Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dzień Lisy Bentley zaczął się wcześniej niż zwykle. Dojeżdżając do miejscowego klubu sztuk walki, nie zauważyła samochodów na szosie, co poprawiło nieco jej samopoczucie – nigdy nie lubiła prowadzić samochodu, który dostała od rodziców, więc kupiła sobie zgrabną pudrowomiętową Vespkę, ściągając ją z Florydy. Pozwoliło jej to zaoszczędzić czas, który w przeciwnym wypadku zmarnowałaby na staniu w korkach jej rodzinnego miasteczka Kettle Hights.

W dojo nie było jak zwykle żywej duszy, ale od właściciela, przemiłego, łagodnego Wientamczyka grubo po pięćdziesiątce, dostała zapasowy komplet kluczy, więc mogła wemknąć się od ogrodu. Był wtedy pierwszy dzień jej urlopu – po południu wyjeżdżała na camping, Rzuciła więc ciężki plecak w szatni i przebrała się w niebieskie keikogi. Będzie wyciskać siódme poty z Gấu-mèo przez cały dzień, a na koniec upiecze sobie kiełbaskę nad ogniskiem i zaśnie pod gołym niebem w borze, owijając się w kocyk. Tak będzie, ha! Ale chyba sama się oszukuje, bo raczej zachleje dziś mocno kolejną rocznicę zerwania z tym frajerem Jackiem i jego hydraulicznie zbudowanym ciałem hydraulika, tak smutno nie współgrającym z jego spłyconą osobowością stłamszonego i wiecznie obrażonego na świat gangridera, który nie akceptuje słowa "nie", szczególnie kiedy chodzi o spanie z innymi kobietami. Co ona sobie wtedy wyobrażała? Taką, kurwa, zwyczajną sprawe w związku, jak wierność, Jack obkręcał ogonem na wspak i traktował jak atak na jego hmm, WOLNOŹDŹ,  albo usiłowanie zmiany jego charakteru i okiełznanie jego "buntowniczej natury", która to była w rzeczywistości naturą notorycznego zdrajcy, słabego mężczyzny, który puszcza się na lewo i prawo, bo nie wie czego chce i wmawia kobietom, że to one nie wiedzą czego chcą! Ale jeszcze żeby nieokiełznanym być, to trzeba mieć motocykl!
 

– Iksde! – parsknęła śmiechem przeszukując szafki w szatni, przypominając sobie, że dawniej, gdy jeszcze przepruwał swoim chopperem obok jej okna, ledwo zapomniane emocje wdzierały się do jej nieźle ułożonego planu dnia, planu życia albo pomysłu na życie, wtedy jeszcze był taki czas, że nie wiedziała co robić po skończeniu szkoły wieczorowej, ale raptem dwa miesiące później, wystarczyły dwa miesiące, żeby to wszystko, ten cały dryl a'la Bobby Briggs x Laura Palmer  dość szybko zdegradował się do pospolitego wiejskiego stalkingu, kiedy spróbował siłą zaciągnąć ją do łóżka na ognisku przy rustykalnych bluesowych akordach rockabilly. Ha, do łóżka na ognisku! I nawet podjęła tę razem z nim tę próbę powrotu, wychodząc mu naprzeciw, wrzucając mu gorący kartofel do rąk, sprawę dla prawdziwego in question mężczyzny do zmierzenia się, mianowicię sprawę rozliczenia z tych wszystkich panien z liceum nieopodal. To on wtedy, tak dojrzale, skwitował to prostym ucinającym "to przeszłość Liso, po co do tego wracać?"
 

"No kurwa, ten... Bobby to jeszcze tańczył z Laurą na studniówce do tych rockowych szlagierów, Jack. Bobby to grywał Laurze na gitarze, ale do tego potrzeba drobniejszych i delikatniejszych dłoni, a nie dłoni hydraulika, Jack."
 

Choćby nawet jej piersi leżały w nich tak dobrze, to ma od tego stanik, który nie włazi po kryjomu na cycki innych lasek. I nie nasiąka piwem co sobotę! Wtedy właśnie zaczęła myśleć o kursie samoobrony, chociaż nie była całkiem zielona w tych sprawach. Wtedy też wsypała mu to baku paczkę cukru i przekręciła kilka śrub w silniku. Ale i tak, niebawem, niespodziewanie, rozeszły się wieści, że wolny duch Jack nie jest już członkiem gangu, bowiem został uziemiony przez własną niepokorność, która rzuciła go w ramiona dziewczyny herszta "Róż Asfaltu", Sharon, drobniutką blondynkę, miseczka D, w sam raz dla Jacka, którego to faktu nie potrafił nawet dobrze ukryć. Znaczy, nie miseczki, tylko durnego romansu. A co dopiero przemyśleć jego konsekwencje. No, ale przynajmniej Sharon była całkiem bystra i uwaliła to w zarodku! Ha. Wyobraziła sobie zawołanie dla zespołu cheerleaderek.

"Żaden z niego Bobby Briggs, i na pewno nie z Twin Peaks, do boju Kettles!"

Kop do przodu i obrót bioderkiem w lewo! Unik, którego Jack nie zdoła zauważyć, a już tym bardziej metaforycznie pojąć. Ciekawe, co u niej słychać, u tej Sharon? Stop. Dawne życie nie może wracać oknem duszy. All wounds are doors after all, prawda to. To, co mówiłeś, Stary Szopie.
 

Rozejrzała się po sali ćwiczeń. Rozpoczęła rutynę rozciągającą uważając żeby nie nadwyrężyć nadciągniętego rok temu ścięgna achillesa. Przeszła płynnie od wstępnej kalisteniki i rozgrzewki atletycznej do rutyny poprzedzającej ćwiczenia z dao, włócznią, pomysłu, na który kilka miesięcy upierał się Gấu-mèo, kiedy po przeleceniu z nią nad technikami obrony przed nożem w tylnym ogrodzie, przeszli do zupełnie innych rzeczy.

I chwała Bogu. Dziękuję Ci, Stary Szopie, za dar mądrości, mój późny tato.
 

Gấu-mèo, albo Stary Szop, jak mówiła na niego jego zmarła żona, od dawna marzył o tym, żeby przemycić któremuś uczniowi nieco więcej mroczniejszych technik, które poznał jako gówniarz pod okiem swojego mistrza w Wietnamie, w jakimś klasztorze, który został spalony przez Francuzów, albo zasypany bagietkami. Technik z bronią improwizowaną, z jakimiś widłami, toporkami czy sztućcami czy innymi bzdurami, ckliwych opowieści rodem z chińskich westernów fantasy, które każdy zbywał wtedy wzruszeniem ramion, przymrużając oko, no bo na co to komu teraz? Niewielu ich zresztą już miał, tych uczniów – zaś jego partner w biznesie, naturalizowany w trzecim pokoleniu Japończyk Suzuhara Keichi, no on, to to co innego, do niego to ludzie walili drzwiami i oknami, chociaż żaden z niego Ipman był, jego dziadek też nie. No ale wszyscy byli świadomi istnienia karate, a o wovinam słyszał mało kto. Ha! Teraz, jeszcze tym bardziej mało kto! Spojrzała na wiszący worek do boksu. Miał zaznaczoną markerem linię. Wzięła rozbieg i uważnie wyznaczyła wyskok do półtora toe-loop'a. Obliczyła ilość obrotów z tarcia powietrza i wyprowadziła cięcie nożem. Trochę poniżej linii. Znów za lekkie wybicie. No bo to było przed apokalipsą zombie. Ciało Suzuhary odnalazła w jego domu, w łóżku, najwyraźniej nie zdążył wyprowadzić w porę tych potężnych highkicków.


Przerwała ćwiczenia i podeszła do kapliczki rodziny Nguyễn, schowanej w ustronnym miejscu na tyłach dojo. Uklękła, zapaliła ogarek świeczki i jeszcze raz przyjrzała się zdjęciom ślicznych wnuczek. Nie ma już ich z nią, niestety nie zdołała ich uratować, nie była wtedy gotowa. Nikt nie jest gotowy na apokalipsę, prócz tej garstki oszołomów – prepperów, którzy i tak później umierają w piwnicy na botulinizm, karmiąc się zepsutym mięsem albo pijąc nieprzegotowaną wodę z rzeki, która wyżej płynęła w poprzek pól masakry hordy nieumarłych.

Wstała, pomyślała sobie, choć raczej była niewierząca, że może gdzieś tam jest, w zaświatach, może słyszy ją i nią czuwa, jeśli mu się nie udało. Miło tak pomyśleć. Jego ciała również nie odnalazła w mieście, lecz starusieńka Toyota wciąż stała zaparkowana przed mieszkaniem.
 

Wygrzebała z plecaka trąbkę pneumatyczną do odstraszania napastników pokroju Jacka Hollinsa i podłączyła ją do butli z sprężonym powietrzem za pomocą przewodu z zaimprowizowanym zaworem, którą wyszabrowała z zakładu mechanicznego w tamtym tygodniu. Wyszła na środek przestronnej sali dojo,ubrana w te same niebieskie keikogi, które dostała od mistrza, na które założone miała ochraniacze do jazdy na rolkach. Włożyła na uczy wyciszające nauszniki dla pracowników przemysłu ciężkiego, z zainstalowanymi słuchawkami, a na głowę lekki hełm kompozytowy. Pomyślała, że to jest ten moment, kiedy na filmach chłopaki zapalają papierosa, jeszcze zanim dorwie ich rak płuc. Ale ona nigdy nie paliła papierosów i dzięki temu miała wspaniałą spirometrię, nie to co chłopaki z Kettle Hights, z których żaden nawet nie powąchał stypendium sportowego Uniwersytetu Kansas. Włączyła kawałek, który ściągnęła przed Apokalipsą z youtube z linku. Rozluźniła mięśnie, wzięła głęboki oddech I podniosła ceremonialną włócznię Nguyễn Gấu-mèo z przyczepionym pomponikiem cheerleaderki.
Przeszklenia sali chwilę potem pękły pod naporem atakującej hordy przemienionych.

– Stary Szopie, patrz na mnie dziś – powiedziała i zaczęła taniec śmierci.

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Sam widok oczu byłby dla mnie natchnieniem by znaleźć sens w życiu między naszym spojrzeniem   sama woń perfum dałaby mi nadzieję że bez żadnych słów spotkalibyśmy się w zapachu   samo przytulenie byłoby darem od losu dwojga ciał przeznaczeniem pięknym czarem dotyku   same dźwięki głosu byłyby balsamem w świecie hałasu moim marzeniem   sam spacer za rękę byłby dla mnie Wniebowzięciem a pocałunek cudem na więcej zachłanny nie jestem
    • @Poet Ka   Bardzo dziękuję!  To naprawdę duże słowa. Zależy mi właśnie na tym, żeby tradycja nie była cytatem doczepionym na siłę, tylko czymś, co naturalnie przenika współczesny język - cieszę się, że to widać. Bardzo dziękuję za tak uważne czytanie. Serdecznie pozdrawiam. :) @Wal   Bardzo dziękuję!    Dziękuję - "nieuniknione" to chyba najtrafniejsze słowo, jakie mogłam usłyszeć o tym wierszu. Cieszę się, że to widać. Serdecznie pozdrawiam. :)
    • @Marek.zak1 Chętnie zobaczę, może gdzieś znajdę na YT. Dziękuję :-)
    • Nastał czas deszczu. I deszcz ten… Łzy w swojej obfitości skapują z wielkich fasad kamienic. Z gzymsów i z liści akantu. I z gałęzi jeszcze. I z tych innych, co są splątane ze sobą na wieki…   Spływają kropliście szemrzące strumyki. Szumiące w swojej niemocy. W milczeniu, w swojej skromności nieuchwytnych drżeń.   Płynę, a wraz ze mną ty. Płyniemy cicho na siny skraj. Za las. Za wszelki czas istnienia.   Choć może to tylko ja płynę. Bez ciebie płynę. Choć może…   Nie było nas wiele ze sobą. Pamiętasz? Wiem, że tak było. Ale ja tylko na chwilę. Zobaczyć jak się masz. Ja tu tylko na chwilę. Przelotnie, jak ten deszcz.   A zaraz po mnie jedynie wiatr. Taki lekki powiew wspomnienia na twarzy. I już. Jakby nigdy nic nie było.   Wiesz, ten deszcz dzwoniący (słyszysz jak łka?) skapuje wciąż kropliście i tkliwie. Deszcz we mnie płynący strumieniem kryształowych tchnień. I deszcz ten. I łzy… I ten deszcz odbijający się echem. Idący tryumfalnie jasnym snopem światła. Idący między nas.   Pamiętasz wtedy, kiedy nie było nas?   I mokre plamy na tynku, kiedy przytulam twarz (tu, tu, i tam, i jeszcze tam…) do chropowatej ściany. A na języku...   Na wystawionym, lśniącym i mokrym… Na języku tym okruchy i pył. I łzy... Kiedy całuję mikroskopijne ziarenka kwarcu, smakując je czule jak usta umarłej dawno kochanki.   Kiedy ty. I ty. I tylko ty… W ten deszcz.   W ten czas ułomny. Chwilowy. Zaprzepaszczony. A, co potem? Nic. Tylko przeszłość. Spokojna jak morze. Jak całe niebo… Jak wieczność… Jak my…   (Włodzimierz Zastawniak, 2026-08-02)      
    • @Stary_Kredens   Bardzo dziękuję!    To prawda - choć tyle już o tym napisano, to wzruszenie wraca za każdym razem na nowo, jakby czas nie miał tu żadnego znaczenia. Pozdrawiam serdecznie. @Leszczym   Dziękuję, że tyle o niej napisałeś - to jest dokładnie ten rodzaj obrazu, którego nie da się znaleźć w żadnym archiwum.  Twoja babcia brzmi jak ktoś naprawdę żywy - z honorem, ale i z fantazją, z wymaganiami, którym mało kto mógł sprostać. To chyba bardzo trudne - dorastać obok kogoś, kto mierzy ludzi miarą wojny, kiedy dookoła jest już pokój. Cieszę się, że mogłam choć trochę dotknąć tej historii.   Co do samego Powstania - to pytanie, które historycy do dziś toczą bez jednoznacznej odpowiedzi- decyzja o wybuchu, moment, rachuby polityczne wobec Zachodu , itp. – to wszystko można analizować na chłodno. Ale masz rację, że to nie umniejsza czystości intencji tych, którzy poszli walczyć. Można uznawać decyzję dowództwa za błąd,   (jesteśmy  mądrzy po faktach)  a jednocześnie oddawać cześć ludziom, którzy zapłacili za nią najwyższą cenę. Bo to jest w tym wszystkim najważniejsze.   Pozdrawiam.  @Migrena   Bardzo dziękuję!    Jestem poruszona tym komentarzem. Ująłeś coś, czego sama nie umiałabym tak nazwać - że to nie dziecko zostaje ocalone, tylko "zakonserwowane" w kształcie przedmiotu. To zdanie zostanie ze mną na długo. Dziękuję za tak głębokie czytanie. Serdecznie pozdrawiam.  @Rafael Marius  @Leszek Piotr Laskowski   Bardzo dziękuję! Serdecznie pozdrawiam. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...