez cały ten czas ani przez chwilę nie czułem strachu. Wiem, że to najlepsza droga. Zaufałem Dianie, wiem, że ma rację.
Światła wciąż tylko świecą i świecą. Zupełnie jakby ktoś włączył zwolnione tempo, jak na hollywoodzkich filmach akcji. Długie ujęcie kamery na moją zastygłą w bezruchu twarz, potem na kabinę nadjeżdżającej z łoskotem ciężarówki. Czas naprawdę potrafi płatać figle. A może tylko moje myśli przyśpieszają? Ściskam Dianę niecierpliwie za rękę. Jest zimna jak zawsze. A może nawet bardziej niż zwykle? Śmieszna sprawa. Właśnie teraz, w takim momencie, przypominają mi się tamte ciężarówki podczas naszego pierwszego spotkania…

***

To był oczywiście jej pomysł. Teraz już przyzwyczaiłem się do tego, ale wtedy byłem nieco zdziwiony. Większość normalnych ludzi umówiłoby się w jakiejś restauracji czy kinie. Pewnie sam bym to zaproponował, gdyby nie to, że to Diana już od początku przejęła inicjatywę. I zostało tak do teraz. Staliśmy więc z nią na poboczu posypanym białymi kamyczkami w samym środku nocy jak, nie przymierzając, jakiś alfons ze swoją kurwą. Kiepski sposób na pierwszą randkę. Ogromny ruch przy drodze krajowej bynajmniej nie dodawał sytuacji romantyzmu. My jednak wpatrywaliśmy się jak zahipnotyzowani w przejeżdżające ciężarówki. Diana, z błyszczącymi oczami, gestykulując szeroko mówiła coś o sensie istnienia. Coś, czego jeszcze wtedy nie mogłem zrozumieć. Wiedziałem tylko, że tiry jeszcze nigdy nie wydały mi się tak interesujące jak wtedy, gdy Diana powiedziała mi, żebym się im przypatrzył. Stałem więc tak, starając się sprawiać wrażenie, że wiem o czym mówi. Nawet mi się to udawało, ale tylko do czasu, dopóki śmiertelnie nie przestraszyłem się własnego szalika. Nie wiem nawet dlaczego. Zawiał wiatr, jakiś kształt mignął mi przed oczami, a ja prawie dostałem ataku serca. Diana spojrzała na mnie z rozbawieniem. Słowem wielka klapa. Każdy tak powie. Pewnie w zwyczajnych okolicznościach też byłbym tego zdania i postanowiłbym darować sobie tą znajomość. Jeszcze rok temu szczerze bym się uśmiał, gdyby ktoś powiedział mi, co teraz robię. Ale to było zanim poznałem Dianę...

***

Diana Xara Malicka. Tak mi się przedstawiła przed wejściem do apteki. Wychodziłem właśnie śpiesznym krokiem, gdy pierwszy raz poczułem na ramieniu jej chłodny dotyk. Właściwie nawet nie zdziwiło mnie to oryginalne drugie imię. Zbyt pochłonięty byłem wyglądem nieznajomej. Musiałem wyjść na totalnego idiotę, kiedy tak stałem z otwartymi ustami nie mogąc wyksztusić słowa. Wyglądała bardziej jak przywidzenie, dziwaczny wytwór umysłu, niż prawdziwa osoba. Jej luźne, kwieciste ubranie, jakby żywcem zdjęte z bohaterki musicalu „Hair”, niemalże zrywał z niej wiatr. Nieuchwytność po prostu biła z jej ciała w sposób tak silny, że miałem wrażenie, że w każdej chwili może najzwyczajniej w świecie rozpłynąć się w powietrzu.
Jednak tak się nie stało. Zamiast tego popatrzyła na mnie tym swoim dziwnym wzrokiem od którego do teraz dostaję dreszczy. Zupełnie jakby patrzyła na jakiś punkt daleko za mną, jakbym był przeźroczysty. Z odrętwienia wyrwał mnie jej miękki głos.
- Zapomniałeś tego.
Dopiero teraz zwróciłem uwagę na małe pudełko, które trzymała w dłoniach okrytych szerokimi rękawami. Spojrzałem na nią pytająco. Kupowałem przecież tylko neo-angin i na pewno go nie zapomniałem. A zresztą, skąd ona się wzięła w tej aptece? Nie widziałem jej tam... Zanim zdążyłem jednak zadać te pytania, Diana zbliżyła się do mnie. Zresztą, teraz wiem, że nawet gdyby udało mi się ją o to zapytać, nie usłyszałbym odpowiedzi. Diana ma raczej w zwyczaju pokazywać, niż odpowiadać. A to jeszcze bardziej rozbudza ciekawość. Nie zważając na moje wahanie Diana wyciągnęła do mnie rękę z pudełkiem.
- Więc niech to będzie prezent...

***

Uuuu, uuuuu ! Potężny dźwięk klaksonu wyrywa mnie ze świata wspomnień. Światło wciąż uniemożliwia dostrzeżenie czegokolwiek. Wydaje się, że ciężarówka w ogóle się nie przesuwa. Stoimy na tej szosie i czekamy w nieskończoność. Diana przytula się do mnie. Spogląda mi głęboko w oczy. A raczej głęboko za mnie, jak to ma w zwyczaju. Myślę, że gdy to robi, widzi we mnie wszystko. Wie, że nie waham się. Pokazała mi coś, czego złapałem się kurczowo i nie zamierzam wypuścić. Niezależnie od ceny. Musiała o tym wiedzieć już od samego początku...

***

Pomarańczowo-białe pudełeczko wyglądało jak opakowanie jakiegoś leku. Nic jednak nie mogłem odczytać, litery były całkowicie zamazane. Obracałem je przez jakiś czas w dłoniach, zastanawiając się, kim dziewczyna, która mi to dała właściwie jest i dlaczego dała mi to opakowanie. W końcu postanowiłem odpowiedzi poszukać w środku. Ulotka, nic więcej nie znalazłem. Wszystko napisane oczywiście mikroskopijnym, nieodczytywalnym druczkiem. I tylko mocny, czerwony szlaczek szminką. Numer telefonu. Pomyślałem, koniec, to wszystko jest jakieś chore. Pudełko wylądowało prawie w koszu, w ostatniej chwili jednak coś mnie powstrzymało. A potem już tylko patrzyłem, jak moja ręka wystukuje cyfry na klawiaturze komórki.
- Myślałam, że już nigdy nie zadzwonisz.

***

Spacerowaliśmy po pustym mieście. Wyglądało przytłaczająco nierealnie, kojarzyło mi się ze scenografią na jakimś planie filmowym. Tydzień po tym dziwnym spotkaniu przy szosie, Diana zupełnie niespodziewanie pojawiła się w progu moich drzwi.
- Diana? Skąd wie...
- Ciii – przerwała moje pytanie – ubieraj się. Idziemy na spacer.
Stary pijak próbował właśnie niestrudzenie kroczyć do przodu, mimo, że głową haczył prawie o chodnik. Diana obserwowała go z pogardą. Nic nie mówiliśmy, jedynie nasze kroki równomiernie stukały o powierzchnię dziurawych płyt chodnikowych. Kiedyś pewnie przejmowałbym się tym, ale wtedy czułem, że to niepotrzebne. Po prostu szliśmy przed siebie.
- Pamiętasz – zaczęła Diana niespodziewanie – to co ci mówiłam przy drodze?
Szczerze mówiąc nie pamiętałem ani słowa. Cała sytuacja była dla mnie zbyt nowa, bym skupiał się na znaczeniu słów tajemniczej towarzyszki. Zanim jednak zdążyłem otworzyć usta usłyszałem jej głos
- Nie martw się. Dzisiaj będzie więcej. Dzisiaj zrozumiesz więcej – powiedziała głosem tak spokojnym, jakby mówiła o pogodzie.
Tylko czego więcej? Choć te wszystkie tajemnice nie do końca podobały mi się, wiedziałem, że nie mogę odmówić. Jej ręka delikatnie zacisnęła się na mojej. Popatrzyłem na nią. Czy to możliwe, by była jeszcze piękniejsza niż poprzednio? Wyglądało na to, że jestem kurewsko wielkim szczęściarzem, pomyślałem.
Cichy dźwięk zatrzymywanego samochodu obok nas oderwał mój wzrok. Suki. Oczywiście w najgorszym możliwym momencie.
- Dobry wieczór – zabrzmiał znudzony głos policjanta - Dokumencik proszę.
Przecież było nawet jeszcze przed północą. Czego oni chcą od normalnych ludzi? Lepiej zajęliby się tamtym pijusem na ulicy.
- Przykro mi, ale nie mam przy sobie, proszę pana.
- Taaa – przeciągnął wąsaty gliniarz zgrywający strażnika Teksasu – a co tu robisz?
- Spacerujemy, proszę pana. Po prostu.
- Spacerujecie?! – powtórzył robiąc przy tym minę jakbym przyznał się do wielkiej zbrodni.
Popatrzył na mnie podejrzliwym wzrokiem, trochę jakby niedowierzając. W tym momencie odezwał się z tyłu drugi, mniejszy.
- Dobra, zostaw chłopaka, mamy wypadek na Nakielskiej. Jakiś pijak wpadł pod samochód.
Gliniarz jeszcze raz spojrzał na mnie robiąc grymas Chucka Norrisa, po czym odwrócił się w stronę samochodu i odszedł szybkim krokiem. Spojrzałem niepewnie na Dianę. Stała, przypatrując się księżycowi, jakby nic się nie stało.
- Dziwne, że ciebie się nie czepiali – rzuciłem trochę niezdecydowanie.
- Może się im spodobałam? – odparła podchodząc bliżej

***

Prowadziła mnie nieśpiesznie za rękę w sam środek ciemnego lasu. Nawet już nie pytałem. Odpowiedziałaby, że za chwilę przekonam się sam. Księżyc w pełni oświetlał drogę, sprawiając, że nawet w gęstwinie drzew bez problemu wiedziała którędy iść. Po kilkuset metrach stanęliśmy. Diana uniosła powolnym ruchem głowę do góry. Ciemne włosy opadły na jej ramiona.
- Rozejrzyj się – powiedziała lekkim tonem, którego jeszcze nie znałem – wsłuchaj się. Poczuj.
Posłusznie zadarłem głowę. Podobno feromony potrafią zupełnie zmienić postrzeganie świata. Chyba Diana musiała mieć ich sporo, przeszło mi przez myśl. Nie wiem jak i dlaczego, ale rzeczywiście czułem. Każdą żywą cząstkę tego lasu.
- Jak często twoje istnienie dostarcza ci radości? Jak często czujesz elementarną przyjemność, dlatego, że jesteś?
Usłyszałem głos w swojej głowie. Byłem tak oszołomiony, że chwilę zajęło mi zdanie sobie sprawy, że to głos Diany. Narastał z każdym wyrazem. Wkrótce przestałem rozróżniać słowa. Trafiały do mnie jak monotonna, jednostajna muzyka. Czułem, że ich znaczenie omija mój umysł i przenika prosto do podświadomości. Rozejrzałem się wokół. Z zaskoczeniem zauważyłem, że leżę na ziemi. Cała jakby falowała, trzęsła się i pochłaniała mnie swoją miękkością. Poczułem na sobie zimne ciało Diany. Miałem wrażenie, że jesteśmy we wnętrzu szklanej kuli, na powierzchni której migoczą różne barwy i kształty. Coś naginało moją psychikę, a ja wcale nie zamierzałem protestować. Nagle straciłem grunt pod plecami. Na policzkach poczułem chłodny powiew wiatrów wiejących wysoko ponad lasem. Prawa fizyki zostały zapomniane.

***

Warkot wielkiego silnika narasta. Zbliża się, teraz jestem już tego pewien. Jeszcze tylko chwila. Oślepiony światłem zamykam oczy. W moich objęciach Diana wydaje mi się jeszcze zimniejsza niż zwykle. Niezwykłe. Jak ona cała. To, co dała mi w tym krótkim czasie, jest nie do opisania. Gdyby nie ona, pewnie piłbym teraz tanie wino z chłopakami.. Właściwie, to żal mi ich. Teraz dopiero wiem, że życie bez Diany było lizaniem cukierka przez szybę. I wreszcie będę miał okazję odwdzięczyć jej za to. Głuchy stukot kół wypełnia moją czaszkę. Już prawie. A oni zostaną tutaj. Szkoda, że nie mieli okazji jej poznać. To wszystko potoczyło się tak szybko...

***

- Jak mi się podobało? Diana... To, to...nie potrafię tego opisać. Ale jak... - po raz kolejny przerwała moje pytanie przykładając mi dłoń do ust
- Chcesz wiedzieć? – spytała uśmiechając się wręcz figlarnie – jeszcze dziś możesz się przekonać. Tamto, w lesie, było tylko namiastką.
Patrzyłem na nią wzrokiem, który określiłbym jako mieszaninę zachwytu z niedowierzaniem. Kim ona tak naprawdę jest? Nie po raz pierwszy zadawałem sobie to pytanie.
- Diana, poczekaj. Ja już się gubię w tym trochę. Powiedz, kim właściwie jesteś? – zacząłem najpoważniej jak potrafiłem
W odpowiedzi usłyszałem jej uroczy śmiech.
- Słodki jesteś – odparła wesoło. Podobno, gdy kobieta mówi ci, że jesteś słodki, tracisz wszystkie szanse. Nie podobało mi się to. – przecież sam możesz sobie odpowiedzieć na to pytanie... – przerwała na chwilę, po czym spojrzała na ścianę za mną – Chcesz, żeby to, co stało się tam, w lesie, trwało wiecznie?
- Tak. Chcę – ze zdziwieniem usłyszałem swój własny, przytłumiony głos, jakby dochodzący z wnętrza papierowej tuby...

***

Dziwne, że nawet nie próbuje hamować. Sądziłem, że wciśnie pedał. Zresztą to i tak bez znaczenia, nie zdążyłby. Na wątpliwości też już za późno. Mam ochotę się roześmiać, ale jakiś skurcz ściska mi usta. To się dopiero nazywa zaufanie. Kilka dni znajomości i stoję tu na szosie, w oczekiwaniu na poznanie...właściwie to nawet nie wiem czego. Chyba wszystkiego. Perfekcyjnej doskonałości niebytu, jak to określiła. Czuję już ostatni podmuch ciężarówki. Przedni zderzak prawie dotyka mojej klatki piersiowej. Otwieram oczy, by spojrzeć jeszcze na Dianę. Tak podświetlona wygląda jak anioł. Czy ten grymas to uśmiech? Niesamowity widok. Jestem szczęśliwy...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        Julia z Kurlandii   Kim jestem? Śladem po mnie w pospiesznie rzuconej mikrohistorii, w starym śpiewniku ewangelickim, w filmie o kimś podobnym do mnie, w tajemniczych literach, w czyimś allelu, w chemicznym znaczniku. W strasznej historii o czyimś odejściu i w trychterze do karmienia na siłę niejadków.   W słowie grynszpan, sepia. W starych aktach narodzin i śmierci. W cytacie biblijnym „Ich bin das Brot des Lebens” na świętym obrazku zagubionym między stronami.   To ja. Przypominam o sobie we wspomnieniu wnuka o ojcu i jego matce – samobójczyni lub ofierze. W Weronalu kupionym w starej aptece na Chmielnej.   Przypominam o sobie w starym śpiewniku i w słowach dokumentu: młoda kobieta w wieku dziewiętnastu lat przyniosła swoje dziecko do chrztu. Ojciec nieznany. Później zastygam w milczeniu syna. Wstydliwym i bolesnym milczeniu. Co potrafiłam? Nakrywać stół potrafiłam, zarządzać domem swoim.   Wyszłam za mąż. Syn dostał nowe nazwisko. Żyliśmy sobie w Alejach. Dwoje małych nam umarło – córka, której imienia nie pamiętam, i syn Zygmunt. Odeszli.   Rozwód zasądził sąd kościelny. Nie dałam rady. Józio poszedł do szkoły. Wrócił, a mnie już nie było. To był jeden z mroźnych dni lutego 1909 roku. Weronal, włamanie, nienapalone w piecu… Nie wiem. Nie pamiętam.  
    • @.KOBIETA.

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      A gdybym, mimo woli, kiedyś Ci dopiekł - pomyśl: "rodziny" się nie wybiera
    • Zamknąłem oczy na chwilę i chyba przysnąłem. Obudził mnie dźwięk tłuczonego szkła więc zerwałem się z fotela w którym uciąłem drzemkę by sprawdzić przyczynę hałasu ale tak szybko jak wstałem pojąłem co się stało. Że to był sen w którym zbiłem lustro, pięścią z całej siły, i byłem kobietą w tym śnie to dziwne i był ten obleśny nieznany mi mężczyzna po którego wyjściu za drzwi uwolniłem swoje emocję rozbijając lustro. A więc moja wyobraźnia zbiła lustro? Zażartowałbym pytaniem czy to się wlicza do lat nieszczęścia ale bardzo ciężkie negatywne emocje które towarzyszyły sennym wizjom, które przeżyłem w śnie jakoś nie opuściły mnie wraz z otwarciem oczu. Czuję się fatalnie, jak czarna nicość, jak coś najgorszego i to z powodu kilku krótkich scen we śnie. Dzwoni telefon który wyciszam bez sprawdzania kto to, nie mam ochoty na ludzi, gaszę światło, zasuwam firany. Siedzę tak w ciszy i ciemności a wgłowie krzyczy mi płacze żali się wypomina. Nie zaznam spokoju wiele godzin aż wstanie dzień i pójdę sobie zrobić kawę. Dziś nie jem śniadania żołądek mam ściśnięty tym zdarzeniem ze snu jakby wydarzyło się naprawdę, nie mam apetytu i choć nieraz zmuszam się zdroworozsądkowo do odżywiania wiedząc że to dobre dla mojego organizmu tym razem dusza wygrywa nad ciałem i tylko wypalam dwa papierosy do mojej kawy. Pójdę do pracy i mi przejdzie- myślę bo wiem że tam myśli zajmą się czymś innym a jednak wbrew sobie poddaje się chyba swojej podświadomości i wybieram numer do firmy informując przez sekretariat że dziś mnie nie będzie. Zasłaniam szczelnie okna stawiam popielniczkę możliwie blisko wyciszam się w ciemnościach. Medytacja nie przynosi skutku. Niepokoi mnie ta wizja ze snu. Nie tylko zbite lustro ale cały klimat tej sceny. NIe umiem nazwać ani emocji, ani uczuć jednak wiem że są złe, niedobre. To bardzo ciężkie i przytłaczające myśli choć niesformułowane niepokoją mnie jak krajobraz oceanu nocą. Szybko kończą mi się papierosy, musiałem wypalać jednego po drugim niezuważenie gdzieś goniąc myślami po zakamarkach tego czego doświadczam by to poznać. Nie poznałem i nie mam papierosów. Kim jestem bez tych szlugów? Chyba sam siebie bym nie rozpoznał mijając się na ulicy gdybym nie trzymał papierosa między palcami w ustach. Jakby tego było mało że w moim wieku nie wiem kim jestem to jedyna moja tożsamość jakiej jestem pewien w tej chwili niknie. Albo będę kłębkiem nerwów tu zamknięty w ciemnym pokoju mojego mieszkania i z każdą chwilą będę obserwował rosnące objawy napięcia i głodu nikotynowego jak drżące ręce i nerwowe oddechy albo będę kłębkiem nerwów w drodze do sklepu, po ulicy, do ludzi i w śród ludzi. Już dawno zrozumiałem że nie nikotyna mnie uzależniła a poczucie zasłony jaką tworzę tym papierosem, dymu którym odgradzam się od innych, skupienia na sobie które zapewnia mi palenie. Nawet nie musiałbym wciągać tego dymu wystarczy sama świadomość że ćmi mi się w dłoniach ten mój przyjaciel jak maska, jak dystans od świata. Minie czas i pójdę jak na skazanie po kolejną paczkę tymczasem uciekam się do wszystkiego by odwlec tą chwilę do jak najdalej od teraz. Do wszystkiego w moim stanie oznacza rozpadnięcie się w fotelu i wbicie wzroku w sufit i coraz wolniejszym miarowym zamykaniem powiek. Medytacja? Nie sądze medytacja oczyszcza myśli i rozjaśnia moje stają się coraz bardziej brudne i zabarwione na czarno, czuję coraz większy niepokój, mam wrażenie że słyszę szum krwi w sercu. Toksycznej nieczystej krwi, zamkniętę oczy podsuwają mi widok jak na tym samym fotelu ktoś taki jak ja siedzi patrząc w sufit a z otworów ciała oczu uszu nosa sączy się krew i kapie po dłoniach, palcach na podłogę w coraz większą kałużę. Przeciągam palcami po spodzie dłoni które są mokre przerażony otwieram oczy i patrzę na uniesione na wysokość twarzy swoje ręce. Są tylko spocone, albo aż spocone bo nigdy nie pociły mi się ręce. Muszę iść po papierosy myślę i wstaję by ruszyć do drzwi w korytarzu mijam lustro iprzyspieszam wiedziony jakimś dziwnym przeczuciem nie chce widzieć ani swojego w nim odbicia ani lustra jako przedmiotu. To nie jest rzecz z dobrą karmą podpowiadają mi myśli jest w nim wiele zła uwięzione. Chciałbym tego nie wiedzieć i nie rozumiem skąd w mojej głowie takie myśli, wyrażane z taką pewnością jak oczywistość. Nie dyskutuje wtedy tylko słucham i mam wrażenie że ktoś kto je tam wkłada czerpie satsfakcję im bardziej przerażony żyję tą wiedzą. Przed drzwiami domu uderza mnie słoneczne światło upał ptaki liście na drzewach chcę się wycofać ale zdołałem już zamknąć drzwi na klucz zresztą potrzeba ucieczki w papierosa jest już nie do zniesienia więc zaciągam kaptur grubej bluzy jak najniżej na oczy a wzrok wbijam w chodnik. Kolejne kroki, byleby nikogo nie minąć byle nie zagadał byle nie spojrzeć w oczy byle uniknąć kontaktu choćby o kilkadziesiąt centymetrów. Sklep jest udręką. Niesamoobsługowy duży obiekt i jedna niskoopłacana kasjerka która z wyraźną niechęcią spełnia kolejne prośby z listy zakupu klienta który mówi by mu podać to i to ona idzie, wlecze się stękając i wzdychając bierze towar z półki przynosi na ladę nabija na kasę a klient że jeszcze to i to. Kolejka na kilka osób za długa dla mnie o wszystkie z kilku osób ale nie mam wyboru czekam i pocę się coraz bardziej płynę przerażony ogromem ludzi i ich bliskością. Niech nikt mnie tu nie zauważa proszę to w co wierzę w swoich myślach niech jestem niewidzialny, niech się nie oprze, nie przesunie obok niech nie trafi torbą z zakupami. Sekundy jak z gumy rozciągają się lepiąc każdy brud tego miejsca do mojego ciała. Zwymiotuje smrodem który nie jest zapachem a odorem myśli i sumień tych ludzi obok. Umiem oddychać ich moralnością. Zazwyczaj to okropny odór nie do wytrzymania smród z brudnych myśli, owrzodzonych czynów. Kto jest bez winy ten pewnie pachnie jak wata cukrowa, albo jak polna łąka. Nigdy mi się nie zdarzyło spotkać osoby przy której poczułem się dobrze i czysto. Zbiera mi się na wymioty ale nauczyłem się nad tym panować. Początek kolejki jest coraz bliżej, spokojnie znoszę niechęć sprzzedawczyni zza lady i nawet trochę jestem jej wdzięczny za tą szczerość z jaką traktuje klientów. Bo nie o to chodzi byśmy kogoś udawali albo coś przed kimś choć ktoś powie że lepiej być fałszywie miło potraktowanym mi jednak taka swoboda na jaką pozwala sobie ekspedientka pozwala na swobodniejsze oddechy, atmosfera choć ciężka i brudna jest jakby bardziej przejrzysta. Biorę kilka paczek i butelek wina i whiskey. Po tym doświadczeniu wiem że nie zbiorę się przez kilka dobrych dni do opuszczenia mieszkania, więcej nie odsłonie zasłon by przypadkiem nie dostrzec jakichś ludzi spacerujących po ulicach. Wracam do domu jak tylko szybko można chodzić z wzrokiem wbitym w chodnik. Kilkadziesiąt kroków i w prawo i już moją ulicą kolejnych kilkadziesiąt kroków, bramka podwórko zakręt kilka schodków nerwowo szarpie się z kluczem w zamku naciskam klamkę w pośpiechu od progu odkladam siatki z zakupami i rygluje czym prędziej drzwi. Odłączam dzwonek. Nie ma mnie dla nikogo. Niestety sam dla siebie tu będę choć wolałbym nie. Dla siebie i dla tego absolutu który pcha mnie przez tą wiedzę o nieczystościach, o brudzie, który wpycha mi w głowe te myśli śmierdzące rozkładającymi się trupami. To umiera ludzkość, gnije od wewnątrz już a zacznie gnić skóra niebawem jak mówi kolejne przeczucie. Uciec? Nie da się uciec wiem to. Mógłbyś powiedzieć że śmierć jest ucieczką jednak ja wiem że nie jest a potem jest jeszcze gorzej bo wrzucą cię w kolejne od nowa życie. Kurwa czemu ja tak sobie wierzę, czemu jestem pewien moich myśli, czemu one pojawiają się jako zdania twierdzące czemu nie jako przypuszczenia czy hipotezy tylko od razu z nastawieniem że tak jest właśnie. Czemu to moja wina a wiem że to moja wina. Myślę o pomocy jaką mógłbym otrzymać i wzdrygam się na samą myśl że obcej osobie miałbym przedstawić moje lęki, obawy, że miałbym jej opowiedzieć to wszystko o sobie. I co ktoś taki zrobiłby z taką wiedza? Napewno nie uwierzył. Akurat nie potrzebuje kolejnego nie dowiarka. Leki z apteki terapie może oddział zamknięty w związku z tym pewnie by zaordynował dla mnie. Więc nie pójdę i się nie przyznam bo i po co bo i tak ktoś uzna to za łgarstwo i zmyślone historię bo uwierzy sobie i wierzy w leczenie. To nie jest uleczalne to też wiem. Siadam w fotelu kieliszek wina dym z papierosa ciemność kilka chwil później usypiam.
    • @_M_arianna_W... Dzięki

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...