Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dawny tekst nieco zmieniony.

 

 

Tyle mi nagadał o tajemniczej krainie, że w końcu postanowiłem zaspokoić nie kochankę, tylko ciekawość i z nogi na drugą, powędrować. Może dlatego, że tkwi we mnie wrodzona tęsknota za przygodą, niczym gwóźdź w ścianie. Zasadnicza różnica między gwoździem, a mną polega na tym, że mogę chodzić, a on nie. Czy istnieją dodatkowe aspekty rozróżnienia w sensie intelektualnym? Trudno stwierdzić. Gwóźdź milczy jak wbity.

 

A zatem wędruję po różnych bezdrożach, szukając czegoś, co nie widać z zewnątrz, jedynie od wewnątrz. Inaczej mówiąc: węzełków z wiatru na dywanie z myśli.

 

Zupełnie niespodziewanie wchodzę do obszernej wioski. Dziwnej trochę, gdyż na dachach dostrzegam wiele ogromnych szpilek. Niektóre oklejone skrawkami zakrzepłej mazi nijakiego koloru, lśnią blado i niewyraźnie. No nic, myślę sobie. Najważniejsze, że zacząłem i doszedłem.

 

Tubylcy biegają na wszystkie strony, spłoszeni i nieco zdenerwowani. Chyba mnie widzą, ale tylko wzrokiem. Całą resztą spieszą gdzie indziej. Przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Po chwili wszyscy siedzą w wielkiej chałupie, zbudowanej nie wiadomo z czego. Panuje ogólne podniecenie. Nie wiem, czy ze strachu, czy raczej z połowy radości na fundamencie kolczatej nadziei.

 

O dziwo rozumiem tubylczą mowę. Jest to dla mnie tak samo niepojęte, co przydatne, więc przestaje dumać nad zaistniałym fenomenem. Słucham uważnie z ostatniego rzędu leżących pni, o czym tak zawzięcie dyskutują. Nie wiem co jest grane, ale uszy nadstawiam.

 

Właśnie przemawia… chyba jakiś przewodniczący całego zgromadzenia.

 

– … mówiąc kolokwialnie, wielka dupa nad nami zawisła. Znowu to samo. Pytam was: co robimy? Sytuacja jest zdecydowanie gorsza niż poprzednio. Są dużo większe, a to co nad nimi bardziej ciemniejsze. Jedyna pociecha w tym, że podtrzymka wygląda na bardziej solidną. Pytanie: jak długo wytrzyma? Uważam, że nasze działania powinny być natychmiastowe, póki jeszcze otumanione letargiem.

– Działania otumanione letargiem?

– Proszę się nie wcinać… kto jest za, kto przeciw, a kto wyszedł w czasie?

 

Słychać wielki szum na sali. Po chwili wszyscy są: za. Lecz to nie koniec pogawędki.

 

– Masz racje, że powinniśmy natychmiast. Tylko w jaki sposób? To nie to samo co poprzednio. Wtedy chodziło o dzieci. One nie są głupsze, ale siła umysłów mniejsza. Jakoś daliśmy radę. A teraz chodzi o dorosłych, o których nie wiadomo, gdzie łażą oraz w jakich ilościach.

– Trudno wywnioskować. Dzieci też żeśmy nie odnaleźli, ale jakoś minęło. Teraz należy postąpić zupełnie inaczej i z większą mocą. Dużo większą!

 

Siedzę, słucham jak serce dzwonu i zupełnie nie pojmuję, o czym tak zawzięcie dyskutuję. Co zwisa, jakie dzieci, o jaki letarg chodzi. Postanawiam, że po prostu wstanę i zapytam. Są wnerwieni, ale nie wyglądają na niebezpiecznych. Zabieram głos:

 

– Przepraszam, że tak bezczelnie ustami zagadnę, ale jestem tutaj przypadkowo i ciekawi mnie bardzo, w czym problem. Jeżeli nic nie stoi na przeszkodzie, to proszę wytłumaczyć, co to za kraina i co wam wisi na przykład? Jeżeli waszym zdaniem jestem bezczelnym chamem, który tka nos w nie swoje sprawy, to pójdę spiesznie precz, bo życie miłe jest mi.

– Miłe też nam. W tym cały szkopuł. Może przewodniczący lepiej wyłoży.

– Jak pan do nas trafił? – pyta wspomniany wyżej.

– Przypadkowo... to znaczy nie całkiem. Szukałem waszej krainy… wioski… no tego tam.

– Dzięki za szczerość. Może gdyby sytuacja nie była nad nami taka napięta, to byśmy panu przywalili prosto w mordę, za naruszenie własności prywatnej, ale skoro jest jak jest, to powiem w czym rzecz.

– Będę wielce zobowiązany.

 

– Jakby tu zacząć… kilkadziesiąt metrów nad naszą wioską, wisi gęsta i mocna pajęczyna, która jest niestety prześwitująca.

– Dlaczego niestety?

– Bo gdyby taka nie była, to byśmy nie musieli oglądać tego, co tam w środku leży. To znaczy: na wewnętrznej stronie.

– A co leży?

 

Pan Przewodniczący patrzy na mnie takim wzrokiem, jakby widział przed sobą czubka pająka. Nie odpowiada na zadane pytanie, tylko wyprowadza na zewnątrz poza wspomnienie progu. Za nami podążają inni, widocznie ciekawi reakcji. Wiele już w życiu widziałem, aczkolwiek przyznać muszę, że widok raczej przygnębiający. Rzekłbym nawet: klaustrofobiczny

 

Rzeczywiście. Zgodnie ze słowami wodza, nad głowami zwisa biało szara gęsta siatka. Trudno z dołu stwierdzić jaką grubość ma poszczególna nitka. Niewątpliwie są bardzo wytrzymałe. Całość nieustannie drga w absolutnej ciszy. Gdyby na tym zakończyć opis… no to cóż… pajęczyna nad głowami i tyle. W sumie nic strasznego. Można przywyknąć. Niestety, jak wspomniał pan wódz, owa zasłona nie jest sama... to znaczy w bardzo wielu miejscach wybrzuszona do dołu.

 

W ogromnych lejkach spoczywają nie mniej ogromne, czarne ćmy lub temu podobne stworzenia. Ciała prześwitują przez siatkę, a zatem sprawiają wrażenie szarych. Rozpiętość skrzydeł może dochodzić do kilku metrów. Określenie dokładnych rozmiarów jest raczej wątpliwe, chociażby dlatego, że są nieco zduszone, spoczywając we wspomnianym lejku.

 

Nad nimi, na dość małej wysokości, biorąc pod uwagę proporcje, prześwituje gęsta ciemność. Określenie: gęsta, trafnie obrazuje daną sytuacje, z uwagi na bodźce psychiczne, gdyby na owe zjawisko za długo patrzeć. Człowiek ma wrażenie, że cząstki umysłu, wsysa ciemność.

 

– No i co. Ładne? -– słyszę pytanie z tyłu.

– Średnio, szczerze mówiąc. Widziałem ładniejsze widoczki. Chociażby w sypialni. A tak w ogóle, skąd ta siatka i cała reszta?

– Siatka… z nas.

– Z was? To tak… z was. Że też o tym nie pomyślałem. Głąb ze mnie i tyle. A tak na poważnie, to z czego?

– No z nas. Mówię przecież. Głuchyś?

– Nie, bo nie bardzo rozumiem.

– Ona wisi od zawsze, tylko jest przeważnie pusta. I tego nad nią też nie ma.

 

Jestem w tej chwili głupszy od najdłuższego skrzydła paskudnej ćmy. Co za kit farmazoński wciska. Przecież to jakiś absurd. Zadaje ponownie rzeczowe pytanie i oczekuje jednoznacznej odpowiedzi.

 

– To znaczy dokładnie z czego?

– Z dobra… albo raczej z braku zła.

– O… to rozumiem. Wszystko jasne. A niby skąd to dobro?

– No z nas. Mówię przecież.

– Czyli ta cała koronka, jest emanacją dobra, które macie w sobie. Chroni was, tak?

– No to jesteśmy na krzywej prostej – słyszę jakiś głos z tyłu. – Pan Przewodniczący potrafi jasno wytłumaczyć, co i jak.

– Durnia ze mnie robicie!? – krzyczę, targając włosy na cały głos. – Mam uwierzyć w tę waszą bajkę. Wierzę w to, co widzę.

– My też. W tym cały problem. Musimy wygonić lub jeszcze lepiej zniszczyć, to co w środku i wyżej.

 

– „To co w środku i wyżej” mówisz. A czym i co to jest? Znowu jakieś kreowanie rzeczywistości?

– Niestety. Czasami mącą nam obejście osobniki, które kryją w sobie wiele zła, lecz działają w białych rękawiczkach i uchodzą za dobrych.

– To macie nawet rękawiczki? A po co wam tu?

– Wiesz o czym mówię.

– Kiedy milczysz, to owszem. Oczywiście. Przepraszam. O skarpetkach, to już nawet nie wspomnę. Proszę nawijać.

– W ostatnich dniach, kilkunastu naszych, odeszło…

– Na wieki?

– Proszę nie przerywać z łaski swojej. O czym to ja mówiłem?

– O łasce.

 

– No tak. Domniemamy, że właśnie oni wytworzyli sufit nad nami. Oprócz pajęczyny rzecz jasna. Chociaż prawdę mówiąc, może w niej są ich cząstki z czasów, kiedy byli jeszcze nie tacy jak teraz. Chcę w to wierzyć. To w końcu byli nasi. Gdy ciemność złudnie zajaśniała, popatrywali w nią, jak w jakiegoś boga, tym samym go powiększając. A później zniknęli.

– A te cząstki skąd?

– Nie wiemy. Czasami zło niczym rodzynek w ciastku. Niewidoczna, dopóki całość nie zjedzona.

– No dobra. Mniejsza o ciastko, ale dlaczego was nie pozabijali skoro tacy źli, tylko sobie poszli.

– A po co mieli zabijać, skoro wytworzyli narzędzie zniszczenia, wiszące nad naszymi głowami.

– To czemu one potulnie wiszą. Powinny atakować. Sjestę mają, czy co?

 

– Póki co, są uśpione siłą siatki, lecz nas lęk przybiera na sile, przez ciągłą świadomość zagrożenia. Rodzi chęć odwetu. A to z kolei osłabia ochronę.

– Wiem. Kiedyś od moich pradziadów usłyszałem, że zło należy dobrem zwyciężać…

– Taa… tylko nie przesadnym. My też to znamy. Tylko jaki mamy z tego pożytek? Żaden.

– Trzeba by to zniszczyć, tak nie... za ostro… z wyczuciem.

– Człowieku! Co ty gadasz! Tym bardziej, że wiesz gdzie jesteś i co jest nad nami.

 

Usilnie myślę o możliwości pomocy. Czy w ogóle istnieje jakieś rozwiązanie wiszącego problemu. Załóżmy, że istnieje jakiś radykalny sposób, który zniszczy co trzeba. Tylko, że chamskie w złości działanie jeszcze bardziej wzmocni uśpione moce lub nawet przebudzi. Nie mówiąc już o tej… wielkiej ciemnej chmurze, która wisi nad nimi i tak naprawdę nie wiadomo, czym jest. Raczej można przypuszczać, że ma drapieżne motylki pod opieką. Może są wytworem jej wyobraźni. A skoro tak, to… muszę przestać rozmyślać intensywnie, bo zaczynam być pogubionym w tym wszystkim.

 

– Ej! Wymyśliłeś coś? – słyszę pytanie. – Dobrze by było, gdyż zaczynają drgać podnieceniem do ataku.

– Kto?

– Ćmaki.

– O cholera. Czyżby samo rozmyślanie o formie zemsty… bardzo drgają?

– Zobacz sam.

  

Spoglądam w górę. Rzeczywiście, nitki leciutko falują ruszane od wewnątrz. Na szczęście nie wygląda to groźnie. Chyba mamy jeszcze trochę czasu.

Nagle dostaje w głowę. Nie obuchem, jeno pomysłem. Po rozgarnięciu gwiazd, zagajam:

 

– Trzeba doczepić od spodu wielkie ciężary, w miejscach gdzie spoczywa nadzienie. Naciągnąć pajęczynę prawie do ziemi, a później nagle puścić…

– A… rozumiem twój zamysł, choć zaiste śmieszny. Lecz to nie ważne. Byle był skuteczny. Ujrzymy inne światło.

– Tylko skąd wiadomo, że po drugiej stronie ono jest?

– Nie wiemy, ale przedtem było. To może nadal jest. No chyba, że to ciemność przebrana za światło?

 

– Lepiej nie rozmyślajmy aż tak daleko, bo to jeszcze ostudzi nasze zamiary. A zatem naciągniemy dobro, wystrzelimy nim mniejsze zło, żeby przebiło to większe w bardzo wielu miejscach jednocześnie. Czyli tak jak mówiłem. Zło dobrem pokonamy za pomocą innego zła, ale w dobrej wierze, bo samo zginie, niszcząc przy okazji zło o wiele potężniejsze, co zalega nad nim, mając pod spodem jedno i drugie, a obydwa należy pokonać. Proste.

 

– Czy ja wiem. Dla mnie to trochę skomplikowane, ale jestem za.

– A co ze złymi umysłami waszych braci, jeżeli zrealizujemy nasz zamiar?

– Tego nie wiemy. Dzieci nie wróciły.

– Czyli co… zaczynamy.

 

Tylko jak? Skąd wziąć takie wielkie ciężarki. A co ważniejsze: kto uniesie w przestworza i pozawiesza gdzie trzeba.

Wychodzi na jaw, że z tym nie ma żadnego problemu. To znaczy: jest, ale łatwy do zawieszenia.

 

Pan przewodniczący nagle sobie przypomina, że w pobliskiej krainie, też niewidocznej z zewnątrz, mieszkają tak zwani: Wielcy Obojętni. A co ważniejsze, posiadają skrzydła. Wnętrza ich zioną pustką, ale wbrew pozorom dużo ważą, silni są, a na dodatek o nic nie pytają, tylko wykonują zleconą robotę, jeżeli otrzymają odpowiednią zapłatę.

 

Po prostu chodząco – fruwające ciężarki.

Mnie natomiast nurtuje pewne pytanie.

 

– Skoro światło jest zakryte, to skąd dzień u was? Przecież powinno być raczej ciemnawo, nieprawdaż?

– Ano stąd, że to ciemne światło, ale inne od tego o którym wspomniałem wyżej, że takie może też być.

– Aaa… no tak. Nie bardzo jarzę tych zależności i powiązań. Ciemne światło… pierwsze słyszę.

– Nie wszystko co świeci, musi być jasne tak naprawdę. Czasami to zmyłka.

– Rozumiem. Taki cover światła. Czyli jak rozbłyśnie te dobre… to jak rozróżnimy jedno od drugiego?

– W tym problem, że nie rozróżnimy. Zło powinno po prostu zniknąć, lecz pewności nie ma. Są nie do rozróżnienia, bez wniknięcia głębiej. Mogą też pozostać w pomieszaniu, niestety. Wtedy chodzi o to, jakie są proporcje. Na naszą korzyść, czy przeciwnie.

– Niewiele z tego pojmuję, ale nieważne.

 

Po krótkim czasie Wielcy Obojętni tłumnie przybyli. Ciekawe, w jaki sposób dali im znać… oraz ile kasy dostali. Tego nie mogę od nich wydobyć.

 

Chodzą po całej krainie, uważając na domostwa, by nie rozdeptać i pozostawić w całości. Za to im nikt nie zapłacił. Po chwili fruną do góry. Łapią pazurami pajęczynę i przyciągają w kierunku ziemi. Mimo, że puści wewnątrz, to ciężar ciał jest znaczny i ciągle rośnie, gdyż mieszkańcy napełniają ich wnętrza, chęcią niesienia dobrych uczynków po całej okolicy. Ale to zaś. Teraz nie mają na to czasu i spokoju. Patrzą ciekawie, co z tego wyniknie.

 

Ćmy wewnątrz coraz szybciej ruszają skrzydłami. Dręczy nas obawa, że przed wystrzeleniem wyfruną na zewnątrz i będzie po sprawie. Nie zdążyły. Wielcy Obojętni będąc blisko ziemi, nitki z łap raptownie wypuszczają. Wszyscy jednocześnie. Ćmy lecą do góry w szalonym pędzie, przebijając ciemność.

 

Nagła jasność oczu mieszkańców nie poraża, bo i tak jest w miarę jasno. Większość stworów znika, lecz nieliczne spadają na szpikulce, zamieszczone na dachach. Myślę sobie patrząc na to wszystko, że przecież musieli już kiedyś ten zabieg strategiczny zastosować. Czyżby zapomnieli? Tylko oni?

 

***

Wychodzę z wioski. Idę prosto przed siebie. Odwracam się. Pusta ziemia i puste niebo. Stoję jakiś czas w miejscu. Słońce praży niemiłosiernie. Znowu podążam w pierwotnym kierunku. Widzę mały staw. Na środku wystaje kawałek muru. Promienie migoczą w czystej toni jak srebrne rybki. W czerwonej cegle tkwi gwóźdź. Wchodzę do wody, choć jej nie czuję. To zapewne z przemęczenia. Z łatwością wyciągam żelastwo ze ściany. Z powstałej dziury wylatują całkiem spore ćmy. Zupełnie mnie ignorują.

 

Lecą w określonym kierunku. Coś nie coś jarzę. Biegnę za nimi, ile mam jeszcze sił. Widzę małą chmurkę przed sobą. Jest coraz mniejsza. Cholera jasna. Nie dogonię ich. Pomylę drogę. Obraz coraz bardziej niewyraźny. Pot ścieka do oczu. Znowu dostrzegam szarą zamazaną plamę. To chyba one. Nie, bo coraz wyraźniejsza i prostokątna. Z boku napływają ściany. Uderzam w drzwi. Słyszę głos:

 

– Co pan wyprawia na korytarzu. Proszę wracać do łózka. Został pan znaleziony na zewnątrz. Wyczerpany, odwodniony i ogłupiony. Marsz do łóżka i wypocząć. Dostał pan głupiego jasia, w związku z tym.

– Nie jestem w związku z żadnym Jasiem. A poza tym, wolałbym mądrego.

– Mądry ma urlop relaksujący. Udaje głupiego. Chyba… hmm.

– Musujący? Taki z bąbelkami? Nie ważne. Jak wróci, to go wypiję.

– Oczywiście. A teraz proszę leżeć i nie miętosić zasłonkę.

– Mam nie merdać ogonkiem, bo spąsowiało pani lico? A co mnie to obchodzi.

– Chce pan dostać drugiego Jasia?

– Dziękuję. Nie lubię tłumów.

 

`````````````````````````````````````

 

Leżę i patrzę w sufit. Coś tam krąży wokół lampy. Akurat wchodzi jakaś inna pani ubrana na biało. Zadaję pytanie:

 

– Co fruwa?

– Gdzie? – pyta środkowym policzkiem.

– Tam.

– Ćma, proszę pana – odpowiada prawym uchem.

– Ćma? A co to?

  • 3 tygodnie później...
Opublikowano

@Dekaos Dondi  Ćma też stworzenie boże!  Cóż! Czasami są takie chwile, że zamiast w niebo patrzy się w sufit po którym harcuje ćma miejska, częściej wiejska, na wsi ćmy mają więcej możliwości pokarmowych.

 

Ćmy są zróżnicowaną grupą owadów, które odgrywają istotną rolę w ekosystemach. Choć niektóre gatunki mogą stanowić zagrożenie jako szkodniki, większość ciem jest pożyteczna, przyczyniając się do zapylania roślin oraz służąc jako ważne ogniwo w łańcuchu pokarmowym. 

 

Pozdrawiam

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Gosława Wydaje mi się, że ten tekst wymaga przeredagowania. To miał być szkic, ale się pospieszyłem i wstawiłem go na forum...  @Gosława Mogłabyś wskazać momenty, które Cię zatrzymały? Z chęcią  zestawiłbym je z tym co ja uważam za dobre w tym tekście.
    • Szary pokój   Nie chciałam tego pisać, bo nie chcę żebyście wiedzieli, że mnie to obchodzi, że są rzeczy o których myśle przed snem, zanim ucieknę do świata marzeń, że mam serce.     A może nie mam, sama nie wiem, ale czasem czuję ból, więc może jestem jeszcze człowiekiem, a nie już tylko wrakiem, nie tylko duchem przeszłości.     Chciałabym być czymś więcej, niż tylko waszym marnym wspomnieniem, ale nie ma już we mnie nic, co by was zatrzymało, co by was utrzymało w moim szarym pokoju pełnym smutku.     Dla blondynki którą kiedyś byłam, chciałabym się uratować, bo ona była jak promyk słońca, jak wiatr we włosach, w twoich oczach była sama słodycz, niewinna jeszcze, zanim świat zdążył cię zranić, byłaś jak wiosna, która nie znała zimna, ciepła i przyjemna, a serce pełne miłości i troski, zamartwiałaś się o innych, lecz ludzie pokazali ci że można mieć więcej, niestety to nigdy nie znaczyło lepiej, zagubiona byłaś, a pomocy nie otrzymałaś, ale ja gdybym mogła to bym ci podała dłoń, bo wiem że tak naprawdę nie chciałaś stać się latem, gorącym i bezlitosnym, burzliwym i zmiennym. Chciałabym cie lepiej zapamiętać, bo wiem że miałaś w sobie dużo więcej. Szary pokój to widział i ja też wiem.     Dla brunetki którą kiedyś byłam, chciałabym się uratować, bo byłaś pełna bólu, ale miałaś siłę której ja nie mam, miałaś śmiech którego ja nie mam, byłaś warta wszystko, lecz nie zostałaś nigdy doceniona, ale wiedz że ja cię doceniam, bo byłaś jak wczesna jesień, czasem chłodna, ale w niektóre dni radosna jak piękne zachody słońca, twoje nadzieje stały się jak deszczowe poranki, myśl że może jednak w południe wyjdzie słońce, lecz nigdy nie wyszło, czasem tylko przebijało się przez chmury twojej nostalgii, nostalgii za wiosną, mimo to odnajdowałaś w szarych dniach, kolorowe liście, i za to ci dziękuję, bo byłaś pewna, że ty w tym szarym świecie jesteś właśnie tym kolorowym liściem, jednak spadł on na brudną ziemię i zderzył się z ponurym światem, tak samo jak ty. Szary pokój to widział i ja też wiem.     A teraz jestem tylko ja w czarnych włosach, dla której nie chce się już uratować, w swoim smutnym szarym pokoju, i nie mam już was, tylko ja i moje żałosne smutki, teraz zostały mi już tylko szare ściany, które słyszą mój płacz, czują mój ból, i może też staną się czarne, jak moja poddająca się dusza i kosmyki na głowie, stałam się jak zima, bo nie mam już w sobie słońca, nie mam już w sobie ciepła dla innych, ale wiedzcie, że chciałabym mieć, znów radość na twarzy, i te iskierki w oczach, ale może jest jeszcze dla mnie nadzieja, bo po zimie jest wiosna, ale czy ja chcę czekać tak długo, i tak nigdy już nie będę jak tamta wiosna, ani jak tamta jesień i lato, ale bardzo nie chce pozostać na zawsze zimą, bo czuję się jak zagubiony płatek śniegu na wietrze w chłodną noc, sam bez celu błąkający się, zimny lecz też mały, bo nikt nie widzi jego piękna i wyjątkowości, nikt się nie zastanawia nad jego żywotem, oprócz niego samego, jestem taka sama jak on. Szary pokój to widzi i ja też wiem.     Ale napewno nie chciałabym się uratować dla was, bo nikt nigdy mi nie pokazał, że byłabym warta rano wstawania, że byłabym kolorowym liściem wśród ponurej codzienności, że byłabym promykiem słońca, że byłabym jak ulubiona melodia, że byłabym jak plaster na rany, dlatego zostanę sama w szarym pokoju, i tylko to po mnie pozostanie, te smutne i mokre od łez ściany, a poza nimi wspomnienia ze mną, mam nadzieję że będą was prześladować w najgorszych koszmarach o mnie, a jak uronicie po mnie łezkę, to pomyślcie o szarych ścianach, które codziennie widziały moje troski i moje bóle, a żadnego z was tam ze mną nie było, żaden z was nie pomyślał o wiośnie, lecie, jesieni i zimie.  A szary pokój widział to wszystko i ja też wiem.        
    • cisza w pokoju zegar tyka głośniej śpisz już spokojniej
    • @Berenika97 Przepiękny wiersz, płynący. Pozdrawiam

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

       
    • Pijani od życia  Jedzą śniadanie    Na słodko gorzko    I nie ma nic  Poza oddechem    I szeptem    A prawda przechodzi  Z ust do ust    I gdy ktoś  Naciska na spust    Ten sen zaczyna się  Na nowo! 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...