Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

 

            Zdarzył się taki dzień w ich wygodnej i powolnie płynącej znajomości, że on zapadł na gorączkę. Któregoś wieczora termometr, skądinąd wygodny, bo elektroniczny wskazał, że jego temperatura ciała wynosi aż 39 stopni. Usiadł przed komputerem i rozpoczął internetowy proces diagnozy, z którego powychodziło mu z piętnaście potencjalnych i bardzo groźnych, a nawet nieuleczalnych chorób. A to rak, a to stwardnienie rozsiane, a to najróżniejsze choroby psychiczne. Nie ukrywam, że w tym zachowaniu – jak na mój gust - było coś z hipochondrii, no ale nie jest mi oceniać tę parę. Gdy gorączka mu przeszła, znów w wolniejszy dla nich dzień ona i on spotkali się i przedyskutowali tę skądinąd poważną sprawę. Doszli do wniosku, że powinni oboje się gruntownie przebadać, żeby sprawdzić, czy któremuś z nich coś przypadkiem nie dolega. Zdawali bowiem sobie sprawę, że w tu i teraz niezmiernie dużo ostatnio mówi się o zdrowiu i jego najróżniejszych odmianach, a kolejne znane postacie z kraju i zagranicy przyznają się do szeregu najróżniejszych chorób i dolegliwości. I on i ona w najbliższej przychodni medycznej, do której notabene mieli również całkiem blisko, zlecili medycznym cały zestaw gruntownych badań lekarskich. Przychodnia była prywatna dlatego nie musieli stać w nieskończenie długich kolejkach, a koszt badań ich nie przerósł, bo mieli całkiem sporo tak zwanych środków na życie. Po dwóch albo trzech tygodniach im wyszło, że tak naprawdę obojgu kompletnie nic nie dolega, a wyniki badań są wręcz wzorowe i oboje są kolokwialnie mówiąc zdrowi jak ryba. I znów sprzyjało im szczęście i ich związek mógł jeszcze lepiej się zarysować, bo przecież okazało się, że oboje są całkiem zdrowi i nie było przed nimi żadnych przykrych i niewygodnych w tym zakresie widoków na niepewną przyszłość. Objaw gorączki nigdy później się u niego już nie powtórzył, może czasem co najwyżej któremuś z tych dwojga przytrafiło się jakieś lekkie przeziębienie lub nieznaczny i niezbyt długi ból głowy. Są tutaj całe rzesze ludzi, którzy nie mają takiego komfortu zdrowia, ale oni nawet nie bardzo sobie z tego faktu zdawali sprawę, bowiem w życiu prywatnym i zawodowym zajmowali się czymś zupełnie innym, a temat usług medycznych lub farmaceutycznych niezbyt ich interesował. Poza tym funkcjonowali we właściwie zdrowych rodzinach i żadne z nich nie musiało się kimkolwiek przesadnie opiekować. Oboje też nie mieli w zwyczaju jakoś nadzwyczajnie zważać, czy dbać o zdrowie. Całe zestawy co i rusz reklamowanych w telewizji podejrzanego pochodzenia farmaceutyków oględnie mówiąc nie leżały w ich kręgu zainteresowań. Od tamtego czasu narrator zwykł niekiedy mawiać, że tej wspaniałej parze sprzyja nawet bogini medycyny Hygeia, bo że sprzyjał im bóg medycyny estetycznej Apollo niejednokrotnie wspomniałem już wcześniej, ale mam nadzieję, że w którymś z kolejnych akapitów lepiej i precyzyjniej rozwinę tę myśl, zresztą jak wspomniałem z dziennikarskiego obowiązku, a i ja bywam tutaj czasami obowiązkowy.

           Gdy wiosna dobiegła końca i nastało lato nie mieli żadnych problemów aby móc wspólnie wybrać się na urlop wypoczynkowy. Po niezbyt długim zastanowieniu wybrali luksusowy kurort w którejś z nadmorskich polskich miejscowości. On miał świetny samochód marki amerykańskiej, bodajże Teslę, a co za tym idzie zupełnie wygodnie mogli pojechać nad morze, którąś z nowo wybudowanych trzypasmowych autostrad. Jazda zabrała im jakieś cztery godziny, podczas których zatrzymali się tylko raz na tankowanie. Klimatyzowany pojazd ułatwił im nieco komfort podróży. Pakowny bagażnik auta pomieścił ich wcale nie najmniejsze bagaże. Traf chciał, że tego dnia dopisywała im pogoda, bowiem było nie za ciepło, ani za zimno i tu i tam wiał chłodny i przyjemny wietrzyk. Ona z czystym sumieniem mogła ulokować swoje kształtne nogi na desce rozdzielczej samochodu, a nawet niekiedy trzasnąć zbyt mocno drzwiami od strony pasażera, co jemu krótko mówiąc nie przeszkadzało, a nawet z przyjemnością kątem oka zerkał na jej odkryte nogi wystające spod ładnej i zwiewnej sukienki z dużym dekoltem. Okazało się również, że apartament, który wybrali był przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Był świetnie wyposażony i umeblowany z wygodnym łożem małżeńskim nieziemsko pokaźnych rozmiarów. W apartamencie niczego nie brakowało, a ona mogła wykonać zestaw pięknych zdjęć tego miejsca i wrzucić na swoje stories w internecie, choć ona akurat nie szafowała w necie informacjami na temat prywatności, o czym jeszcze wspomnę poniżej. Ośrodek miał basen, saunę, serwował smaczne śniadania i obiady, a wieczorami do późnych godzin nocnych był otwarty bar, w którym oboje nie musieli pilnować się z używaniem alkoholu. W dodatku ośrodek był w świetnej lokalizacji i jak tylko zechcieli się gdzieś wybrać nad morze nie napotykali na swojej drodze żadnych logistycznych problemów. Oboje bardzo lubili przeróżne spacerki po okolicy. Mieli ten niebywały komfort, że w zasadzie nie byli jakoś specjalnie rozpoznawalni, co powodowało, że mogli zniknąć w tłumie, choć zdaje się musieli urodą, spokojem i radością niekiedy zwracać na siebie uwagę. Mogli tu i tam sobie potańczyć przy nastrojowej muzyce lub szumie niczym nieograniczonego morza. Oboje umieli pływać, dlatego kąpiele w morzu sprawiały im przyjemność, a w okolicy w tym czasie nie było żadnych przeciwwskazań do kąpieli. Podobali się sobie mokrymi. Po przejściu dwóch czy trzech kilometrów od ich miejsca noclegu plaża nie była wcale zaludniona. Słowem żyć nie umierać. I chyba od tamtego wyjazdu zaczęli się kochać, ale o tym już w następnym akapicie. Byli zdaje się parą już od dwóch miesięcy i niczego nie musieli sobie odmawiać, więc sobie nie odmawiali, czemu doprawdy trudno się dziwić.

 

Opublikowano

@Leszczym W hotelach nigdy nie są wygodne łóżka, ja się zawsze męczę, a to ceratowy materac, a to szorstka pościel, poliestrowe wypełnienia, koszmar na wakacjach. temat bogatej pary nie ujmuje mnie, wybacz, bez sensu to kończyć. Lubię książki, które mają przekaz.

Opublikowano

nazbierałam  2 siatki:) dołączyły suw 2 Ukrainki  z charkowa i była rozmowa:) tez sobie zrywały i gadaly:) jedna się zapytała czy podoba mi się, ze one tu przyjechały:) było lepiej, gdy było mniej ludzi w Warszawie 

Opublikowano

@Leszczym no niczego, teraz robię kompot, zmieszałem kolory:) tyle tego nazbierałam, ze jutro zrobię konfiturę też i część zjem :) poczułam, się jak na jakieś wsi, gdy zrywałam z tymi babeczkami. Jednej mąż walczy tam i płacze codziennie i opowiadały mi, ze Putin może na Warszawę coś zrzucić, a ja lepiej nie. Zapytałam się czy ich domy stoją, nic nie wiedzą co się tam dzieje z ich domami. 

Opublikowano

Wyszło takie esencjonalne, lepsze niż piwo, już drugie napełnienie piję i jutro zamiast kawy, a porzeczki zrobię z jaglanką na śniadanie:) jutro tez się wybieram na zbiory po pracy:) to ratuje życie:) 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
    • Ano Kai lana kanalia kona
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...