Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Próba

To było jakoś pod koniec września.Wrzesień był miesiącem,który drażnił
swoim zachwianiem.Emanował niekorzystnym ciśnieniem.Kiedy padał deszcz wszystko było mokrutkie.Ludzie przyzwyczaili się do uczucia "bycia mokrym".
Być mokrym,we wrześniu...chodzić po parkach gdzie leżały kałuże,rozdeptane i zabłocone liście czekające na "suche dni".Park-drzemiące w nim krawaty z ludzi siedzących na ławkach w wieku od 15-60 parę.Idealnie.Miękko.Parzyście.
Nic dodać,nic ująć.Wrzesień-deszczowy,ponury i przygnębiający.Dla niego też był przygnębnający.Pewnie dlatego,że urodził się we wrześniu i był spod znaku Panny.Bacznie obserwował ludzi w parku.Wyszukiwał swoim wzrokiem kogoś kto będzie ubrany w barwy jesiennych liści.Kto będzie miał jesienne,zagubione i smutne oczy.Kogoś kto utożsami się z nim tego smutnego popołudnia.
Ludzie toczyli rozmowy,niedzielne,nudne rozmowy o tym co ich gryzie i rozsadza,o tym co doskwiera im najbardziej.On szukał kogoś innego.Może szukał poety lub poetki.Kogoś kto w tej beznadziejnej jesiennej alfie odkryje omegę.Był bardzo rozkojarzony ale miał zmysł do ludzi.Potrafił wyczuć w ludziach strach,przygnębienie,barykadę ich umysłu w świetle ich wielu tajemnic.Szukał,szukał kogoś takiego...
Bliskiego sobie.Bratniej duszy,która będzie wraz z nim szpiegować ludzi.
Szpiegować ich zakamrki dusz,doszukiwać się w nich dobra i...
Idealnie,rozkosznie,gorąco.Trudno to wszystko sobie wyobrazić.Dusza jest duszna i siedzi w człowieku.Terapeutycznie.Szukał człowieka,który będzie miał w sobie coś z Anioła i coś z diabła.W głębi balsamicznego serca wierzył,że ten człowiek go odnajdzie.Wtedy byłoby liściasto,jesiennie.Ponuro.

* *
Spacer po parku w syczącym mieście to sama rozkosz.W oddali ryk samochodów i tirów.Tłum ludzi szukających własnego celu.Dusznych ludzi.
On też szukał.Ciekawe co robił człowiek,który był jego celem?Może był jakimś
wytrawnym buissnesmenem,z pozoru sztucznym a jednak może kogoś takiego szukał.Może szukał dwóch osób w jednej-matki oczekującej swego potomstwa.
Tak,to mógłbyć nawet ten starszy,ten dziadek podpierający się na lasce z wyrysowanymi zmarszczkami na smętnej twarzy.To mógłbyć każdy z nas.
"Obserwator" miał srebrne oczy,ale srebro jego oczu można było zauważyć
po dłuższym wpatrywaniu się w nie.Dlatego niczym się od ludzi nie różnił.
Zęby miał proste,zgryz odrobinę krzywiuteńki.Usta sine jakby z jesiennego chłodu,nieco zasolone ale mimo wszystko pełne. Włosy gęste i przyjemne w dotyku.Puszyste i zadbane.Tak mniej więcej wyglądał "Poszukiwacz".Okazjonalnie rozpalał papierosa.Rozpalał go tak jakby chciał
rozpalić świat.Robił to dumnie,zawsze oczy świeciły mu bardzo.Patrzył wtedy w jeden punkt i wydawało się,że jest to jeden punkt na Ziemi.Palenie papierosa było istnym ceremoniałem zważywszy na to,że paczka fajek informowała:PALENIE ZABIJA!!!Dla dzisiejszych ludzi większą skuteczność przyniosłyby słowa:
PALENIE TO ZDROWIE!!!Ale On uwielbiał palić.Stał tak szarmancko i mijały go dwie dziewczyny.Ich oczy spotkały się z oczyma "obserwatora".ale to nie były te,których szukał.Nie,to nie one.Były ładne,zgrabne.Ale nie zgadzały się z opisem.Miały w sobie młodość,radość życia i spokój.Spodobał im się "mężczyzna z papierosem",mężczyzna o srebrnych oczach.Trwał w poszukiwaniach.Ruszył przed siebie,schodami w dół by pojawić się w centrum
miasta.Było jeszcze jasno.Przyjemnie.Delikatny wiatr wkradał się między struny.Kałuże marszczyły się i przypominały o starości.Jeśli tylko przyjdzie słońce kałuże umrą.Śmiercią spokojną,cichą.Centrum było zupełnie inne,niebanalnie oświetlone.Odnosiło się jednak wrażenie,że to nie miasto a "zadupie".Taka dziura zbita dechami.Maniakalny świat rozebrał się z gwiazd.
Chłopak trafił na przystanek.Można tu spotkać uczniów,stare babinki ze spuszczonymi oczyma czy zapracowanych mężczyzn.Wszystko na wyciągnięcie ręki."Ludzie deszczu","ludzie kałuż",wchłonięci w pastylki czasu.
Ulepieni z plasteliny."Poszukiwacz" oddał się symbiozie przystanku i łagodnie
rozglądał się za ludźmi.Biedacy marzli.Widać to było po ich nosach.Wszyscy pragnęli "domu".Teraz marzli nie myśląc o falbankach tylko o czymś realnym.
Czym jest realność?Nieznajomy zbliżył się do ludzi.
-Która godzina,przepraszam?-Zapytał grzecznie i jeszcze raz obarczył ich spojrzeniem.Nikt nie odczytał jego sygnałów bo wszyscy milczeli.Tak,to my polacy.Może nie odpowiedzieli bo On wzbudzał strach,respekt.Było w nim coś nieziemskiego.
* * *
Ten piękny wrześniowy dzień minął. W jego oczach pojawił się głód.
Rozglądał się gdzie tylko mógł.Zrezygnował.
Wrzesień wieczorem był wyjątkowo chłodny,czuł,że nie odnajdzie tego kogoś.Ubrany był lekko,chciał się ogrzać.
Wrzesień śpiewał piosenkę, wrzesień zsyłał chłód, rozkosz i poczucie chandry, samotności.Nic nie było gorszego niż ten spokój, lęk- uczucie
płaskości myśli, oderwanie od tej ziemi na której jest ślad.
Chłopak ruszył przed siebie.Nie odnalazł tego kogoś.
Nagle znalazł się sam , uczuł jakby drgnęła ziemia ale on był jej jedynym mieszkańcem,po prostu chwilowe-Ocalenie, orzeźwienie.
W kieszeni miał gumę do żucia, rozpakował ją. Czuł,że jego mlaskanie rozchodzi się echem po drzewach.
Wyczuł,że nie jest sam.Wyczuł,że to "ten".Stał teraz, milczał, poczuł dziwne ciepło. Zastanawiał się czy to stukot obcasów czy stukot
męskich butów.Oczekiwał aż ta osoba odezwie się pierwsza.
Ale ona milczała.Milczały drzewa ,świat, wzszystko.

Minęła jakaś sekunda uczuł,że jest nagi. Nagi jak Adam.
Jego członek stał się sztywny pod dotykiem cudownych dłoni, gładkich ,
nieskazitelnych. Nie przeraziła go ta nagość, była dla niego czymś niesamowitym. W jego głowie wirowało tysiące myśli. Przede wszystkim ta kobieta, która kochała się z nim na ulicy, pragnęła go. Ale to nie był seks. To nie miało związku z miłością.
-Odejdź, odejdź- Krzyczał kiedy się zbudził. Nie był w stanie otworzyc oczu. Zapomniał o wrześniu, o kobiecie.
Wyczuł za to,że w brzuchu lśni nóż. Jest ciemna noc i nikt mu nie pomoże.
Strach, ostateńczość. Poszukiwania zakończone.
Dalej już nic nie pamiętał.

Opublikowano

Na początek kilka uwag technicznych: przede wszystkim zawsze po kropce (przecinku) wstawiaj spację- takie są zasady i taki sposób pisania jest czytelniejszy. Ponadto formatowanie tekstu jest jakieś dziwne- połowę zdania wielokrotnie przenosisz nagle do następnego wiersza.
Emanował niekorzystnym ciśnieniem- emanacja(promieniowanie) w żaden sposób nie przystaje do dalszego ciągu
leżały kałuże- dlaczego leżały?
od 15-60 parę- nie używaj cyfr- to "parę" jest trudne do zrozumienia; powinno być "od piętnastu do sześćdziesięciu kilku"
przygnębnający.- n=i
kogoś kto będzie - kogoś, kto będzie
Kogoś kto utożsami - Kogoś, kto utożsami
W oddali ryk samochodów i tirów- tiry (utożsamiane nie wiedzieć czego z ciężarówkami), to również samochody
buissnesmenem- wydaje mi się, że to słowo tak już sie zadomowiło w polszczyźnie, że pisze się biznesmenem, ale się nie upieram
Dlatego niczym się od ludzi nie różnił - innych ludzi?
rozpalał papierosa.Rozpalał go - papierosa się zapala i pali
Stał tak szarmancko i mijały go dwie dziewczyny- nie jarzę
obserwatora".ale to - obserwatora", ale to
Trwał w poszukiwaniach.Ruszył przed siebie- trwał, a jednak ruszył- może kntynuował?
łagodnie rozglądał się za ludźmi- ?
raz obarczył ich spojrzeniem -obarczył?
Nikt nie odczytał jego sygnałów bo wszyscy milczeli- napisałbym to w trybie przypuszczającym
polacy - Polak, to brzmi dumnie, a więc z wielkiej litery
nie odpowiedzieli bo On - nie odpowiedzieli, bo On
Rozglądał się gdzie tylko mógł- dla mnie niejasne- jakie miał ograniczenia w rozglądaniu się
Wyczuł,że nie jest sam.Wyczuł,że to "ten- wyczuł... wyczuł
czy to stukot obcasów czy stukot męskich butów- przecinek przed "czy" za dużo stukotu, a ponadto czym się różni stukot obcasów od stukotu, wydawanego przez męskie buty?
otworzyc - ć
Wymyśliłaś dosyć trudny temat i niezbyt dobrze sobie z nim poradziłaś. Spróbuj to napisać od nowa, częściej stosować zdania złożone, bo te równoważniki brzmią czasami, jak krzyk, a nie w każdej sytuacji jest on potrzebny. Czeka cię sporo pracy, ale nie załamuj się. Powodzenia.

Opublikowano

To stare opowiadanie. Znalezione w moim pliku. Teraz piszę zupeełnie inaczej. Podoba mi się tu kilka metafor. Temat jest o śmierci i o jej poszukiwanie. Do uwag gramatycznych ma Pan racje. Zresztą to tylko jakaś tam staroć.Nowe opowiadanie dam w najbliższym czasie-kiedy je
tylko skończę.Dziękuje za recenzję. POZDRAWIAM.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena De-Tre Dzisiaj w nastroju na blusik, chociaż jazz też bardzo lubię. Chyba, że coś "zmierzłego" dla ucha sobie zapodam...Kurta Weilla może...

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Oglądaj, komentuj i krytykuj...zabronić Ci tego przywileju w stanie nie jestem (ale jak będziesz zbyt wredna to Cię odeślę wraz z dedykacją do jednego z moich, specjalnie stworzonych na taką właśnie okazje, dzieł absolutnych z serii "wiem lepiej" ....żebyś tylko mi się na poziom V nie załapała....straszna wulgara...uffff...) Doszedłem do wniosku, że do pracy nad dalszymi rozdziałami muszę się bardziej gruntownie przygotować. Tak więc zacznę od lektury Twoich książek...którą na początek? (tak, żeby się zachęcić, albo nie zniechęcić ) "Ludzie w biegu" czy "Na krańcach klawiatury"? Szczerze mówiąc tytuł pierwszej już mnie drażni...nie lubię pośpiechu, to raz... a dwa, do gatunku ludzkiego nabawiłem się swojego rodzaju alergii ...ale nie oceniamy książki po tytule...czy jakoś tak Zakładam, że jakieś "wystąpienia publiczne", związane chociażby z promowaniem wydanych przez Ciebie książek, już zaliczyłaś...o co Cię głównie ludzie/fani pytają? (muszę się zapytać, żeby nie dublować tematów w mojej biografii ... w sensie Twojej ) Tak to bywa, że na dnie doliny jest znacznie lepiej na samej górze...człowiek nie rzuca się w oczy,co pozwala na zachowanie własnego ja (w miarę możliwości rzecz jasna, trzeba jeszcze brać pod uwagę presje środowiska pozostałych "doliniarzy" ),  doskonale widać co się dzieje na szczycie , a i upadek mniej boli (przewalając się z doliny w dolinę jeszcze nikt chyba krzywdy sobie nie zrobił ). Dobrej nocy P.S. Bodetré i futbol.....???? ...armagedon się iści....
    • Nieruchomieją w apatycznej formie lirycznej i zastygają w obłokach niedomówień tracą powoli barwy tuląc szarość minionych snów na koniec milkną w dokolnej ciszy prosząc zegary o jeszcze jedną chwilę nasączoną szeptem niewypowiedzianych słów.   Autor fotografii: Mirela Lewandowska  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @Gosława piękna, zmysłowa liryka o charakterze intymnym, traktująca o głębokim przeżyciu cielesnym i emocjonalnym. Podoba mi się motyw czereśni- ten ich soczysty smak i cudny kolor nadają  ciekawej barwy wersom. Natomist ta zieleń jest dopełnieniem całości obrazu , który tak pięknie pieści wzrokiem...
    • @violetta

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • Tekst powtórkowy?     Na cholerę tutaj przyszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane nieco. Dobrze chociaż, że las niczego sobie. Żeby jeszcze drzew nie było. Zasłaniają widok. No nic. Muszę wyciągnąć bułkę z wątrobianką. Uwielbiam. Tym bardziej, że zgłodniałam trochę. Coś mnie w to miejsce sprowadziło… ale co? Przeczucie lub jakieś inne pieprzone zjawisko, którego pojąć nie mogę.    Zgryzam. A niech to. Za raptownie przedziałek dupki nadusiłam i część nadzienia, gęsto szybuje na ściółkę leśną. Dziwna jakaś… materiałowa. Wiem, bo dłonią pomacałam. Muszę wytrzeć papierkiem, bo plama będzie. Dobrze, że nie wierzę w krasnoludki, bo jeszcze by łydki pogryzły, gdyby dostały szarą masą po kapeluszach. Durnowata ja. Najlepszy apetyt, poszedł się…    … a to co? Budka z piwem? Chyba nie, gdyż dziwna jakaś. I skąd nagle tu, po oczach daje. Ciekawe, czy pomoże? Słyszę, jakby za mgłą, że niby tak. Co tak? Może ćwierka ptak? Na dodatek najbliższe drzewa wokół, nabierają błękitnego koloru, a drzwi w owym czymś, samoczynnie otwarte na żółto. Czyżby chatka chciała, żebym tam wlazła. Takiego! Nigdy w życiu – nagle wrzeszczę na całe knieje, pokazując wejściu środkowy palec…    … tylko nie mój. Skąd to obrzydlistwo w dłoni. Inny jakiś. Jakby nie z tego świata. Nawet nie wiem, czy to faktycznie palec. Jedno jest raczej pewne… wskazuje kierunek, a ja nie mogę nie chcieć, wbrew sobie. Na dokładkę w drzwiach chatki, widzę moją matkę. Kiwa do mnie uśmiechnięta i zaprasza na ulubiony obiad. Tak jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką. Oj nieładnie, brzydko wprost. Ktoś mi gra na emocjach. Chce zwabić, bym tam weszła. Znowu pokazuje, tym razem swój i co…    … i wchodzę, do wewnątrz, niczym bydlę na rzeź. Od razu lepiej – stwierdzam sarkastycznie – drzewa nie zasłaniają. A dlaczego – myślę jak umiem – bo ich nie ma. Oddycham z ulgą. Potrafię jako tako logicznie rozpatrywać w tej krainie, w której nagle zaistniałam.. Dobrze, że zapasowa bułka z wątrobianką jest ze mną w potrzebie. Symbol więzi z tamtym lasem, by nie zgłupieć zupełnie. Tak daleko, że już nie ma powrotu. Dopiero teraz popatruje wokół, co jest, a czego nie ma.    Niestety, mózg nieprzystosowany. Widzi wszystko po raz pierwszy w życiu, ale tak naprawdę, łącznie ze składowymi obiektów, czy czegoś tam. Nie potrafi przerobić na rozpoznawalne obrazy. Brakuje mu punktów odniesienia. Jestem jak ten niemowlak. Dostrzegam jakieś zamazane kształty. Widzę po ludzku, tylko żaden z tego pożytek, w tym obcym świecie.    Jedyne co rozpoznaje, to swoją twarz w lusterku – nie pamiętam żebym brała – dalsze ciało, bułkę i wspomnianą wątrobiankę. Dobre i to. Jak to… ciało? Kurdę, jestem naga, do ostatniego szczegółu. Na domiar złego, czuję wokół… obecności. Tylko tak mogę to określić. Najbardziej jedną. W ten sposób, że aż ciało moje, drży i wcale to nie jest, takie znowu nieprzyjemne. Zaczynam iść przed siebie…     … kolejna ciekawostka. Widzę, że idę pod górę… lecz nogi, mówią wyraźnie, że schodzę w dół. Muszę wstrzymywać kroki, by nie zjechać po tyłku. Taka sprzeczność, jest trochę męcząca dla mózgu. Nagle całkiem niespodziewanie, dostrzegam siebie, przy… przystojnym kształcie, w ludzkim pojęciu. Obiekty wokół nabierają jakiegoś sensu, lecz mam dziwne wrażenie, że nie zabawię tu dostatecznie długo, by rozpoznać do końca. Siedzenie, sprawia mi coraz większą trudność. Mam ścierpnięte ciało. Słyszę – odpręż się. To sama wiem. Jakie siedzenie? Gdzie? Przecież chodzę tu, lecz nagle przystaje. Normalnie mnie zatyka...       … i odtyka, gdyż ów przystojny kształt – o matko – urywa mi głowę. Zaczyna pieścić i jakby całować, tylko czym. Zamazany cholerny kształcie, pokaż wreszcie swoje oblicze. Nienawidzę cię. No nie, nie mogę powiedzieć, to całkiem przyjemne nawet. Aż mnie nawiedzają spazmy rozkoszy. Chociaż z drugiej strony, jak on śmie. Bez mojej zgody. Jaki on? Może ona? Pieprzone ufoludki. Co to w ogóle jest?     Czuję dokładnie, jego wyczyny z bliźniaczą głową. A jednak doznania więcej, niż boskie. Teraz wyrywa nogi z tułowia. Tej drugiej ja, oczywiście. Pieści me uda. Najpierw jedno, później drugie. No nie. Tylko nie to, co pomiędzy nimi, proszę. A jednak, wyszarpnął paskud jeden. Coś tam gmera, grzebie, wkłada. Cholernie przyjemnie. Odrywa moje piersi. Czule miętosi… i nagle koniec…       … raczej nie. Kolejna niespodzianka. Tamta druga ja, znika. Czuję teraz na całym ciele, delikatne stukanie. Co to znowu za cuda? I tak samo jak poprzednio, nagle mnie olśniewa. To mowa dotykowa. W zależności od tego, gdzie przypada ukłucie, znaczy inny… wyraz… lub literkę… myśląc po ludzku…     … bo tylko tak mogę myśleć, lecz zaczynam nieco rozumieć, co ów przystojny kształt chce przekazać. Czuję się cholernie… zakochana. A niech to, co za banał na obcej planecie chyba? Kształt… we mnie też zakochany. Zakochany? Co ja pieprzę za farmazony. Doprawdy, fajne tu się kochają, rozczłonkowując ciała, kochanej osoby. Chyba jednak zaczyna mi odwalać w tym pokręconej krainie. Nie mogę usiedzieć na miejscu, muszę pochodzić…    … i na cholerę tutaj przeszłam. Zimno, wietrznie, aż me piersi rozedrgane. Chyba na kogoś czekam. Tylko jak długo? No wreszcie. Idzie do mnie uśmiechnięty i już z daleka wrzeszczy, przepraszając za spóźnienie. Tłumaczy to tym, że dość długo trwało, zanim się upodobnił do męskiego, w każdym aspekcie, niekoniecznie na co dzień widocznym.       Jest coraz bliżej. Wreszcie przy mnie. Przytula mnie, a ja jego. W czasie pocałunku, mamroczę niewyraźnie, dziękując za wspaniały żart słowny, którym mnie obdarzył. Że niby… przerobiony na człowieka. Chichoczę w głos na cały las. On też. Jesteśmy tacy... nieziemsko szczęśliwi. Częstuję go połówką bułki z wątrobianką i po chwili, gnieciemy leśną ściółkę.      Po finalnym zakończeniu, zakładamy odzienia, chociaż nie czujemy się nadzy. Idziemy w kierunku obrzeża lasu. Jesteśmy na skraju. To początek rozłożystej łąki, nakrytej żywym całunem, z różnorodnych kwiatów. Z tyłu promienie słońca, prześwitują przez zielone gałęzie. Widzimy przed sobą nasze wydłużone cienie oraz fruwające na ziemi, ślady ptaków.   A jednak coś zakłóca wspólną sielankę. Zaczyna padać drobny grad. Migoczące drobinki, szybują w naszym kierunku. Czuję stukanie na sobie, w różnych przedziwnych miejscach, a on patrzy na mnie, jakby chciał coś powiedzieć.        
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...