Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

   Wychodząc z pracy tego poniedziałkowego popołudnia  czułam się bardziej zmęczona niż zazwyczaj. Może był to pośredni wynik wolnych dni w drugiej połowie minionego tygodnia? A może niewyspania, jako że z przestrzeni pozadomowych przyniosłam zarazki, przez które także mój synek zachorował? A może to moje przeczucia oddziałały na sferę fizyczną, chociaż nie bardzo wierzyłam w takie energetyczne zależności. Zastanawiałam się nad tym całą, przemierzaną jak zawsze pieszo, drogę do domu. Wkrótce po tym, gdy otworzyłam drzwi i przestąpiłam próg, wszystko stało się oczywiste. Mój synek powitał mnie z dość dziwną miną: trochę naburmuszoną, trochę smutną, a trochę zamyśloną. Zdjęłam kurtkę i odwiesiłam ją na przywejściowy, oczekujący na kołku, wieszak; czapkę i szalik odłożyłam na deseczkową półkę powyżej. Nim to wszystko zrobiłam, stanął w drzwiach prowadzących do jadalni ze wspomnianą już miną. 

   - Poczekaj Milanku, mama zaraz zdejmie buty i wtedy... - chciałam powiedzieć. Ale uprzedził mnie, podchodząc, aby przytulić się na powitanie. Wobec czego uklękłam na przedpokoikowym dywaniku i z uśmiechem rozłożyłam ramiona. 

   - Cześć, Milanku - ucałowałam go w oba policzki, obejmując go.

   - Cześć, mamusiu - odpowiedział. Matczyne ucho od razu wyczuło różnicę w jego głosie. Różnicę spodziewaną zresztą, a pasującą do wyrazu chłopięcej buzi.

   - Synku - popatrzyłam mu uważnie w oczy. - Co się stało? 

   - Nic, mamusiu - zrobił unik w naturalnym - i zrozumiałym - skądinad odruchu.

   - Przecież widzę i słyszę - nie ustąpiłam, utrzymując spojrzenie. Opuścił wzrok. 

   Uścisnęłam go ponownie i ponownie ucałowałam, wstając z nim razem w objęciach. 

   - To może powiesz mi przy obiedzie - zaproponowałam, dając mu okazję na powrót do strefy komfortu i zarazem czas na zdobycie się na większą odwagę, aby wyjść - jak kilka chwil temu - ze wspomnianej i powtórnie podjąć temat. 

   - Chodź, najpierw obierzemy ziemniaki - podsunęłam, aby dać zajęcie jego dłoniom, podczas gdy umysł będzie zbierał myśli na odwagę. 

 

                 *     *     *

 

   - Dobrze więc, Milanku. Smacznego - powiedziałam, gdy usiadłam zaraz po tym, jak postawił na stole przyniesiony z kuchni talerz z nałożonym daniem: tłuczonymi z odrobiną masła ziemniakami, mielonym kotletem i surówką ze startych marchewką i jabłkiem z odrobiną cukru oraz skropionych sokiem z cytryny.  Dania wymyślałam różne; nie tylko dlatego, aby próbował rozmaitych rzeczy, ale także dlatego, aby oswajał się z prawdą, że przygotowanie posiłku zawsze zajmuje czas i dlatego, aby weszło mu w przyzwyczajenie prawidłowe posługiwanie się sztućcami. 

   - Smacznego, mamusiu - odparł. Po czym, najwidoczniej zebrawszy się na odwagę,  powiedział: 

   - Myślałem o tacie... 

   - Aha, myślo-impulsy - stwierdziłam w duchu, usiłując zachować spokojny wyraz twarzy. Co - czego byłam prawie pewna - udało mi się nie do końca. 

   - Milanku, tata odszedł i nie wróci - powtórzyłam zdanie, wypowiadane kilka ładnych razy wcześniej. Wkładając w nie tyle spokoju, ile byłam w stanie. Jak się jednak miało okazać, ta rozmowa miała potoczyć się odmiennym niż dotychczasowe na ten temat torem.

   - Wiem - odpowiedział powoli. Nie jak prawie pięciolatek, ale jakby stał się nagle kimś bardziej dojrzałym. Albo starszym, chociaż przecież dojrzałość nie zawsze idzie w parze z wiekiem. Jednak bywa tak, że owszem. 

   - Ale brakuje mi go - dodał tonem tak samo poważnym, jak poprzednio. - Koledzy mają tatusiów... opowiadają ciągle o nich. Że w weekend poszli razem tu albo tam... chwalą się, że ferie spędzą razem z nimi... Mamusiu, ja też tak chciałbym. 

   Nie wiedziałam, co powiedzieć. 

   - Synku, bardzo mi przykro... - było jedynym, co przyszło mi na myśl. - Wiem na pewno, że tata nie wróci... Nie mam do niego nawet numeru telefonu... Nic nie mogę zrobić... przepraszam... - w pośpiechu odnajdywałam słowa, aby ulżyć mu chociaż trochę. 

   - Jedz, Milanku - uśmiechnęłam się blado, nabierając na widelec porcję ziemniaków. 

 

                 *     *     *

 

   Tej nocy nawet bajka niewiele pomogła Małemu w zaśnięciu. Wiedziałam, że tak będzie, mimo iż z przejęciem oglądał "101 dalmatyńczyków". Przytulanie i głaskanie do snu tak samo. Ja też długo nie mogłam zasnąć.

   - Łatwo doradzać innym i proponować wyjście ze strefy komfortu - myślałam. - Gorzej, gdy samemu trzeba to zrobić. Przyzwyczaiłam się do radzenia sobie sama ze wszystkim. W tym do zastępowania Milankowi ojca. I myślałam, że on też. A tu proszę, taka niespodzianka! Co miałabym z tym zrobić? - zamyśliłam się. 

   Po chwili kolejny raz uświadomiłam sobie, jak bardzo brakuje mi mężczyzny. Takiego, żeby najzwyczajniej był - nawet, jeśli nie codziennie, to chociaż co pewien czas. Aby mnie obejmował. Przytulał. Robił masaże. Całował, nawet jeśli na pocałunkach miałoby się kończyć. Aby dawał do zrozumienia, że mu zależy. Pokazywał, że akceptuje mnie z Milankiem. Aby bawił się z nim. Albo tylko bywał, towarzysząc przy oglądaniu bajek. To już byłoby coś. Nawet wiele - poprawiłam się.  

   - Przecież już nie ma takich mężczyzn! - tknięta pewną myślą, w ostatniej chwili zrezygnowałam z wyszeptania tych słów. - Te impulsy! - pomyślałam po raz drugi tego dnia.

   - Może jednak są tacy mężczyźni - uznałam po chwili. - Może nawet już znam tego właściwego... 

 

   Warszawa, 25. Stycznia 2025 

 

           

 

 

 

 

    

   

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)
  • 2 tygodnie później...
  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

@Corleone 11 Przeczytałam wszystkie dotychczasowe części:). Czyta się, wciąga. Przypuszczam, że zakończenie nie będzie banalne, bo to chyba nie byłoby w Twoim stylu?

W tej części mam uwagę/pytanie: 5-latek sam w domu, gdy mama w pracy?! Żadnego odbierania z przedszkola, żadnej babci, opiekunki? 

Pozdrowienia:)

Opublikowano (edytowane)

@iwonaroma

   Wielce Ci dziękuję za przeczytanie wszystkich odcinków, poczynając od powyższego - i komentarz pod tymże. Czytaj i niech "(...) wciąga (...)", zgodnie z autorskim zamierzeniem.

   O zakończeniu jeszcze nie myślałem. 

   "(...) 5-latek (...)" niezupełnie "(...) sam w domu, gdy mama w pracy (...)". W rzeczywistości Milanek chodzi do przedszkola, babcię też oczywiście ma. Ale "Dzisiaj" milczy na ich temat. Słusznie zwróciłaś uwagę, dzięki.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

   Pozdrawiam serdecznie.

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • sytuacja najgorsza

      znów piszę słowa 

      niech zechcą się rymować 

      niech wpadnie metafora i porównanie by poezja popłynęła a nie tylko szczekanie jak pies na pianie 

      wścieklizną się pojawie w twoim śnie 

      będę bał się wody która oczyścić potrafi ciało i krew a przede wszystkim serce i duszę 

      będę pompował w krwi obiegu gęsta ciemną maź

      nie krew bo ubogą w cały tlen 

      duszę się w twoim śnie 

      i płuca nie napełniają się w zyciodajną materię czyli (powtórzenie cholera ale inaczej sie nir da) z powietrza (jeszcze nie terwz uciekłem tym słowem ale zaraz padnie co w niedawnym wersie i oto jest juz tuz po nawiasie) tlen

      tlen 

      tlen 

      tlen 

      tlen (razy pięć widzisz to rymuje się ze sobą to samo słowo czy off)

      potrzebuję oddechu a jedyne co mam to dym z papierosów którym wśród czterech ścian oddycham i oddychałbym wszędzie tym nikotynowym szczęściem 

      na plaży i w lesie ale tam nie niesie mnie krok

      do monopolowego to jo

      ale nie dalej

      tylko gdy drobne uzbieram wyżebrać się uda na flachę 

      w kieliszek polane ale to niewystarczająca ilość 

      leję tani twardy alklhol w szklankę i wlewam w ryło 

      wuda do ryja

      vvdvdoryjv 

      czarnego skrzydła motyla

      zgubiony w pseudonimach 

      niesiony na skrzydłach 

      znikam

      by zasnąć w sen wieczny jako bezimmirnny

      i to moja nagroda 

      nie do wiary jaki jestem zjebany

      i przeklinać mogą niby inteligentni mówią słowa przysłowia ale prawdziwie mądrzy potrafią nie rzucić kurwą w stronę chama ggdy odpierdala bo w sercu mają miłość Pana i idą w jego słowa by na raj w życiu po sądzie ostatnim zapracować 

      a ja

      odchody piekła 

      robactwo co go diabeł się wyrzeka

      utopiony w rynsztoku z fekalii demonów i grzeszników z kotłów 

      po prostu 

      po kieliszku w szklance się żale 

      szczekanie a na pysku kaganiec

      zeby niepełne w szczęce i dziurawe

      nie obawę a odwagę wykarzesz gdy w twoim śnie będę nawiedzał cię 

      i eutanazję jak się należy z nabitej srebrem strzelby wymierzysz między oczy i nic nikogo tu nie zaskoczy 

      wyzionę tedy ducha i uleci w pył rozbita przez grzechy dusza i opuści atmosferę jak nikt mnie nie chce bo zrobiłem co mogłem by trafić w serce i zdradzić zaufanie i kolejną szansę zamienić na te ostatnie wzruszanie ramionami na nie

       

      czyli tak

      ja to pies 

      ja to pies chory na wściekliznę 

      za późno na ratunek należy ubić podłe złe zwierzę zagrożeniem jestem 

      oto nke pytam dziś pod koniec dziwnego tekstu kim jestem 

      bo wiem że dzięki nim (Oni) udało mi się dojść do błędu 

      obłędu w jakim tkwiłem

      sprawdź sobje wielbłada jako metafore w arabskich tekstach 

      ja nie jestem Nim

      demon z piekła mnie opętał 

      można powiedzieć 

      ale to nie inne byty kierowały mną a winnego mam siebie 

       

      to nie żale 

      to nie ku chwale

      to ku przestrodze dla ciebie żebyś widział dalej 

      niż ja widziałem 

      mimo okulara szkiełka tylko czubek własnego nosa dostrzegam 

      mimo uszu pełnych miodu nje słyszę szeptow innych niz krzyki ego które mi wmawia że jestem okej

      o jej

      olala 

      paczeko (fonetycznie z portugalskiego tłumaczy się na wysoko ale w niematerialnym sensie tylko wyniesion jakos tak nie wiem jak ci to wytlumaczyc sputaj w Hiszpanii) 

      ego 

      nie niosę światła myślę o sobie 

      ja jestem światłem 

      mów mi słońce 

      mówię o największej gwiezdzie którą znam też na b jak imię i ksywa które nadała mi rodzicielska decyzja i ksywka którą sobie sam potem wymyślam 

      b b b b b

      lubię choć nie wolno mi lubić nic tylko do siebie czuć wstręt i hejt jak nienawiść 

      czemu nie potrafię się zabić 

      skoczyć i skończyć 

      wybrać gałąź i owinąć szyję w pętle i runać niczym nazisci i skończyć jak Hussein tylko w pewności zostawić że napewno winny 

      zabiję cię 

      a to ja zasługuje na śmierć 

      przystaw mi broń do głowy i kurwa mać strzel

      niemetaforyczne jak liryczne zabójstwo tylko elektryczne krzesło ku ulgom 

       

      hau hau buda i łańcuch i kagancu na pysku a nie mi tu bazyliszku 

       

      oto ściana słów które nic nje znacząc cóż skąd miód i mleko i ze srebra zastawa na stole komus kto nie doceni nigdy bo jest matolem

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...