Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Czy jestem idiotą?
Ostatnio wciąż słyszę, że brakuje mi piątej klepki. Sam nie wiem co mam o tym myśleć. Z całą pewnością jestem inny, niz ci wszyscy ogoleni na łyso playboye pędzący za karierą i poświęcający dla niej wszystko, rozbijający się w lśniących BMW, Buickach, Chevroletach, czy Porsche. Jeśli tylko dlatego jestem idiotą, w porządku. Jakoś to przyjmę do świadomości.
Coś ciągle mi mowi, że sedno mojej osobowości tkwi w jakimś martwym punkcie, którego ja sam do końca nie poznałem. Nawet nie potrafię tego wyjaśnić. Jesteś mną? Gdybyś był mną, wiedziałbyś co chcę powiedzieć.
Jestem odmieńcem, zdaję sobie z tego sprawę.
Uświadomiłem to sobie już dawno temu, kiedy po raz pierwszy usłyszałem od babki słowa: "Jesteś naznaczony, musisz uważać na siebie bardziej, niż ktokolwiek inny."
Myślicie, że wiedzialem o co jej chodzi? Nie miałem bladego pojęcia.
Pech.
To o to chodziło babce. W moim przypadku sprawa przedstawiała się inaczej, niż dla ogolonych na łyso playboyów. Często, kiedy o tym myślę zastanawiam się, dlaczego? Dlaczego ja? Nawet babka nie znała odpowiedzi.
Pamiętam, kiedy pierwszy raz czarny kot przebiegł mi drogę. Nie potrafię opisać, jakie uczucia drzemały we mnie dzień póżniej, gdy dowiedziałem się, że moja matka została zamordowana. Ktoś dżgnął ją szesnaście razy nożem w brzuch, potraficie to sobie wyobrazić? W jednej chwili straciłem najcenniejszą mi osobę.
Tak bardzo ją kochałem, do dzisiaj żałuję, że nigdy jej tego nie powiedziałem. Do dziś błądzę wzrokiem w poszukiwaniu jakiegoś znaku od niej.
Czarny kot - kiedy widzę jego ślepia, kiedy widzę, że zbliża się zamykam oczy i odwracam się na pięcie. Już zawsze będzie mi się kojarzył z tamtym dniem. Patrząc na czarnego kota, już zawsze przed moimi oczyma będzie pojawiala się wizja mojej matki mordowanej przez jakiegoś skończonego psychopatę.
Pech. Dlaczego ja? Dlaczego ja muszę być naznaczony? To pytanie spędza mi sen z powiek.
Miałem dwadzieścia cztery lata, kiedy odwiedził mnie przyjaciel ze studiów. Zobaczyłem go przez wizjer w drzwiach i z uśmiechem na twarzy pomyślałem:
"Nie jestem jednak taki samotny. On przyszedł do mnie, tak, to naprawdę mój znajomy i przyszedł tylko do mnie."
Wyobrażacie sobie? Przez tyle lat przebywacie w zamkniętym pomieszczeniu, żyjecie w ciągłym lęku, w samotności... i nagle dostrzegacie znajomą twarz...
Otworzyłem drzwi i podałem mu rękę. Czułem jak w moich oczach gromadzą się łzy.
Wtedy uświadomiłem sobie swój błąd i przypomniałem słowa babki mówiącej łagodnym głosem: "Przywitania i pożegnania, pamiętasz? Zapomnialeś już? Nie wolno ci robić tego, gdy druga osoba stoi na zawnątrz. Nie przez próg, chłopcze. To przynosi pecha, to straszny przesąd, musisz zwracać uwagę na to, z kim i gdzie się witasz. Nie czyń tego przez próg".
Zadrżałem wtedy. Nogi ugieły się pode mną i prawie upadłem. Tylko tyle pamiętam z tego spotkania.
Dwa dni póżniej z przerażeniem, niemal w akcie desperacji zadzwoniłem do niego. Odebrała jakaś kobieta, prawdopodobnie jego żona i oświadczyła, że nie mogę rozmawiać ze znajomym, gdyż on nie żyje.
- Udał się do sklepu - wymamrotała kobieta, co chwila przerywając, nie mogąc zapanować nad szlochem - Nie wrócił już. Potrąciła go ciężarówka...
Pech. Po raz kolejny chodziło wlaśnie o to. O nic innego.
Nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić, przez co przechodziłem, to był niekończący się koszmar, droga bez powrotu, którą musiałem pokonywać codziennie.
Studiowałem notatki, które sporządziła mi babka. Dotyczyły rozmaitych przesądów. Musiałem je wszystkie spamiętać i wystrzegać się pechowych sytuacji. Owo wystrzeganie wiązało się z dalszą samotnością, z obłędem, w który popadałem.
Nie rozmawiałem z nikim. Byl moment, kiedy przez dobre dwa miesiące nie wychodziłem z mieszkania, a kiedy dzwoniłem po pizzę prosiłem, aby zostawiali ją na wycieraczce przed drzwiami, gdyż bałem się stanąć twarzą w twarz... z drugim człowiekiem.
Mając dwadzieścia osiem lat pojechałem na zaproszenie do Manchesteru. Moja kuzynka wychodziła za mąż, miałem być swiadkiem. Nie odmowiłem, nie mogłem odmówić, chyba sami rozumiecie?
Wciąż myślę o tym, co się wtedy wydarzyło i zastanawiam się, dlaczego tak się stało? Czytałem póżniej notatki babki, szukałem wiadomości w internecie, ale nie znalazłem niczego na temat przesądów dotyczących ślubów, weselnych imprez, oraz pary młodej.
A jednak oboje zginęli podczas podróży poślubnej. Katastrofa lotnicza. Gdyby nie fakt, że zginęło w niej ponad sto dwadzieścia osób, uznałbym się za skazanego na całkowitą samotność. Skazanego na przebywanie w zamknięciu.
Że tak powinno być upewniłem się rok póżniej na przedstawieniu w teatrze. Nie spodziewałem się, że ujrzę tam kominiarza.
Nie mogę w to uwierzyć, do dzisiaj mam sny o człowieku ubranym na czarno... Co prawda był to aktor w przebraniu, lecz to nie ma znaczenia w kwesti przesądu, według którego człowiek zobaczywszy kominiarza, powinien odnależć wszystkie guziki w swoim ubraniu i dotknąć ich. Tylko dotknąć.
To głupie.
Czy ja nie jestem idiotą?
Ale to działa. Na mnie to działa, wierzcie mi lub nie, ale to dzieje sie naprawdę.
Odszukałem wtedy wszystkie guziki. Jak się póżniej okazało, przeoczyłem jeden, znajdujący się przy rękawie koszuli. Był to guzik zapasowy wszyty od spodu, na wypadek gdyby któryś z centralnych guzików odpadł.
Guzik zapasowy. Zapomniałem.
Nazajutrz we wszystkich gazetach, które przeglądałem tłustym drukiem mogłem przeczytać: "Niespodziewana śmierć aktora teatralnego. Lekarze badają przyczyny zgonu trzydziesto sześcio letniego..."
Pech.
Jak długo to mogło trwać? Jak długo? Popadłem w depresję, z ktorej żaden lekarz nie potrafił mnie uleczyć. Nie mieli pojęcia na co cierpię.
Jak długo? - pytałem - Jak długo jeszsze?
Nigdy nie byłem w stanie odpowiedzieć sobie na to pytanie. Byłem sam, kompletnie nie zdolny do tego, by trzeżwo myśleć.
Tak, rozpiłem się. Po roku stałem się alkoholikiem.
Pewnego dnia musiałem opuścić mieszkanie. Głód alkoholowy był silniejszy. Narzuciłem ciepły płaszcz, gdyż w tamten pażdziernikowy wieczór było naprawdę zimno, deszcz lał jak z cebra, a szybkość wiatru przekraczała pewnie grubo sześćdziesiąt kilometrów na godzinę.
Wyszedłem na ulicę.
Ze spuszczoną głową, tak aby nie wzbudzić niczyjego zainteresowania, dodatkowo w wełnianej czapce, sunąłem jak zjawa w kierunku sklepu.
Pamiętam tłum ludzi zgromadzony przy jednej z ulic. Niektórzy krzyczeli, część z nich stała nieruchomo, inni z przerażeniem w oczach patrzyli na widok, jaki rozpozcierał się przed nimi.
Wypadek samochodowy. Zobaczyłem ogromną ciężarówkę z naczepą, oraz samochód osobowy, był to chyba ford escort. Ogromny osiemnastokołowiec przechylony był pod kątem czterdziestu pięciu stopni, przygniatając kołami escorta. W każdej chwili ciężarówka mogła z powrotem opaść na asfalt, a wtedy z auta osobowego nie pozostało by zbyt wiele. Miazga - tylko to słowo usłyszałem w swojej głowie. I ci biedni ludzie uwięzieni w samochodzie...
Kiedy dostrzegłem czym wypełniona jest przyczepa, osłupiałem. Było za póżno na ucieczkę, za póżno na cokolwiek.
Tłum był coraz większy. Widziałem ich agonię pomimo, że stali żywi.
Widziałem śmierć zaglądającą do ich oczu.
Mój Boże, proszę, nie - pomyślałem i wtedy ogromna naczepa przechylona dośc mocno na bok, przewrócia się.
Pech.
Przypomniały mi się słowa babki: "Uważaj na lustra, one przynoszą najtragiczniejszą i najokrutniejszą śmierć, wystrzegaj się ich..."
Naczepa z łomotem uderzyła o asfalt. Kilka osób krzyknęło.
Ja krzyknąłem najgłośniej, było już za póżno.
Za póżno, za póżno na cokolwiek.
Rozległ się dzwięk tłuczonego szkła; był tak głośny, że musiałem przysłonić swoje uszy dłońmi. Zobaczyłem, że kilka innych osób uczyniło to samo.
Z naczepy wypadły lustra, jedno po drugim: ogromne, w miedzianych, brązowych i srebrnych ramach.
Wszystkie tłukły się momentalnie po zetknięciu z ziemią. Miliony szklanych kawałeczków pokryło ulicę w promieniu dobrych kiludziesięciu metrów.
Spojrzałem na tłum ludzi, który z minuty na minutę powiekszał się. Ludzie przybywali zewsząd. Ciekawscy gapie rozmawiali ze sobą półsłówkami, wymieniali spojrzenia, przede wszystkim jednak wpatrywali się w zmiażdżonego przez koła ciężarówki escorta. Nie byli świadomi tego, co ich czekało. To tak bardzo mnie bolało, tak bardzo, nigdy nie zgadniecie co czułem. Ci ludzie nie mieli pojęcia co się stanie.
Do dzisiaj mnie to prześladuje. Do dzisiaj, moi drodzy.
Pomimo, że tkwię w zamknięciu, że moim domem jest zakład dla obłąkanych, pamiętam twarze tych ludzi; niemal każdą z osobna. Oglądałem je wtedy po raz ostatni...
Oni naprawdę nie byli świadomi.
Nie byli świadomi.

Opublikowano

parę błędów np Odszukałem wtedy wszystkich guzików = wszystkie guziki raczej
ale treść interesująca, z początku wydawało mi się, że to znudzi, ten pech, jednak zakończenie do spodobania :)

Opublikowano

Leszek - to bardzo stare opowiadanie, poprawiane sto albo i więcej razy, mam jednak sentyment to tego tekstu, jak narazie opublikowałem go jedynie tu, bo byłem ciekawy co o nim myślicie. Zdaję sobie sprawę, że mogłoby być lepsze;) Cieszę się jednak, że jesteś na tak:)

Fruzia - dziękuję, bardzo mi miło. Dżgnął - pewnie chodzi o "ż" zamiast z z kreseczką, jednak na mojej klawiaturze nie mogę tego znaku utworzyć nawet za pomocą alta+x. Chyba, że chodzi niewłaściwy zwrot, jeśli masz inną propozycję, będę wdzięczny za jej "uwidocznienie" ;)

natalia - błąd z guzikami już poprawiony:) Miło, że zakończenie nie wywołało kompletnego znudzenia;) Pozdrawiam.

Pozdrawiamw szystkich serdecznie

Opublikowano

j.renata - dzięki, cieszę się, że na tak;)

Pedro - To opowiadanie jest stare, bardzo stare. Ostatnio trochę w nim "pogrzebałem" i pomyślałem, że wrzucę na stronkę. Dzięki za komplement. Chociaż nie uważam się za utalentowanego. Piszę, bo to mnie odpręża... to miłe kiedy ktoś napisze taki komentarz, jaki Ty napisałeś przed chwilą. Pozdrawiam serdecznie

Opublikowano

Nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić, co przechodziłem --> wydaje mi sie że "przez co przechodziłem" chyba lepiej brzmi, ale tak jak jest tez jest dobrze. "Ogromny osiemnastokołowiec przechylony był pod kątem czterdziestu pięciu stopni, przygniatając kołami escorta. W każdej chwili ciężarówka mogła z powrotem opaść na asfalt, a wtedy z auta osobowego nie pozostało by zbyt wiele." --> z powrotem na asfalt czyli nie na samochód, albo ja czegoś nie rozumiem --> pozostałoby.
Poza tym - dziwne. Po prostu dziwne. W porównaniu do innych Twoich tekstów wydaje mi się, że to jest inne. Co więcej to jest krótkie, zdecydowanie za krótkie. W porównaniu do innych Twoich tekstów... :) Co nie zmienia faktu, że podoba mi się i to nawet bardzo. Ten tekst ma w sobie coś, jest interesujący, intrygujący... i ma Klimat, taki Klimat jaki ja uwielbiam.
czarrna

Opublikowano

Czarrna,witaj;) A jednak przeczytałaś tą opowiastkę;) Niektóre niezgodności już poprawiłem;) Dzięki za ich wskazanie. Miło, że wpadłaś, zaskoczyłaś mnie bardzo;) Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie;)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Wolność

       

      Nie ma drugiego takiego słowa, które zrobiłoby tak oszałamiającą „karierę” w XXI wieku jak słowo wolność. Odmienia się je przez wszystkie przypadki. Manipuluje się nim na prawo i lewo. Wywraca się na drugą stronę tak aby znaczyło coś zupełnie przeciwnego, choć brzmi swojsko i krzepiąco. Propaguje się wolność wyboru i wolność od wyboru. Wmawia się, że można wybrać różne barwy wolności ale jednocześnie dodaje, że powinna to być barwa o określonej z góry nazwie. Można postawić pytanie: wolny wybór czy wolność wyboru? A co to jest wolność? Niektórzy „myśliciele” wmawiali, że wolność to uświadomiona konieczność. Wolność bywa mylona ze swawolą. Ale czy tak jest w istocie? Inaczej rozumie słowo wolność więzień w celi, a inaczej człowiek „wolny”. Dla więźnia w celi wolność oznacza rzeczywistość poza murami więzienia. Taki delikwent o tym marzy co to będzie robił, jak opuści mury więzienia: upije się alkoholem, napali się tytoniu, „trawki”, odwiedzi prostytutki..., no po prostu „zabawi się”. Taki człowiek jest podwójnym więźniem. Ma zniewolony umysł błędami moralnymi, które traktuje jako przejaw wolności. Kim zatem jest człowiek naprawdę wolny? To człowiek, który zna Prawdę. Prawdę, która wyzwala, a nie zniewala. Wyzwala z nałogów: alkoholizmu, narkomanii, seksoholizmu, etc. Wielu takich, którzy rozumieli wolność negatywnie zakończyło swoje życie przedwcześnie. Jaka to Prawda, która wyzwala człowieka? To Prawda Objawiona, którą możemy znaleźć w konserwatywnych kręgach Kościoła Powszechnego. Każdy, kto przyjmuje Prawdę, rozumie ją i wprowadza w życie, staje się wolnym człowiekiem, choćby był zamknięty w celi więziennej. Każdy, kto ma dobrze ukształtowane sumienie, uczy się siebie w kontekście nauk moralnych, doznaje czegoś więcej niż tylko doraźnej przyjemności. Doznaje wszechogarniającej radości, radości wewnętrznej, wewnętrznego poczucia szczęścia. Szczęścia, które polega na tym, iż udało się zrealizować w praktyce nauki moralne Mistrza z Nazaretu. Większość z nas zna obraz artysty malarza Delacroix „Wolność prowadząca lud na barykady”. Czy o taką wolność idzie? Czyżby rewolucja społeczna kiedykolwiek i komukolwiek przyniosła prawdziwą wolność? Czy raczej zniewolenie? Zwolennicy myśli rewolucyjnej uważają, że uczniowie Mistrza z Nazaretu są ograniczeni: tego nie wolno, tamtego nie wolno... . Tymczasem „my”, ojcowie i córki rewolucji, dajemy ludziom wolność totalną. Możesz robić co tylko zechcesz, co tylko przyjdzie ci do głowy. A to nie tak... . Granicą naszej wolności jest wolność innych ludzi. Prócz tego wszystkiego, wszyscy jesteśmy ograniczeni formą ludzkiej egzystencji (jako naturalną konsekwencję grzechu pierworodnego), a co za tym idzie tzw. „prawem naturalnym”. Doznawać wewnętrznej wolności, wewnętrznego szczęścia może tylko człowiek prawy, „dobry”. Czyż nie jest prawdą stwierdzenie, że gdy znajdzie się ktoś naprawdę dobry, to prędzej czy później takiego otrują (Sokrates) lub ukrzyżują (Jezus z Nazaretu). Cóż to za wolność dzięki której Mistrz kończy otruty lub ukrzyżowany? Otóż taka „wewnętrzna wolność” wedle niektórych jest wątpliwego dobra choć jest godna naśladowania i jest piękna. Tak w rzeczywistości nie jest; nie jest to wątpliwe dobro. Mistrz z Nazaretu zmartwychwstał (vide „Całun Turyński”) i cieszy się absolutną wolnością. I ci, którzy w całej pełni naśladują Mistrza z Nazaretu już tu na ziemi mają poczucie wolności absolutnej, która na nich czeka po śmierci. Więc wybór należy do ciebie, Czytelniku, albo wolność totalna albo wolność absolutna.

       

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @violetta ... i oświetlasz sobą kwiaty przyrody będą o tobie pisać poeci Ody ... Pozdrawiam serdecznie Miłego dnia   
    • Wolność   Nie ma drugiego takiego słowa, które zrobiłoby tak oszałamiającą „karierę” w XXI wieku jak słowo wolność. Odmienia się je przez wszystkie przypadki. Manipuluje się nim na prawo i lewo. Wywraca się na drugą stronę tak aby znaczyło coś zupełnie przeciwnego, choć brzmi swojsko i krzepiąco. Propaguje się wolność wyboru i wolność od wyboru. Wmawia się, że można wybrać różne barwy wolności ale jednocześnie dodaje, że powinna to być barwa o określonej z góry nazwie. Można postawić pytanie: wolny wybór czy wolność wyboru? A co to jest wolność? Niektórzy „myśliciele” wmawiali, że wolność to uświadomiona konieczność. Wolność bywa mylona ze swawolą. Ale czy tak jest w istocie? Inaczej rozumie słowo wolność więzień w celi, a inaczej człowiek „wolny”. Dla więźnia w celi wolność oznacza rzeczywistość poza murami więzienia. Taki delikwent o tym marzy co to będzie robił, jak opuści mury więzienia: upije się alkoholem, napali się tytoniu, „trawki”, odwiedzi prostytutki..., no po prostu „zabawi się”. Taki człowiek jest podwójnym więźniem. Ma zniewolony umysł błędami moralnymi, które traktuje jako przejaw wolności. Kim zatem jest człowiek naprawdę wolny? To człowiek, który zna Prawdę. Prawdę, która wyzwala, a nie zniewala. Wyzwala z nałogów: alkoholizmu, narkomanii, seksoholizmu, etc. Wielu takich, którzy rozumieli wolność negatywnie zakończyło swoje życie przedwcześnie. Jaka to Prawda, która wyzwala człowieka? To Prawda Objawiona, którą możemy znaleźć w konserwatywnych kręgach Kościoła Powszechnego. Każdy, kto przyjmuje Prawdę, rozumie ją i wprowadza w życie, staje się wolnym człowiekiem, choćby był zamknięty w celi więziennej. Każdy, kto ma dobrze ukształtowane sumienie, uczy się siebie w kontekście nauk moralnych, doznaje czegoś więcej niż tylko doraźnej przyjemności. Doznaje wszechogarniającej radości, radości wewnętrznej, wewnętrznego poczucia szczęścia. Szczęścia, które polega na tym, iż udało się zrealizować w praktyce nauki moralne Mistrza z Nazaretu. Większość z nas zna obraz artysty malarza Delacroix „Wolność prowadząca lud na barykady”. Czy o taką wolność idzie? Czyżby rewolucja społeczna kiedykolwiek i komukolwiek przyniosła prawdziwą wolność? Czy raczej zniewolenie? Zwolennicy myśli rewolucyjnej uważają, że uczniowie Mistrza z Nazaretu są ograniczeni: tego nie wolno, tamtego nie wolno... . Tymczasem „my”, ojcowie i córki rewolucji, dajemy ludziom wolność totalną. Możesz robić co tylko zechcesz, co tylko przyjdzie ci do głowy. A to nie tak... . Granicą naszej wolności jest wolność innych ludzi. Prócz tego wszystkiego, wszyscy jesteśmy ograniczeni formą ludzkiej egzystencji (jako naturalną konsekwencję grzechu pierworodnego), a co za tym idzie tzw. „prawem naturalnym”. Doznawać wewnętrznej wolności, wewnętrznego szczęścia może tylko człowiek prawy, „dobry”. Czyż nie jest prawdą stwierdzenie, że gdy znajdzie się ktoś naprawdę dobry, to prędzej czy później takiego otrują (Sokrates) lub ukrzyżują (Jezus z Nazaretu). Cóż to za wolność dzięki której Mistrz kończy otruty lub ukrzyżowany? Otóż taka „wewnętrzna wolność” wedle niektórych jest wątpliwego dobra choć jest godna naśladowania i jest piękna. Tak w rzeczywistości nie jest; nie jest to wątpliwe dobro. Mistrz z Nazaretu zmartwychwstał (vide „Całun Turyński”) i cieszy się absolutną wolnością. I ci, którzy w całej pełni naśladują Mistrza z Nazaretu już tu na ziemi mają poczucie wolności absolutnej, która na nich czeka po śmierci. Więc wybór należy do ciebie, Czytelniku, albo wolność totalna albo wolność absolutna.    
    • @Poet Ka Nie jedna Berenika była. Jedna się u nas zadomowiła Nie tylko poetów wspiera  swoją poezją do nich dociera  I komentarze solidne daje  każdy w tym w tyle za Nią zostaje .   Pozdrawiam serdecznie  Miłego dnia 
    • -Opowiadanie-   Promienie słońca poczęły zalewać świat wokół swoim bursztynowym blaskiem. Godzinowa wskazówka zegara chyżo zbliżała się do ósemki, a niebo pokryte już było licznymi, szarawymi obłokami.    Do parku wybierała się pewna dziewczynka. Mocno trzymając w dłoni małą, miedzianą monetę, radośnie wędrowała brzegiem ulicy. Jej ubrania były niechlujne i ubłocone a włosy splecione w zaskakująco staranne warkocze, przewiązane czerwoną wstążeczką. Jej twarz promieniała szczęściem.    Idąc krętymi uliczkami, jej uwagę przykuł chłopiec siedzący na dębowej ławce pod drzewem, którego cień był ratunkiem przed letnimi upałami. Mimo szelestu liści, śpiewu ptaków i szmeru pobliskiego strumyka, można było usłyszeć ciche szlochanie.    Zaniepokojona dziewczynka podeszła bliżej. - Odejdź - rzekł, pociągając nosem, gdy usłyszał zbliżające się kroki. - Nie odejdę, póki nie upewnię się, czy wszystko dobrze - odpowiedziała z troską w głosie. - A więc co cię trapi? - wbiła w niego przenikliwy wzrok.    Chłopiec delikatnie otworzył usta, jakby miał coś powiedzieć, lecz szybko je zamknął i obrócił głowę ku górze. - Jesteś nieszczęśliwy? - spytała ostrożnie wcale nie oczekując odpowiedzi, bo było to oczywiste. - A ty nie? - Dlaczego tak sądzisz? - skrzywiła się. - Przecież jesteś biedna, pewnie ledwo stać cię na kromkę chleba. Nie masz pieniędzy, za które mogłabyś kupić sobie chociaż zabawkę. Jak tu być szczęśliwym?    Spojrzeli na siebie bez zrozumienia. - A ty jesteś bogaty, wszystko masz na wyciągnięcie ręki. Mógłbyś za kawałek majątku wykupić najdroższą chatkę w mieście oraz kupić całe stosy zabawek. Dlaczego więc jesteś nieszczęśliwy? Czyż pieniądze nie dały ci szczęścia? Czego ci brakuje, chłopcze? - Ja… - umilkł. Myśli w jego głowie krzyczały i plątały się - jednak nawet w nich nie znalazł odpowiedzi.    Pokazując monetę, znów zabrała głos: - Może i to jest jedyna rzecz, którą mam, ale i ona nie daje mi szczęścia. Pieniądze są jak woda - nie utrzymasz ich w miejscu. Za to będąc dobrym człowiekiem, utrzymasz przy sobie rodzinę, przyjaciół i rzeczy niematerialne, które dadzą ci szczęście, o którym nawet nie śniłeś - powiedziała, po czym poklepała go po ramieniu.    Chłopiec objął ją mocno, szlochając jeszcze głośniej.    Toteż i oni, po całym dniu rozmów, wrócili do swoich domów, ciesząc się i radując każdą chwilą. Jak się okazuje, szczęścia nie należy szukać w pieniądzach; nawet mając ich w nadmiarze, możemy go nie znaleźć.
    • Uśmiechasz się.   Ile razy oberwiesz tyle razy wstaniesz.   Czemu się uśmiechasz? Przecież przegrałeś.   Padłeś na deski.   Nie odklepałeś.   Znowu wstajesz.   Znowu chcesz oberwać?   Czemu się uśmiechasz…   Przecież przegrałeś.   Uśmiechasz się...
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...