Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Ucieczka psylocybinowym oknem

Długo podróżowałem, zdołałem zapomnieć twarze zmarłych rodziców, choć na chwilę. Już nawet mój pokój w rodzinnym domu stracił w pamięci miejsce, przynajmniej nie takie, jakie miał przed laty.
Gdy grzybów brakowało, uspokajałem się opium.
Dobre, stare opium zawsze znieczulało cierpienie wywołane wspomnieniami o cierpieniu. Często ból odczuwałem tak duży, że nie rozróżniałem ich pomiędzy sobą, bólu we wspomnieniach z tym prawdziwym i aktualnym. Wspomnienia bywały nawet bardziej bolesne, szczególnie, gdy udało się wytrzeźwieć, przez jeden tydzień nie brać niczego, co pozwalało zapomnieć.
Lekarze nie potrafili znaleźć odpowiedzi określającej, co mi dolega. Ani konwencjonalni - pierwszego kontaktu, ani specjaliści psychiatrii.
Nikt nie rozumiał, jak to jest cierpieć nieustannie, jedynie aktywując w sposób niekontrolowany, jakby nerwowy, stan przejść traumatycznych poprzez wspomnienia. Podróże w halucynacjach wywołane spożyciem grzybów, czy MDMA, stały się też pożywką dla twórczości, pomimo znieczulenia stawały się inspirujące. Wydawało się, że człowiek duszą zmienia wymiar, dostrajając się do innej częstotliwości. Spotyka wtedy duchy mędrców, które z czasem stają się patronami, takimi opiekunami, jak indiański totem, który nie tylko pilnuje drogi, ale tez symbolizuje osobowość i często też charakter, niejako dyktując drogę zachowania, ale też rozwoju. Podróże bywały czasem trudniejsze, wymagały, aby coś dać od siebie, co nieraz bywało trudne. Pewnego razu mędrzec, starszy pan, kojarzył mi się z faunem, powiedział mi, że klucz do uwolnienia się od bólu jest we mnie, a podróże mogą dać mi do niego dostęp. Było to w pewnym momencie dość dla mnie ważne, nawet marzyłem o normalnym życiu, o tym, co bym zrobił, gdybym nie cierpiał.
Często, gdy śnie, nie, nie chodzi o podróż, a zwykły sen, śnią mi się sceny z dzieciństwa, tragizm jego dni naznaczył mnie, zniszczył najlepsze lata życia, deprymuje do dziś status normalności z klasyfikacji jako standardu życia. Matka, zawsze piła, była pełna gniewu, nienawiści. Biła zawsze tak, że naprawdę dogłębnie bolało. Ojciec nigdy nie reagował. Miał swoją gazetę, telewizor i kilku kumpli, z którymi pił. Zamykał się z nimi w salonie, każąc matce siedzieć w kuchni. Jej nakręcanie się monologami zawsze kończyło się wielkim mantem. Były to czasy komuny, edukacja i kultura nie ingerowały w życie społeczne nizin. To było piekło doskonałe, gdzie nie było zbawienia, ani aniołów. To piętno tamtych czasów zabija mnie równie mocno również dzisiaj. Nachalnie obrazy tamtych chwil pojawiają się w umyśle, czuje ból pleców i tyłka od pasa ojca, który matka zawsze miała schowanego w kuchni. Wydaje się nie dziwnym, że szukam uśmierzenia, resetu, zapomnienia, jak kropla wody chce żeby ból w promieniach słońca odparował. A on tylko robi, co ma do zrobienia, bije mnie mocno, poniewiera i zostawia na chwilę, by znów wrócić. Jedyną diagnozą lekarza było to, że mój problem ma pochodzenie nerwowe, że muszę nauczyć się obserwować swój stan i próbować go kontrować. Nigdy mi się to nie udało, choć podejmowałem próby. Stwierdziłem, że jestem słaby, dużo za słaby, by to zwalczyć. Kiedyś, w granicach dziesięciu lat temu, gdy zacząłem podróże, okazało się, że psylocybina zawarta w grzybach halucynogennych potrafią zredukować ataki. Dawała też komfort i niezapomniane wrażenia. Dziś, czuje, że nie mogę bez psychoaktywnych doświadczeń żyć.
Już bez znaczenia jest to, co zabija mnie, zdołałem nabrać dystansu do zła z dzieciństwa, wywalczyć przestrzeń do obserwacji bez wpływu paraliżującego mnie, ale nie jest to stan w stu procentach stały. Ataki bywają silniejsze, choć dużo rzadziej się pojawiają.

CIĄG DALSZY CZ.II

Pamiętam wiersz, który napisałem, kiedy pierwszy raz spożyłem standardową dawkę grzybów. Był wzburzony, jak sztormowe morze, pełen nienawiści łamanej akceptacją, a zasadniczo przymusem jej, wywoływał we mnie płacz, którego w zgorzkniałym dzieciństwie nie miałem wiele. Byłem silnym dzieckiem, kiedyś obiecałem sobie, że przez rodziców nigdy nie będę płakał. Płacz był dla mnie zbyt drogi i odcisnął efekt katharsis na mojej starganej cierpieniem duszy, ale postanowiłem go unikać. Do osiemnastego roku życia, kiedy to matka zmarła, nie płakałem wcale. Trwałem twardy aż do wiersza po pierwszej podróży. Lekarz psycholog, kiedyś stwierdził, że płaczu nie powinno się powstrzymywać, ale nigdy nie złamałem postanowienia. 
W moim wierszu najbardziej załzawił mnie fragment, który dotyczył wielkiego tragizmu, ale też  życiowych przeciwności oraz miłość, której miałem tak mało. Były to słowa dwóch strof:

"Urodziłaś mnie meduzo od czarnego pasa
Włożyłaś w klatkę gdzie każdą poznałem ranę
Teraz bezdomność i tułaczka mi rękawy zakasa
A wicher wspomnień zabija jak ciernie różane

Chciałem tylko z mlekiem dostać jedynej miłości
Żyć w cieniu rozkosznie ciesząc się jasnym słońcem
A ty bezczelnie serce wyrwałaś i porachowałaś kości
A to tragedii było początkiem i marzeń końcem"

Bałem się płaczu, gdy czułem lęk, który zamieniał się w fobię, gdy łzy spływały, jakby przez anioły zbierane, nie potrafiłem się powstrzymać, ale najgorsze było to, że często wspomnienia wracały jeszcze silniejsze, ubrane w demoniczne moce, gdzie uderzenie w widziadle  pozostawiało siniaki na realnym ciele. Prócz płaczu strach napędzał mi również kościół. Czułem ból modlitwy, nigdy nie chodziłem na mszę, chociaż pamiętam, jak kiedyś przyjechała ciotka z Węgier, matka wtedy nie piła i udawała, jakby nic się nigdy nie działo, wtedy też poszedłem z nimi do kościoła. Nie wiele dziś pamiętam, prócz tego, że było bardzo dużo ludzi, więcej niż obecnie chodzi do kościoła i to, że zemdlałem. Gdy się obudziłem, leżałem na ławce, w parku przy murze kościoła, ciotka wahlowała mi twarz, a inni ludzie przynieśli wodę. Straciłem przytomność na jakieś dwadzieścia albo trzydzieści minut. Ciotka była zaniepokojona. To było dawno, ale od tamtego razu kościół nie kojarzył mi się dobrze. Modlitwy też nie były moją pasją, czułem ohydę myśląc o modlitwach. Ogarniała mnie choroba, dziś nawet przechodziła mi przez myśl wizja opętania, ale to zbyt abstrakcyjny obraz, bardziej nazwałbym to urazem i konsekwencjami jego. Magia jest dla marzycieli, mimo że czułem się poetą, to w mity kościelne nie wierzyłem. Tłumaczyłbym to jakimś zwykłym modelem naukowym, czy to mechanizmem spaczonej psychiki dziecka, która wariuje przez traumę i wybucha jak wulkan konsekwencjami, czy genami i podatnością na choroby psychiczne. Pewnych wątpliwości nastarczały jednak silne jakby urzeczywistnione wspomnienia, atakujące falami, gdzie to, co miałem w domu, w dzieciństwie, jakby stawało się znów realne w miejscu i czasie, a ból fizyczny powodowało to naprawdę duży. Czułem klamrę paska lub kabel od żelazka, w zależności od wspomnienia, na swoim ciele, głównie na plecach i tyłku oraz niżej na nogach, ale zdarzało się mi nie zasłonić się wystarczająco dobrze i pręgi zostawały na twarzy i piersi.
Płacz wydawał mi się przyjemny, choć smutek, którego miałem tak wiele wymieszany z żalem i tak naprawdę pożądaniem miłości, której nie miałem nigdy powodowały mieszankę wybuchową. Nawet myślałem, że jestem idealnym materiałem na psychopatę albo socjopatę, w końcu wszyscy szaleńcy mieli przechlapane w dzieciństwie. Jedyne co mnie trzymało od szaleństwa, od krzywdzenia innych, był ból, którego doświadczyłem. Jedynie to, że wiedziałem jak mnie bolało, rozumiałem, żeby tego nikomu nie dać, bo to największe zło - mimo, że wierzący nie byłem, to moralność posiadalem, tak samo jak sumienie. Psycholog mówił, że najgorsze u maltretowanych dzieci jest poczucie winy. Długo się nad tym zastanawiałem. To był fakt, ale na początku. Później widząc, że niezależnie co robię a i tak dostaję po dupie, wiedziałem, że to matka jest chora, a nie ja. Przymajmniej próbowałem się przekonać, co do tego, ale jak bardzo się mi to udało, tego nie wiem.

CZĘŚĆ III

Dziś wstałem wcześniej, na zegarze była piąta trzydzieści. Było lato a słońce wstawało leniwie rozpromieniając horyzont bursztynową barwą, były to warunki dla wypicia kawy i zapalenia samodzielnie zrobionego papierosa idealne. Jednak nic nigdy nie jest zbyt idealne. Po wypiciu kawy, niedługo po tym, jak ubrałem się w czarne dżinsowe spodnie, w które włożyłem równie czarny pasek, gdy zapinałem koszulę, zamroczyło mnie. Przez te dziesięć sekund ciemności przed oczami wiedziałem, że się zaczyna. Zaraz potem mój umysł opanowały wspomnienia. Nie byle jakie, bo z wigilii dwutysięcznego roku. Miałem wtedy czternaście lat. Matka nic nie ugotowała, bo ojciec niedługo przed wigilią stracił pracę, a matka większość pieniędzy przeznaczała na zapas wódy. Za ostatnie pieniądze wolała kupić sobie i ojcu alkohol niż przygotować posiłek. Siedziałem w swoim pokoju, byłem sam, ale ta samotność była przeszyta strachem. Wiedziałem, że będzie totalnie wkurwiona, bo przyszłość jej alkoholickiej sielanki mogła się głęboko zepsuć. Wiedziałem, że jeśli ojciec nie znajdzie nowej pracy, nie będzie co jeść ani za co kupić ukochaną przez matkę butelkę wódki, co mogło z jednej strony, głównie przez brak alkoholu, zmienić moje życie, ograniczyć agresję pijanej matki, ale z drugiej strony moglibyśmy głodować. Matka odkąd pamiętam, odkąd żyję, wystarczająco świadomy, aby rozumieć co się dzieje wokoło mnie, nie pracowała nigdy. Ojciec był górnikiem, a kopalnie w której pracował własnie zamknięto. Dla takich ludzi jak on to było druzgocące podwójnie. Z jednej strony w okolicy nie było żadnej innej kopalni, więc zatrudnienie w tym zawodzie było prawie niemożliwe, a z drugiej strony, był ojciec już tak stary, że nie nadawał się do żadnego przyuczenia. Sami wiecie jacy są górnicy, szczególnie tuż przed emeryturą. To są starzy, zwyrodnilai fizole, którzy całe życie spędzili pod ziemią, a jeśli w życiu się nie urozmaica działalności zarobkowej, to człowiek staje się takim stalowym mechanizmem, co robi to, co mu zaprograowano. Oni po prostu jak pociąg, już nie zmieniają torów. Wigilia bez nawet tych trzech potraw, które matka zawsze gotowała, bez pracy u ojca, z perspektywą wiszącej w powietrzu tragedii, a nawet dwóch tragedii, była jak msza żałobna, ubrana w dreszcz strachu i niepewność, w wibrację zbliżających się piorunów - tych batów kablem bez opamiętania. Wiedziałem, że mój spokój może zakłucić wtargnięcie matki z kablem od radia albo od żelazka i będę musiał uciec z domu. Było zimno, gdzieś w okolicach minus dwudziestu stopni celsjusza i pełno śniegu na chodnikach i wokół ich. Wiedziałem, że jak nie będę w ciepłym miejscu, mogę nawet umrzeć. Matka wkroczyła do pokoju, tak jak podejrzewałem. Nie mogłem się postwić, dostałem z dziesięć razy, niby skryłem twarz rękoma i zwinąłem się w kulkę, ale matka wiedziała za dobrze jak sprawić, żebym cierpiał. Zaraz wyszła wyklinając mnie bardzo głośno. Wtedy ubrałem się w to, co miałem i z zakrwawionymi rękami, całymi posiniaczonymi uciekłem. Ona po prostu zabiła całą miłość we mnie, stałem się maszyną ustawioną na przetrwanie. Całe wspomnienie uderzyło nie tak mocno, że poczułem zapach krwi, pręgi na ciele odezwały się, jakbym tam był obecny, jednak mróz tamatej nocy mimo, że mógł mnie zabić, to działał uśmieżająco. Polubiłem wtedy zimę, te tony śniegu znieczulające ból. Ale byłem już tak psychicznie zmęczony, że zapragnąłem zamarznąć. Chciałem nie żyć bardziej, jak żyć. 
W pewnym momencie cały trans wywołany wspomnieniem minął, przez długą chwilę czułem jeszcze mróz na ciele. Te wspomnienia niszczyły mnie jak klątwa rzucona przez matkę zza grobu. Musiałem odbyć podróż. Wziąłem tym razem dość popularną tabletkę MDMA. One działają nieco inaczej od grzybów, trans który wywołują jest mocniejszy, nieco bardziej intensywny, a kolory i wzory które człowiek widzi, stają się bandażem i maścią na stargane serce i ciało. Odleciałem. Dobre jest w tych podróżach to, że zawsze po nich utrzymuje się dobry poziom dopaminy i serotoniny, ale też noradrenaliny, człowiek odczuwa dużo więcej spokoju, a przez to ataki paniki i wizji prześladowania nie pojawiają się nazbyt regularnie często. Czułem się wolny, bo szybciej zapominałem o spazmach z wizjami z dzieciństwa, miałem nawet więcej energii, by normalnie funkcjonować.

 

Autor: Dawid Daniel Rzeszutek

Opublikowano

Tekst bardzo przejmujący, w niektórych momentach wymaga jednak dopracowania, ot choćby tytuł główny różni się od tytułu  powtórzonego w początkowym wersie.

 

Picie i bicie, bicie jako wyraz bezradności rodzica i ból... ból który zostaje (oby nie na zawsze).

Myślę, że bicie dzieci powinno być mocniej piętnowane. Niestety wielu ludzi obnosi się swoją kontynuacją tej metody wychowawczej i zyskuje w takiej dyskusji zwolenników. Osoby słabe, takie jak choćby rodzic alkoholowy, wybierają sobie z dostępnych wzorców ten nieskomplikowany, patologiczny "kabel czy pasek" i to boli podwójnie bo i fizyczność i psychikę.

 

Szkoda, że nie pojawiła się u Ciebie jakaś, nawet mikro iskierka nadziei na to, że ból odejdzie... ale to takie moje... Ty jesteś autorem i napiszesz to, co uznasz za stosowne.

 

Pozdrawiam :)

 

Opublikowano

@Natuskaa Szczerze, to jest to ciąg opowiadań. Napisałem juz 4 i będę wrzucał sukcesywnie. Na tych czterech to nie koniec. Będę pisał więcej. I zdradzę, ze nie będzie całkiem smutno i mrocznie. Dynamika opowiadania musi być wzbogacona kontrastem, ludzie tak jak ty oczekują na lepsze, na cud. Kontrast tendencji opowiadania będzie dopisany. Ogólnie zbieram myśli, aby udekorować odpowiednio zakończenie. Muszę to zbudować na czymś wystarczająco ciekawym, żeby w tego gąszczu sam fakt uzdrowienia stał się wisienka, ale jednak by to tort był ważny.

To taki spojler. Ale chyba ciekawość tego jak to będzie napisane przeważa nad tragizmem faktu spojlera, czyli happy ending. Jak ktoś jest znawcą opowiadań i lubi zgłębiać konstrukcję, modelowanie pomysłów, poziom zaskoczenia określonymi motywami to i tak będzie miał zabawę. Tak naprawdę wskazuje miejsce wykopalisk mówiąc ze będą skarby, ale nie zdradzam ich szczegółów, które są nawet ważniejsze, bo to one opowiadają. Cieszę się, ze Ci się podoba. ZAPRASZAM PO WIĘCEJ WKRÓTCE!!!

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Mamuty 

       

      Miasto w śnie pogrążone, ciszą przykład daje, 

      Bryza morska co chwila puka w stare okna, 

      Ciepła zaś, nie tak mroźna, gwizdem tylko podła, 

      Rano tam takie słońce, człowiek z chęcią wstaje, 

       

      Tej nocy, na werandzie, siedział stary Klimient, 

      W gwiazdy wpatrzony, tęsknie, przeżywał dawne chwile, 

      I w ciszy by przeżywał, nasz ten Klim, ten dzielny, 

      Bo wtem, ktoś bliski, pewien, usiadł przy marszałku. 

       

      Katia: 

      Czemuś jeszcze nie zasnął, mój Klimie kochany, 

      Gwiazdy co są dalekie, nie znają przyszłości 

      Patrzysz w nie tak uparcie, jakbyś szukał drogi, 

      Może świt, co nadejdzie, troski twe rozproszy, 

      Wierzę, że słońce rano lęk w sercu uciszy, 

      Pójdź już spocząć mój miły, nic już nie wymyślisz. 

       

      Klim:  

      Pozwól mi tutaj zostać, żono, moja miła 

      Tu, na starym fotelu, czas jakby się wstrzymał, 

      Wstać on mi nie pozwala, a sam nie chcę odejść, 

      Czy pamiętasz ten wieczór, gdyśmy się poznali? 

      A może zaś dzień to był, ja już nie pamiętam, 

      Suknię, jakże przepiękną, miałaś tam niebieską. 

       

      Katia: 

      Pamiętam suknię moją, błękit nieba skradła, 

      Lecz czy to był dzień, nie mam już pojęcia 

      Zbyt wiele zim przebrzmiało, zbyt wiele jesieni, 

      By czas jakkolwiek jasny oraz nam zostawił 

      Wszystko, co było wtedy, dziś to mgłą się staje 

      Co oczy nam przesłania, a serce wciąż mami. 

       

      Klim: 

      Leczy czyż to nie jest lepsze niż pusta nadzieja? 

      Choć te dni tak odległe, wciąż w nich przebywam 

      Wiem dobrze, że ta pamięć, duszę mą zatruwa, 

      Zaś tylko tej truciźnie życie swe przedłużam. 

      Dziś słońce mnie nie grzeje, tylko w oczy razi, 

      A jutro jest jak obraz, co barw nie posiada. 

       

      Katia: 

      Ta trucizna, co mówisz, powoli cię niszczy, 

      Co kradnie siły twe, co w tobie pozostały, 

      Dla duchów tylko żyjesz, sam duchem się stajesz, 

      I tracisz rządy nad tym, co nadal prawdziwe, 

      Dzień następny ominiesz, jak przeszkodę wielką, 

      Chcąc chyba? Przecież życia nigdy nie ominiesz. 

       

      Klim: 

      Nie omijam ja życia, lecz patrzę nań z góry, 

      Gdy świat ten uśpił swe małe, jak ważne pragnienia, 

      W tych domach, co jak groby, śnią teraz o jutrze, 

      Zaś każde jutro w niebyt poprzedni dzień spycha 

      Po co tak żyć, gdy wiesz, że wszystko zapomnisz 

      Co wczoraj kochałaś, dziś obcym jest to dla nich. 

       

      Każdy swe własne ciało jak relikwię niesie 

      Umysłem, wyobraźnią, gonią dzień następny. 

      Bo gdyby myśl swą chcieli trzymać tuż za sobą, 

      Ujrzeliby tych wszystkich, co im drogę kładli 

      Których już porzucili w tej mrocznej otchłani, 

      Może właśnie dlatego zmarłych ludzi wolę? 

       

      Katia: 

      Więc cóż obserwatorze! Choć o nas wspominasz 

      Patrzysz z góry na innych, co dziś żyją jutrem. 

      Za długo w tym fotelu w gwiazdy wzrok swój wbijasz 

      I myślisz, żeś jest jedną, co na świat tak patrzy 

      Daj spokój tymże ludziom - przecież pamiętają 

      A jak nie – to są młodzi. Cóż o nich wiesz, Klimie? 

       

      Gdy tęsknota cię brała, tak mi się zdawało, 

      Że chcesz tylko wspominać, że ulżę ci żalem, 

      Lecz tyś wpadł w jakąś pętlę, na nic to nie baczysz  

      Zamiast o nas – o ludziach i czasie coś mówisz. 

      Powiedz, Klimie mój drogi czy czas ludzi zmienia? 

      Czy to ludzie czas psują, to w mroku się gubiąc? 

       

      Mówisz, że zmarłych wolisz? Ciekawe to, Klimie, 

      Wszak ja, Twoja żona, to z grobem nie pogadasz, 

      Gdy zaś życie ich gasło, pewnie dobrze znali 

      Ile spraw niezałatwień na świecie zostawią. 

      Więc każdy z nich by oddał, wszystkie twoje myśli, 

      Za jedną chwilę życia, którą teraz trwonisz. 

       

      Klim: 

      Młodość jest tylko maską, co skrywa niepamięć, 

      Biegną, nie wiedząc jeszcze, że droga jest kołem, 

      Czas nikogo nie zmienia, on tylko obnaża, 

      To, co w człowieku gniło, gdy był jeszcze dzieckiem. 

      Ludzie psują czas, Katio, to chcą g oszukać, 

      Kradnąc mu każdą chwilę, jakby była łupem. 

       

      Czymże jest owa chwila, o której coś mówisz, 

      Błyskiem, co ledwo błyśnie, już w mroku się topi. 

      Zmarli, których tu bronisz, niczego nie pragną, 

      To ty pragniesz ich głosem moją ciszę zburzyć. 

      Wolę trwać przy tym trupie, co był kiedyś słońcem, 

      Niż gonić za motylem, co żyje dzień jeden. 

       

      Masz rację, moja Katio, marnie ten czas trwonię, 

      Lecz spójrz na moje nogi, spójrz na moje dłonie, 

      One już nie chcą służyć jutrzejszym porankom, 

      Są jak ta stara woda w zapomnianym dzbanku. 

      Nie szukaj we mnie ognia, co świat te odmieni, 

      Jam jest tylko tym cieniem, co trzyma się ziemi. 

       

      Katia:  

      Młodość to tylko głód, co prawdy nie zna jeszcze, 

      Więc bierze, co napotka, by nasycić chwilę. 

      Ja też czuję ten ciężar, w moich starych dłoniach, 

      Lecz woda w tym dzbanku, wciąż smakuje tak samo. 

      Więc wypij ją mój kochany, póki jeszcze możesz, 

      Wszakże ten dom jest dla nas, nie dla dawnych duchów. 

       

      Pędzą w dzień to następny, śmiało gonią jutro, 

      Nie znają zaś ciężaru, więc nie jest im smutno, 

      Bo błędy omijają, więc żalu nie znają 

      I często na cud Boży, liczą i czekają, 

      Zatem czego wymagasz, by służyli idei? 

      Jak to strach - przyszłość, w celi dusznej więzi 

       

      My żyjemy, dla świata, nie dla własnej woli, 

      Choć ta okrutna prawda, tak bardzo nas boli 

      Musimy drogę wskazać, by pewniej ruszyli 

      Lecz w tej walce odwiecznej, wszyscyśmy zbłądzili, 

      Oni giną bez celu, my - w sędziów przebrani, 

      Zamiast dłoń im podać, trwamy wciąż niechciani. 

       

      Klim:  

      Nie kładź dłoni pod stopy, niech kamień porani, 

      Dom z piasku beztroski przy stałym wietrze runie. 

      Bez smaku swej porażki - jak zwycięstwo poznać? 

      Zostaną tylko cieniem, ślepi blaskiem klęski 

      Niegotowi być szańcem, innych panów przyszłych. 

      Świata krwi i zmęczenia, jaką mądrość zmieni? 

       

      Katia: 

      Już ja rady nie daje, mężu mój kochany! 

      Ależ tak pięknie mówisz, jakbyś dzieło tworzył, 

      Dużo słów wokół krąży, a mało polotu. 

      Bo przecież wilk młode, uczy na swą modłę, 

      A tygrys po tygrysie, królem tajgi będzie, 

      A więc człowiek człowieka? Wrogiem pozostanie. 

       

      Już sama jak Ty teraz, dziwną mową mówię, 

      Proste to lekcje głoszę, starzy mnie nauczali. 

      Co noga się potknie, nie łam jej zawczasu, 

      Bo wczoraj jakiś wypadek, dziś ciebie napotka. 

      A te miasta największe? Jakby walczyć musieli, 

      Zamiast miast, nory małe, jak myszki ukryci. 

       

      Sama siebie pytam i ciebie zaś pytam: 

      Na cóż te filozofie, nad prostą tak prawdę? 

       

      Klim: 

      Próżno im ścieżkę mościć, gdy łakną bezdroży, 

      Bo za carów nas mają, do buntu zmuszeni. 

      Nasza opieka jest jak łańcuchy najsroższe, 

      Co zerwać je potrzeba, by poczuć, że żyjesz. 

      Często zaś kiedy pomoc, nieść każdemu chcemy, 

      Sprawdzić należy wtedy, kto chce, kto potrzebuje. 

       

      Zaś filozof – my wszyscy, co łóżka ścielają, 

      Bo spróbuj nie pościelić - cynikiem okrzykną. 

       

      Więc czy mnie kara spotka, gdy odrzucę syna 

      Marnotrawnego, zbłądził przecież na życzenie. 

      Językiem przemawiam takim, bo stać chce najwyżej, 

      Chociaż bym bardzo chciał, mowa nadal prosta. 

      Prawdę mówisz - rację - tobie ją oddaję, 

      Lecz co mi po prawdzie, duszy nie raduje. 

       

      Katia: 

      Końca pragniesz rozmowy, młodych już zostawić. 

      Bo przecież tęskno ci tam, na twe dawne czasy, 

      Na rękach miłość nosić, siłą mnie zachwycać. 

      Teraz, gdy ciągle stoję, tutaj - tuż przed tobą, 

      Silę swą wciąż posiadam, choć silna już byłam. 

      Powiedz, mój ukochany, czemu szczerze tęsknisz? 

       

      Klim: 

      Tęsknię za świtem, co budził dzień piękny 

      I wstawać musiałem, bo życie choć czekało 

      Gotowe już przynieść mi, szalone przygody. 

      Tęsknie za machorkami, zapachem młodości, 

      Choć teraz papierosy – bez wódki mi szkodzą, 

      A że wszyscy odeszli – fajki nie zapalę. 

       

      Tęsknię za przyjaciółką, ogniska wzniecała, 

      Cudowna była chwila, gdy zbierali się 

      Ludzie, moi kochani, by krzyczeć miłości 

      Wyznania, do miłości, co już - już pomarła! 

      A reszta mych przyjaciół - kochani są oni, 

      Bo starość mi przyjemną - przyjemną sprawiają. 

       

      Wczoraj moim jest zegarem,  

      Starość - mym wspomnienia darem, 

      Oni mury mi stawiają, 

      Mnie w swej ciszy układają. 

      Nie chcę jutra, nie chcę chwili, 

      Byle oni wciąż tu byli! 

       

      Gubię się w tym, to prawda – to moja kroplówka! 

      Żyć mi wciąż, wciąż pomaga, dla ciebie kochana! 

      Za tobą tęsknię przecież, najbardziej na świecie. 

      Zaś wesoło ja śpiewam, swe milutkie wtem nuty: 

       

      Co było za potem - dziś izbą nam rządzi 

      I jutro i dzisiaj - w tych kątach się błądzi, 

      To czas nas pilnuje – jak jeńców w zagrodzie, 

      W kominie mróz siedzi - w wychłodłej gospodzie 

      Te lata minęły - w gdzieś w lasy dalekie, 

      Bo co raz zginęło - zaginie na wieki! 

       

      I bardzo tęsknie za tym, by móc tak coś śpiewać 

      Coś co głosem pobudzi, duszę dziecka, moją 

      Moją duszę, co dzieckiem nie jest i nie będzie. 

       

      Katia 

      Klimie! Mój Ty kochany – tak ból wielki nosisz. 

      Cały przeszły Boży świat, cierpi teraz z nami, 

      Bo ja też ból odczuwam, to bardziej Ty żywy, 

      Wśród i pieśni, i ognia, a za mną to wcale. 

      Zmarły już Ty, Ty jesteś - Kochany, cóż mówić. 

      To powiem, bo to lek mam, gotowy dla ciebie.   

       

      Co takiego? 

       

      Myszki, koniki czy wilki, w stronę wody biegną, 

      Widzą wodę, widzą coś - coś co w myk wypiją! 

      Doda siły, zmysł zaś też - poprawi im również. 

      Wszakże i ja skorzystam, z daru Bożej wody 

      A w dzbanku, tu przy tobie, całkiem jest jej dużo. 

      Taka woda zdrowia... doda! 

      ---------------

      Leje wodę prosto w oczy, 

      Zimna struga po nim broczy 

      Zmyła duchy, zmyła plany, 

      Siedzi Klimient pokonany 

      Woda ścieka na gazety, 

      Finał bzdury i tandety! 

      Ona stoi, dzbanek trzyma, 

      Wzrokiem tnie jak ostra zima. 

      -------------------

      Klim: 

      Dlaczego? Czym ja? Czym ja? Sobie zasłużyłem? 

      Prawdę mówię, co czuję, a Ty mnie tak ranisz! 

      Woda, co ci to dało? Zimno, Boże, mokro! 

      Ciepło trochę, ale Boże! Trzeba ci to było? 

      Jak ja teraz spać pójdę, mokry przez – przez ciebie! 

      Ten świat, litości nie ma, człowiekowi cierpieć 

      Nie da! 

       

      Katia: 

      Mężu, mężu Ty żyjesz! Już myślałam szczerze,  

      Że te duchy złe, przeszłe ode mnie zabrały 

      Męża mojego, męża, co Boże zobacz 

      Za zmarłego już miałam, a on teraz żyje, 

      A czy ci nie mówiłam, że lek ja mam dobry? 

      Żonę taką masz miłą, że w nocy pomoże. 

       

      Więc gdy cię tak słuchałam, pomóc chciałam jakoś 

      Słowem - nie umiałam, bo dziwny bardzo jesteś. 

      W myślach dużo widziałaś, przeszły lęk, zapachy 

      I za mną tęsknisz, choć ja, nadal twoja żona 

      Taka sama byłam, bo odkąd ciebie kocham 

      Męża nie mogę poznać, takie brednie mówisz! 

       

      Klim: 

      I powiem, że rację masz, dobrze więc zrobiłaś 

      Żyw, bo żywy jestem, teraz żywo widzę 

      Ciebie! Żeś mnie oblała! Nie sposób już myśleć 

      O czymkolwiek, bo żona przerwać tą rozmowę 

      Musiała! Choć rozumiem, przynajmniej próbuje 

      Jeszcze cierpliwie siedzieć, bo mnie – mnie pouczasz 

       

      Więc racja, żono moja, nas spotkać coś musi, 

      Spójrz na mnie, jestem mokry, Ty mi to wypomnisz, 

      Uśmiech mi swój pokażesz - piękny jak to zawsze, 

      Ja – ze wstydu się spale! I śmiechem odpowiem, 

      Bo czyż nie po to jednak gorycz człowiek czuje, 

      Żeby zawsze pamiętał - żyje i żyć będzie? 

       

      I myślę - wyleczyłaś - męża wnet swojego 

      Chociaż strasznie cierpiałem, to ból był, ale płytki. 

      Płytki to on być musiał, skoro twoja woda, 

      Szybciutko już podsuwa, takie przemyślenia, 

       

      Katia: 

      Więc teraz lepiej patrzeć, na ciebie, mój miły, 

      Bo dużo już rozumiesz, takie mam wrażenie. 

      Choć o wszystkim pamiętasz, o jednym nie myślisz, 

      Wszystko miałeś - straciłeś, a co zaś posiadasz? 

      Myślę, że masz, chociaż Ty ślepy i niewdzięczny, 

      Gniewam się, Klimie drogi, o mnie zapomniałeś. 

       

      Klim: 

      Co? Żono, szczęście moje! Ty wiedzieć to musisz, 

      Że ja naprawdę, ale na -  

      --------

      Katia wyszła, drzwi zamknęła 

      Klim na fotelu sam zostaje 

      Próżne słowa, próżne żale 

      Koniec baśni, koniec bajki! 

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...