Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

nocne pohukiwania
żebraków wolności

wtórując pijanym drzewom
kołyszą się w nie-takt

pod paznokciami
brud lepszego życia

w oczach piasek
-odporność bywa kwestią
przyzwyczajenia

skulone nogi
uciekają
przed kolejną włóczęgą

lewa dłoń bez czucia
by choć częścią
być już poza

*

wieczorami
zawsze współczuję

Opublikowano

ups...za cynk o ogonku dziękuję, czasem zdarza się zjeść coś niecoś:)
bardzo się cieszę, że Ci się podoba, brak zdecydowania tym bardziej mnie cieszy, choć nie wiem czy powinien.
Co do pod gwiazdkowcem to zostanie, to takie jakby uzupełnienie do tytułu, skoro lot nad miastem to muszą być jakieś późniejsze refleksje... i właśnie takie były. No cóż nie wiem czy do końca się wytłumaczyłam, ale to na tyle.

Pozdrawiam zieleniąc wkoło
natalia

Opublikowano

Natalia w pełnej krasie ;-) Mocno, baaaaaaaaardzo wyraźnie - przekaz wali prosto w oczy! Oj, tego mi brakowało ;-)

"nocne pohukiwania
żebraków wolności" >>> ulubiony fragment!

Ogólnie - plusika przesyłam ogromnego!
POZDRAWIAM!
PS.
A co z tm wierszem z warsztatu?

Opublikowano

Michale- bardzo się ciesze, że sie podoba. Ostatnio mnie naszło na bardzo konkretne rzeczy i obrazy, a moc jest niezbedna do opisania takich spraw. A ten warsztatowy to ogólnie gniot, które cały czas jest podczas obróbki, ale zobaczymy moze kiedys tu zawita

pozdrawiam wieczorowo i zielono
n.

Opublikowano

Arku- alez prosze bardzo, pisz ile tylko możesz:) bardzo mi miło, że Ci sie podoba. On własnie miał spełniac taką funkce częściowego moralitetu:) cieszę się, że różne myśli zostały przez Ciebie poskromione.

pozdrawiam zielono
n.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...