Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Modyfikacja dawnego tekstu

 

 

Szkoła jak to szkoła, stoi sobie. Nad nią słoneczko z chmurką, na dole podwórko. Oficjalnie zwane boiskiem do wszystkiego. Cała pomalowana na żółto. Niektórzy tubylcy wychodzą z złożenia, że ów kolor jest w pewnym sensie znaczącym symbolem, mówiącym o sposobie nauczania w nieco inny, niekonwencjonalny sposób. Na ścianie obok wejścia, doczepiona niebieska tablica pamiątkowa. Kawałek nieba na zżółkniętej od starości chmurce. Widnieje na niej skromny napis:

 

"Jakiś czas temu, przebywał w tej szkole z nieodżałowaną wizytą, niezapomniany Wieszcz Narodu: DoDup. Niektórych serca do dzisiaj krwawią. Już nas nigdy nie odwiedzi, gdyż musiałby rozwalić drewniane ściany literatury i wygrzebać swoje ciało z czarnoziemu prozy i poezji. A nawet gdyby tego dokonał, to raczej takiego tutaj nie chcemy, gdyż co dopiero szkoła nasza odnowiona i mógłby ściany rozkładem uwalić. Pamięć o tobie DoDupie, będzie wieczna w literkach"

 

 

Wiele lat wcześniej→Lekcja polskiego.

 

Klasa jak to klasa, pomalowana na znany wszystkim kolor. Żeby dzieciaki miały wrażenie, że przebywają w słoneczku. Na szafach od cholery różnych zabawek, napisów, gazetek szkolnych i oraz innych tego typu obiektów, które mają łączyć, a nie dzielić. I rzeczywiście łączą. Harmider do entej potęgi. Śmigają papierki, zeszyty, ołówki, temperówki, a nawet całe tornistry z przyczepionym uczniem, jeżeli dziecko ma odpowiednią po temu krzepę. A to wszystko tworzy pulsującą całość: wrzasków, wycia, tupania oraz wszelakich innych odgłosów niewiadomego pochodzenia.

 

Nagle ktoś otwiera drzwi… i jakiś czas nikt nie wchodzi, tylko klamką śmiesznie rusza. To pani nauczycielka nią potrząsa, gadając z kimś na korytarzu. To bardzo nie ładnie wprowadzać biedne dzieci w rozterkę. Oj bardzo brzydko i nieelegancko. Nie wiedzą czy przestać, czy jeszcze mogą. Jednak po chwili pani staje w klasie. Grzecznie mówi:

 

– Dzień dobry dzieci.

– Dzień dobry pani.

– Siadajcie... albo nie, lepiej wstańcie żebyście mogły usiąść z wrażenia.

– Proszę pani, nie wiem co mam robić. Jestem taki skrzywiony w pół, że aż mnie kręgosłup boli. Mam stać czy siadać.

– No przecież mówię, że macie stać.

– My już cały czas stoimy.

– No i dobrze. A teraz słuchajcie! Za niecałą godzinę, odwiedzi nas znakomity gość, który przekaże nam...

– Ja, ja, wiem. Będą prezenty!! Święty Mikołaj do nas przyjdzie! Huraaaa!! Ale fajowo!

– Cisza tam! Odwiedzi nas jeszcze bardziej sławna osoba.

– A ja nawet wiem kto! Nasz kolega z innej klasy. Ten co wrzucił petardę do pokoju i przegnał nauczycieli. Proszę pani on jest sławny. To on?!

– Jeżeli nawet, to nie on, tylko petarda. Dzieci, o czym wy mówicie. Odwiedzi nas bardzo znany powieściopisarz i poeta,: DoDup. Znacie takiego?

 

– …

– No co, nie znacie?

– …

– A może jednak?

– …

– To doprawdy smutne. Naprawdę nie znacie? Powinien was wstyd ogarnąć.

– Proszę pani, nas ogarnął, ale i tak nie znamy.

– No nic. Niedługo poznacie.

– A po czym?

– Dziecko! Po wszystkim. Toż to on z nami będzie. Jesteście szczęśliwe?

– Kiedy dzwonek?

– Po jakiemu z wami gadać. Ja o słynnym człowieku, a wy o...o czym?

– O dzwonku, proszę pani.

– No właśnie. Lecz za nim do nas przyjdzie, poddam waszej rozwadze, kilka fragmentów jego wierszy…

– O jejku. Znowu wierszowane smęcenie. Musi być?

– Oczywiście dziecko. I nie żadne: smęcenie. Ukulturalni was. A teraz napiszę na tablicy fragment wiersza: „Strumień i las”, a wy mi powiecie, co to wszystko ma znaczyć.

 

Pani bierze kredę i zaczyna pisać. Lecz najpierw ściera tablice gąbką. Rypie przy okazji paznokciem. Wiele dziewczynek zakrywa warkoczykami uszy, a chłopcy nie, bo udają, że im to wisi. Po jakimś czasie widnieją słowa:

 

cudowne głosy ptaków

szybują po liściach

niczym ręce pianisty

po klawiaturze przyrody

 

Cisza jak by ktoś maku w klasie nasiał. Dzieciaki siedzą patrzą i to wszystko.

Co to ma być – myślą sobie. – Toż to do niczego nie podobne.

 

Nagle słyszą głos pani:

– No kochane dzieci, jak rozumiecie ten fragment wierszyka. Może ty Jasiu coś nam powiesz.

– Wstyd mi takie coś omawiać.

– Twój wstyd jest nie na miejscu.

– Proszę pani. Na miejscu. Widziałam.

– No Jasiu – namawia dalej pani. – Okaż odwagę. Mówże wreszcie.

 

Jasiu stoi i tylko oczami przewraca. Spogląda na tekst, jak balon na jeża. Jeszcze nigdy w życiu, nie miał z czymś takim do czynienia. Poezja? Kto to wymyślił? Nie lepiej po ludzku pisać? Porąbało ich, czy co? – podumał jak dorosły pan. No ale musi coś powiedzieć, bo wyjdzie na głupka wśród swoich. A zatem czyta i tłumaczy:

 

– „Cudowne głosy ptaków.” Kogut paskud u sąsiadów, rano pieje i pieje. To wcale nie jest takie cudowne. Mam całą szklankę stoperów a dziadek zębów.

– Jasiu, chłopcze, tu nic nie stoi o kogucie. A tym bardziej o zębach.

– Przecież kogut to ptak.

– Ale nie ma zębów… zresztą nieważne… czytaj dalej i rozważaj…

– „Szybują po liściach.” Też kiedyś szybowałem nogą na liściu. Dupa mnie bolała kilka dni.

– Ach tak. Pamiętam. Przyniosłeś zwolnienie. Ależ Jasiu, matkości świata, pomyśl bardziej poetycko.

– „Niczym ręce pianisty” Kiedyś słyszałem o pianiście, który miał ręce w bandażach, bo mu żona w czasie koncertu, klapą przytrzasnęła, gdy inną przeleciał na bębnach, a on nie zdążył cofnąć.

 

– Jasiu, ty wysil wyobraźnie. Omijasz meritum wiersza. Czy to takie trudne? Widzę niestety, że tak. A może któreś z was, Jasia ukierunkuje, bo Jasiu sobie nie radzi w tej materii. Zuzia, ty przeczytaj ostatnią linijkę i wytłumacz, o co w tym biega. No to Zuzia czyta:

– „Po klawiaturze przyrody.” Ja tam proszę pani, wolę taką zwykłą klawiaturę. Mniej na niej drzew, zwierząt i różnych innych śmieci.

– No Zuzia, jestem pod wrażeniem. Chociaż trochę rzekłaś poetycko.

– Bo nie jestem głupia, jak głupi Jasiu. Wczoraj mnie odwiedził w domu. Ale później nerw go szarpnął i mnie walnął.

– Czym dziecko?

– Klawiaturą, proszę pani.

– Jak widać to ci wyszło na dobre. Podziękuj Jasiowi.

– Jeszcze czego.

– My też chcemy poczytać poetyckie głupoty – słychać inne zawiedzione głosy.

– Cieszy mnie, że chcecie. Oto kolejny fragment z wiersza: „Wiedźmowy czar” Na tablicy pojawia się tekst:

 

coś za jedna

z czego spadłaś

co tak kukasz z kąta

czy odbiła ci klapeczka

możliwe że piąta

 

O! – zakrzyknęła dziatwa. – To może być.

 

– Mnie kiedyś mama powiedziała, że mi brakuje piątej klepki, ale ja byłem cwany i ją odnalazłem przed domem.

– A widzisz dziecko. Niektórzy do końca życie nie odnajdą. Zresztą sama nie wiem. To teraz proponuje fragmenty dwóch wierszy: „Przeinaczenie” i „Wybór”. Czytajcie uważnie.

 

zawiść usnęła w przyjaźni

miłość daleko za nami

mózg defektem umysłu

odbiciem w obrazie

rani

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

 w pryzmacie ludzkich cierpień

blask światła zwabia ich duszę

raj otchłań niepewność pytanie

wyzwala pogodzić się muszę

 

Znowu cisza. Tym razem o wiele dłuższa. Nie tylko mak zasiano, ale wszelakie odgłosy schowano do pokoi dźwiękoszczelnych. Nagle głos zabiera pani:

 

– No, kto jest chętny. Co znaczą te słowa. O widzę, że paluszek podniosła Kunegunda. A swoją drogą, co to za imię? Masz je od urodzenia?

– Tak proszę pani.

– Mniejsza z tym. Co nam powiesz? Jak rozumiesz słowa na tablicy?

– Nienawiść udaje przyjaźń, miłość to wnerwia i sobie idzie precz, mózg i umysł po jednych pieniądzach, są w odbiciu obrażone i miłość też by zraniły, ale była przezorna i sobie uciekła, zostawiła ich samych, niech sobie robią co chcą matoły jedne, brzydkie obleśne pokraki, niech ich światłość zwabia, a najlepiej niech polecą do otchłani, skoro wojują z miłością i niech się lepiej z tym pogodzą, to jeszcze mają szansę, głupole jedne...

 

– Kunegundo, wystarczy. Doprawdy ciekawa twoja interpretacja, aczkolwiek...

– Ktoś za panią stoi, proszę pani.

– Z tyłu? O! Rzeczywiście. Wieszcz DoDup. A Pan tu skąd? Tak znienacka? Oj nie ładnie, tak straszyć ładną kobietę i dzieci. Pana zachowanie powinno być nienaganne, jak na wieszcza przystało, a nie tak nagle… no nie… przepraszam, co ja wygaduję… serdecznie witamy.

– Ale ja tu cały czas siedzę.

– Jak to cały czas? A gdzie zapytam?

– W szafie.

– Wieszcz w szafie. Pierwsze słyszę. Mole nie atakowały?

 

– No cóż. Miewam dziwne pomysły. Nie chciałem przeszkadzać. A swoją drogą kochane dzieci jesteście urocze. Te wasze interpretacje…

– Nie wszystkie zdążyły kochany Wieszczu, ino: Jasiu, Zuzia i Kunegunda.

– Nie szkodzi. Mam wyrobiony pogląd.

– Proszę pana! Czy Wieszcz, to to samo co Wesz?

– Dziękuję z trafne pytanie dziecko drogie. Czasami rzeczywiście, jestem nawet gorszy od: wszy. Szczególnie jeżeli chodzi o moją twórczość... ale nie tylko.

– Ależ co pan mówi. Tak nie przystoi znanej osobistości. Bez przesady z tą samokrytyką. Masz pan innych od tego. A fe!!!

 

Dzieci patrzą ciekawie. Po raz pierwszy w życiu widzą Wieszcza Narodu na żywo. Mogą go sobie pooglądać ze wszystkich stron. Nawet podotykać. Przedtem też innych widzieli, ale tylko na obrazku. Są z lekka zawiedzione. Szczególnie wyglądem. Taki jakiś łachmyta. Żółta koszulka, żółta czapeczka. Ciekawe co jeszcze ma żółte – myślą sobie dzieci, ale to już po cichu.

 

Możecie zadawać pytania.

 

– Czy pan jest obrażalski?

– Ja?

– To moja koleżanka z sąsiedniej klasy pana nauczy.

– Dzięki chłopcze za troskę, ale jestem zmuszony odmówić.

– Lubi pan muzykę? Bo ja tak, ale fajową.

– Ja też lubię fajową, taką i siaką.

– No to my coś panu zaśpiewamy. Chce pan?

– Dzieci drogie. Wiem jak śpiewacie. Pan Wieszcz nie ma zapasowych uszu, gdyby mu te, co ma, zwiędły.

– Ależ niech śpiewają. Chętnie posłucham. Tym bardziej, że mam dzisiaj urodziny.

– No to już na pana odpowiedzialność. Ostrzegałam gdyby co. Chwila, jak to urodziny, które?

– Jedyne.

– Aha. No to dzieci zaczynajcie. Skoro już musicie, to najlepiej zaśpiewajcie fragment: „Słodkiego torcika” skoro Pan Wieszcz, ma urodziny. Zatykam uszy.

 

trochę życia przeminęło już

lecz następne przyjdą dni

wszystkie troski stąd

niechaj idą w kąt

bo ty właśnie

święto swoje masz

 

chce ci się żyć

chce ci się wyć

twoje święto

razem z nami dziś

 

– Bardzo ładnie, dzieci kochane. Skąd ja to znam? Ale teraz siku muszę. Specjalnie dla was tak długo wytrzymałem. Ale jeszcze wrócę i z wami trochę pobędę.

– Obiecuje pan?

– Obiecuję.

– Bo po dzwonku nas nie będzie.

– Nie rozumiem – pani wtrąca swoje trzy grosze szkolne. – Wieszcz i siku? Takie coś zwykłego? Zuzia, pokaż panu.

– Nie musi pokazywać. Sam trafię.

 

Po chwili DoDup wraca. Bardziej uśmiechnięty taki. Ulżyło mu. Siada wygodnie na parapecie otwartego okna, by na dzieci ukochane spozierać, a jednocześnie zaczerpnąć z pięknej okolicy: weny twórczej… i wychyla za bardzo do tyłu swoją poezję, w kierunku prozy, co na dole.

 

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

@Dekaos DondiCałkowicie rozumiem, taka to już jest kolej rzeczy, pomysł jest, akcja się toczy i jak to w życiu bywa, co dalej będzie możemy się tylko domyślać, albo po prostu, tworzyć według własnego scenariusza. Pozdrawiam serdecznie.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...