Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

I.

 

      Gdy niczym w rozłożystych gniazdach maleńkie ptaszyny,

Otulone tajemniczym płaszczem nieprzeniknionej nocy,

Zagnieździły się w rubrykach indeksów piątki,

Rozniecając tak wiele bezcennych emocji…

Pamiętam, zawsze po zdanych egzaminach...

Zbierała się licznie studencka brać,

Wieczorami przy kuflach grzanego piwa,

By snuć swe opowieści o zamierzchłych czasach…

 

Piątki z historii, archeologii, teologii,

Pretekstem były do długich dyskusji,

Na zawiłe światopoglądowe tematy,

Rodząc zarzewia rozlicznych sporów i kłótni…

Gdy z licznej i gwarnej studentów gromadki,

Każdy biorąc duży grzanego piwa łyk,

Rzucał śmiało kontrowersyjne swe tezy,

Licząc na wywołanie burzliwych reakcji…

 

Jeden przechwalał się piątką z archeologii,

Snując opowieść o rozwoju medycyny w starożytności,

Drugi piątką z bioetyki się chełpił,

By temat zbrodniczości eugeniki ochoczo poruszyć…

Jednego nieziemsko fascynowała paleoastronautyka,

Drugiego skrycie pociągała angelologia,

Jednego pochłaniała najnowocześniejsza wojskowa technika,

Drugiego przyciągał swą tajemniczością duchowy świat…

 

Gdy gorące studentów o historię spory,

Zawładnęły niejednym stolikiem kawiarnianym,

Niczym niegdyś żywiołowe najeźdźców hordy,

Rozległym i warownym grodem podbitym,

Emocje rozpalone w burzliwej dyskusji,

Studził dopiero pszenicznego piwa łyk,

Pozwalając ochrypłe gardło zwilżyć,

Dając czas dla ułożenia błyskotliwej riposty…

 

II.

 

Gdy filmowe megaprodukcje o polskiej historii,

Miały wejść dopiero na ekrany kin,

A w prawicowej prasie szumne ich zapowiedzi,

Do młodych pasjonatów przemawiały wyobraźni,

Wyczekując tych upragnionych premier kinowych,

Biorąc po wykładach duży piwa łyk,

Pokrzepialiśmy się wzajemnie barwnymi opowieściami,

O chlubnych kartach wielkiego narodu przeszłości…

 

Czasem ktoś przyniósł album stary,

Wyjęty z nieżyjącego już dziadka szuflady,

W limitowanej serii niegdyś wydany,

Przez co w oczach kolekcjonerów po tysiąckroć bezcenny…

A czasem w starym antykwariacie dziś nieistniejącym,

Udało się upolować jakiś historyczny komiks,

Poświęcony wybitnej w dziejach świata postaci,

Której dokonania wpłynęły na losy ludzkości…

 

Na błyszczących krążkach filmy dokumentalne,

Do prasowych tytułów niegdyś dołączane,

Kupowaliśmy ochoczo sypiąc ostatnie grosze,

Nieraz tracąc pieniądze odłożone na bilet…

A wymieniając się naszymi filmowymi kolekcjami,

Łataliśmy nawzajem swojej wiedzy braki,

Zszywając je w głowie niewidzialnymi nićmi,

Łączącymi tak wiele wielkich wydarzeń historycznych…

 

Czasem jakaś historyczna ciekawostka,

Rzucona mimochodem przez starego profesora,

Na wykładzie skrzętnie zapisana i podkreślona,

W pamięci naszej na lata zapadała...

A ubrana umiejętnie w wyszukane słowa,

Dla prostego studenta większą wagę miała,

Niż pełne brukowej prasy stoiska,

Zalegającej stertami w supermarketach…

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

III.

 

Pamiętam wtedy w studenckich latach,

Gdy zrosił okolicę księżyca blask,

W obszernych średniowiecznych Rocznikach Długosza,

Kochałem bez pamięci się rozczytywać…

A nakreślony piórem wybitnego kronikarza,

Dziejów polskich jakże barwny świat,

Szepcząc o wielkich tajemnicach średniowiecza,

Wyobraźnię moją tak bardzo rozbudzał…

 

I pasją do średniowiecznych polskich kronik,

Cały świat naiwnie niegdyś chciałem zarazić,

O pięknie tychże nie szczędząc słów wzniosłych,

Głoszonych przy każdej możliwej okazji…

Tak w snach i na jawie,

W wyśnionych karczmach i w całkiem realnym pubie,

Kosztując sporządzoną podług zapomnianej receptury nalewkę,

Unosząc namacalny grzanego piwa kufel,

 

Otwierając Mistrza Wincentego Kronikę,

Sięgając po zaznaczony w Rocznikach Długosza fragment,

O dziejach rodu Piastów opowieści swe snułem,

Przyodziewając średniowieczne zapisy w słowa wyszukane…

Paniczom i żakom z zamierzchłych czasów,

Współczesnym mi studentom wszelkich kierunków,

Nie szczędząc barwnych wyszukanych słów,

Dla opowiedzenia zasnutych mgłą niepamięci dziejów…

 

I nad wielkimi bitwami polskiego średniowiecza,

Pochylaliśmy się wspólnie w wnikliwych dociekaniach,

Każdy aspekt tamtych wiekopomnych starć,

Analizując przez naukowych opracowań pryzmat…

By gdy snem znużona przymknie się powieka,

Powędrowała w tamten utkany legendami świat,

Rozbudzona nocą senna wyobraźnia,

Każdego jednego ciekawego przeszłości studenta…

 

IV.

 

Gdy smakowych papierosów niedopałki,

Dociśnięte zdecydowanym ruchem dłoni,

Sypiąc ostatnie rozżarzone iskry,

Kończyły swój żywot na dnie popielniczki…

Z zamierzchłych czasów przeszłości szept,

Niósł się po spowitej dymem knajpie,

Poruszając niejednego młodego studenta serce,

Rozbudzając uśpioną wieczorami wyobraźnię…

 

O tajemniczych początkach prastarej słowiańszczyzny,

Snuli młodzi studenci najśmielsze domysły,

Popuszczając niekiedy wodze wyobraźni,

Zapuszczając się w gąszcza pseudonaukowych teorii…

Gdy o pochodzeniu Słowian od Wenedów teorii,

Jedni ochoczo czapkowali,

Drudzy w przypuszczeniach swych nadzwyczaj ostrożni,

Przy allochtonicznej koncepcji roztropnie obstawali…

 

Ciągnące się latami o historię spory,

Z pogranicza rzetelnej wiedzy i teorii spiskowych,

Kto wzniósł w starożytności potężne piramidy,

Kto tak naprawdę pierwszy Amerykę odkrył,

Gdy mrok wielotysięczne miasta otulił,

Oznajmiając czas końca letnich sesji,

Przy zastawionych piwem stolikach rozstrzygali studenci,

Sypiąc jedni drugim ironiczne przytyki…

 

O historyczność oracza Piasta i króla Popiela,

Wykłócali się do ostatniej kropli piwa,

O miejsce ukrycia Świętego Graala,

Toczyli swe spory do lokali zamknięcia…

Dzwoniły kufle wznoszone na zdrowie,

Odrapane krzesła szurały o podłogę,

A toczące się wieczorami burzliwe dyskusje,

Pozostawały bez rozstrzygnięcia w próżni zawieszone...

 

 

V.

 

Kto najwięcej zna tajemnic historii,

Wciąż między sobą się licytowaliśmy,

Przechwalając się swymi bogatymi kolekcjami,

Poupychanych w napęczniałe segregatory,

Bogato ilustrowanych popularnonaukowych czasopism…

By znanych tytułów kompletnymi rocznikami,

Dostrzegając w ich oczach nutkę zazdrości,

Na kolegach z uczelni wrażenie zrobić...

 

Choć różnie rozkładały się nasze fascynacje,

Pomiędzy poszczególnych bohaterów Kampanii Wrześniowej,

Jeden wielbił niestrudzenie generała Kutrzebę,

Drugi murem stawał za Hubalem…

W każdej z tamtych wieczornych dyskusji,

Dało się wyczuć w głosie nadłamanym,

Iż bohaterskich obrońców naszych polskich granic,

Wszystkich bez wyjątku szczerze szanowaliśmy…

 

Choć listę największych bitew II Wojny Światowej,

Każdy bez wyjątku znając na pamięć,

Wszczynał z kolegami burzliwe dyskusje,

Kreśląc tego światowego konfliktu alternatywne scenariusze…

Narosłych przez lata stereotypów twierdzę,

O nieuchronności klęski Kampanii Wrześniowej,

Niczym doborowym partyzantów oddziałem,

Zdobywaliśmy wspólnie naszych kontrargumentów szturmem…

 

O prawdziwych przyczynach katastrofy w Gibraltarze,

Snuliśmy swe spiskowe teorie,

O fiasku operacji Market Garden,

Wymienialiśmy się czasem wiązkami spostrzeżeń…

Czy dało się uniknąć Wołynia tragedii,

Czasem z łzą w oku jeden drugiego pytaliśmy,

Ignorując wymownie pogardliwe uśmieszki,

Wykolczykowanych nastolatek nieopodal sączących drinki…

 

VI.

 

Gdy kolejny aromatycznego piwa łyk,

Niejedno gardło skutecznie zwilżył,

I przyszło do zawiłych światopoglądowych dyskusji,

Nie szczędzących tematów bolesnych i trudnych,

Chłodnymi wieczorami gorący patriotyzm,

W duszy każdego młodego studenta się tlił,

Pomimo tej całej lewackiej propagandy,

Sączonej nam w głowy z mediów mainstreamowych…

 

Pamiętam jak z drżeniem w głosie,

Wspominaliśmy Żołnierzy Niezłomnych ofiarę,

Przeglądając w knajpach kolejne publikacje,

Dotykające tematu IPN-owskich historyków piórem…

Bo wiedzieliśmy z opowieści że i w naszym regionie,

Bezgraniczne swe oddanie Ojczyźnie,

Niejeden Żołnierz Wyklęty przepłacił życiem,

Przez bezpiekę zakatowany na śmierć…

 

Choć byli niekiedy i w naszym wieku,

W burzliwy wir okrutnych dziejów,

Wrzuceni zostali zrządzeniem losu,

Pośród upiornego historii chichotu...

I każdy z nas choć raz się zadumał,

Nad ofiarą młodego ich życia,

Naznaczonego tak bardzo przez wojny czas

I w okresie stalinizmu dotkliwego Polski upodlenia...

 

Progów wymarzonych uczelni,

Nigdy nie dane im było przekroczyć,

Rozległe puszcze, lasy i bory,

Były im ich uniwersytetem wyśnionym…

A najtrudniejszy egzamin z życia,

Każdy z nich niemal wzorowo zdał,

Gdy kresu dobiegła nierówna walka

I przyszło zdać raport przed obliczem Boga…

 

 

VII.

 

O zmarnowanych szansach transformacji ustrojowej,

Tocząc dyskusje z niejednym szanowanym profesorem,

Opuszczając nasze uniwersytety i uczelnie,

Zadowalających odpowiedzi wiedzieni niedosytem,

Kierowaliśmy wieczorami kroki ku knajpie,

By spróbować choć na kufla dnie,

Na nurtujące pytanie znaleźć odpowiedź,

O braku dekomunizacji w wolnej Polsce przyczynę…

 

Na kuflu piwa opierając dłoń,

Wspominaliśmy jak jeszcze przed chwilą,

Drżący starego profesora głos,

Hołdem był złożonym komunizmu ofiarom…

I tamte pamiętne z lat studenckich wykłady,

O globalnego komunizmu niewysłowionej zbrodniczości,

Wraz z zeszytami po brzegi zapisanymi notatkami,

W głębinach pamięci skrzętnie ukryliśmy…

 

Wspomnień siwowłosych profesorów,

Podczas prywatnych rozmów i akademickich wykładów,

Wysłuchiwaliśmy bez najmniejszego szmeru,

Usiłując zapamiętać każde ze słów…

Czasem w oczach starych profesorów pojawiały się łzy,

Gdy wspominali stanu wojennego ofiary,

Pozostawiając nas z dręczącymi duszę pytaniami,

Na które sami w dyskusjach szukaliśmy odpowiedzi…

 

W toku burzliwych wielogodzinnych dyskusji,

W studenckich latach sami powoli odkrywaliśmy,

Że o wspaniałości PRL-u wszelakie mity,

Najmniejszego nie miały pokrycia w rzeczywistości...

A gdy na temat zbrodniczego PRL-u,

Wymsknęło się komuś kilka dobrych słów,

Reszta rugała go bez namysłu,

Od kufli nawet nie odrywając wzroku…

 

VIII.

 

Choć od tamtych naszych pamiętnych dyskusji,

Upłynęły już tysiące dni,

Podług kalendarza praw bezlitosnych,

W kolejne lata pozaplatanych…

Czasem gdy na poświęconych historii forach,

Napiszę o północy ostatni już komentarz,

Wpatrując się nocami w pełnię księżyca…

Sięgam po puszkę pszenicznego piwa…

 

Drewnianą warzechę wielokwiatowego miodu,

Zatapiam w wrzącego piwa rondlu,

By okraszone szczyptą cynamonu,

Gorące jeszcze unieść do ust…

By kłębiąca się z wolna piana,

Była dla misternie zdobionego kufla,

Niczym najkosztowniejsza błyszcząca klejnotami korona,

Dla siwej głowy baśniowego króla…

 

Gdy powieje niekiedy przeszłości wiatr,

Zatapiając się w rzewnych wspomnieniach,

W niesionych emocjami myślach powracam,

Do tamtych pełnych szczęścia studenckich lat…

Gdy wytęskniony grzanego piwa kufel,

W doborowym pasjonatów historii towarzystwie,

Nagrodą był za piątkę w indeksie,

Budząc na twarzy łagodny szczęścia uśmiech…

 

Gdy tak zatapiam się w wspomnieniach,

Niejedna uroniona ukradkiem łza,

Spadnie niekiedy do kufla grzanego piwa,

Przez duchy przeszłości jedynie dostrzeżona…

By niczym trzaskające z świętego ognia iskry

Rozniecić nocą barwnych snów obrazy,

O tamtych minionych latach studenckich,

Zatopionych w niezliczone o historię spory…

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

"Grzane piwo należy podgrzać i urozmaicić dodatkami, takimi jak: miód, cynamon, sok malinowy, goździki czy owoce. Najważniejsze, by w trakcie przygotowywania nie doprowadzić płynu do wrzenia. Zarówno piwo jak i jego grzana odmiana mają pozytywny wpływ na ludzkie zdrowie, gdyż pomagają się rozluźnić, doskonale nawadniają i pobudzają nerki do pracy". - Tekst zaczerpnięty z internetu.

Opublikowano (edytowane)

@Kamil Olszówka

   

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Kamilu, po raz kolejny jestem pod wrażeniem. Wielkim - Twoich Precyzji i Pieczołowitości . 

   Zwrócę Ci uwagę jedynie na dwa miejsca. Na trzeci fragment pierwszej części, gdzie - aby uniknąć "wyliczanki" napisałeś naprzemiennie "Jednego" - "Drugiego" i gdzie mogłeś użyć słów "Trzeciego" - "Następnego" - "Kolejnego" - "Ostatniego". Oraz na trzeci fragment piątej, gdzie zamiast "II" lepiej będzie użyć pełnego słowa - "Drugiej". Zdecydowanie, dlatego nalegam na zmianę.

   Cieszę się Ogromnie, że mogłem przeczytać Twój kolejny Utwór .

   Pozdrawiam Cię serdecznie.  

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Corleone 11 Dziękuję Ci po tysiąckroć!

 

Co do tej ,,wyliczanki"... Jednym z moich ukochanych poetów na których najczęściej się wzoruję jest Artur Oppman, a On pisał w taki właśnie sposób jak ja:

 

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Ale to właśnie zapis rzymską cyfrą zdecydowanie jest jak najbardziej poprawny:

 

 

By podziękować Ci za ten Twój pełen pochwał komentarz specjalnie dla Ciebie ułożyłem krótką rymowankę... Specjalnie dla Ciebie:

 

Dla każdego pisarza oddany czytelnik,

Cenniejszym jest od najkosztowniejszych kamieni,

Zdobiących smukłe szyje księżniczek indyjskich,

Obsypywanych na kartach powieści czułymi pocałunkami...

 

Dla każdego pisarza oddany czytelnik,

Cenniejszy jest od kufrów złotem wypełnionych,

Ukrytych przed światem w jaskiniach niedostępnych,

Chłodem wielkiej tajemnicy przez wieki zacienionych…

 

Pozdrawiam po tysiąckroć!

Opublikowano

@Kamil Olszówka

   Świadomość własnej wartości jest Ogromnie Cenna. Ale zapytam, po pierwsze: Artur Oppman pisał tak, jak Ty - czy Ty piszesz tak, jak on? Po drugie - równie Ogromnie Warto dążyć do wypracowania własnego stylu. 

   Po kolejne: ogólne  

zasady swoją drogą, a tu jest Twój Utwór. Twoja osobista treść. Zgodnie z moim wyczuciem, w tej Przestrzeni właśnie pełne polskie słowa są bardziej na miejscu, niż latynizmy. Ale oczywiście decyzja o zmianie należy do Ciebie. 

   Po tysiąckroć dziękuję za poetycki prezent

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

. Kamilu, wielce mi miło .   

   Serdeczne pozdrowienia.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Kamil... czytałam wcześniej... dłuuuugaśne jak licho...;)

Co do wyliczanek, czasem, Corleone ma rację. I tak podziwiam Twój zapał, że takie długie historie opisujesz.

Serdecznie pozdrawiam, życząc spokoju, na każdej linii.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...