Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

 

           Wszystko dobrze się skończyło, a to co zaczęło na pewnym etapie znalazło pozytywny finał. Pokrótce postaram się tę historię opisać, ale jakiś sprawniejszy pisarz uczyniłby to znacznie lepiej ode mnie. Narrator niniejszego opowiadania wsiąkł bowiem w poezję, a tam jakoś krócej, metaforyczniej, z innymi szczegółami i przy innych akcentach. Interesujące narratora piosenki również mają zdecydowanie krótszy tekst, podobnie jak całe cykle internetowych wpisów i komentarzy, z którymi narrator zapoznaje się od czasu do czasu. No ale postara się uczynić tyle co może i opowiedzieć tę historię najlepiej jak potrafi. Zaczynamy.

 

            Tego dnia on, ładnie przed trzydziestką, miał luźny dzień. Nie kontaktował się z rodziną, ani z przyjaciółmi, miał wolne w pracy, a sprawy były poukładane. Dzień układał się po jego myśli. Wstał w pewnym rozgardiaszu, ale ogarnął rzeczywistość. Rzeczywistość go wcale nie przerosła. Czuł się swobodnie i w luzie, bo dzień nie nastręczał mu problemów. Nie oglądał telewizji tego dnia i nie zapoznał się z niepokojącymi doniesieniami z kraju i zagranicy, które zresztą od jakiegoś czasu starał się wypierać najmocniej jak potrafi. Wiedział tylko, że na dwudziestą ma wyznaczoną interesującą domówkę w gronie najbliższych przyjaciół. Miał sporo czasu żeby się do niej się przygotować. Mógł poświęcić niezbędny czas na toaletę, dopracowanie ubioru, kupienie jakiś smakołyków, czy wina na zaplanowaną z dużym wyprzedzeniem imprezę. Nie było zaskoczenia. Gdzieś o dwudziestej z minutami się na nią wybrał, zresztą chyba taksówką i chyba Uberem, na którą było go stać, bo sprawy finansowe miał całkiem dobrze ogarnięte. I pojechał z uśmiechem na twarzy i nie ma w tym nic dziwnego ani nadzwyczajnego. Zresztą każdy na jego miejscu tak właśnie by uczynił i w tym stwierdzeniu nie ma za grosz przesady.

 

         Ona podobnie, wiek gdzieś przed trzydziestką, zadbana, pewna siebie i uspokojona poukładanym życiem prywatnym. Nie miała tego dnia obowiązków pracowniczych ani domowych. Z pełną swobodą poczynań mogła sporo czasu poświęcić sobie. Mogła zadbać o należyty makijaż, czy o dobranie odpowiedniej garderoby. Z gracją godną influencerki nie miała problemów w zmieszczeniu się te, czy inne ubrania, które notabene posiadała od dłuższego czasu i to całą kolekcję niemalże na każdą okazję. I ona umówiła się z przyjaciółmi, a domówka wyglądała na interesującą. Wypoczęta, pachnąca, w pełni atrakcyjna i nawet pewna siebie i własnych przekonań udała się na spotkanie. I nawet jeśli pojechała na nie autobusem nie miało to żadnych przykrych konsekwencji. Miała prawo spodziewać się, że impreza będzie udana, choćby z tego tytułu, że miało na niej być obecne kilka jej najlepszych koleżanek. Wieczór zapowiadał się udanie i z pewną nadzieją, spodziewając się tego co najlepsze, wybrała się na spotkanie. Nikt nawet nie próbował jej swatać, a co za tym idzie czuła się w pełni komfortowo. I tak pojechała i nie było w tym nic złego, ani tym bardziej zdrożnego. Ot, życie damsko – męskie atrakcyjnych osób w wieku przed trzydziestką, gdzie zegar jeszcze nie tyka, albo czyni to znacznie wolniej.

 

           I usiedli razem obok siebie na wygodnej kanapie w salonie. Kanapa była duża, miękka, głęboka i w ładnych kolorach. Gdzieś pośród rozmów zatrzymali się na chwilę. I on i ona ze smacznym drinkiem w dłoni. I chyba poczuli tę swobodę i wygodę. I było tak jakby ta chwila się do nich uśmiechnęła. Dość powiedzieć, że okoliczności były tym obojga całkowicie sprzyjające. I chyba musieli się sobie spodobać, albo przynajmniej się sobą zainteresować. Chyba oboje poczuli gdzieś głębiej coś na kształt impulsu zainteresowania i zaciekawienia. Ona ładna influencerka, on zaradny gość, według zdań co poniektórych całkiem przystojny. Było coś swobodnego i ulotnego w tej chwili. I było w tym coś z wygody, która przecież – jak chcą niektórzy – wychodzi z mody. Konsekwencją tej sytuacji był fakt, że zaczęli ze sobą rozmawiać w sposób niezbyt zobowiązujący. I mieli możliwości zainteresować się sobą. Rozmowa była bowiem żartem, a nie opisem jakiś przykrych doświadczeń, czy prezentacją politycznych lub ideologicznych lub religijnych przekonań. W zasadzie oboje nie zdawali sobie większej sprawy co jest grane w tu i teraz i nie mieli głów obciążonych bagażem traumatycznych przeżyć. Ot, spotkali się przypadkiem i zaczęli ze sobą rozmawiać z jak to mówią błyskiem w oku. Życie obojgu jeszcze smakowało i oboje mieli gdzieś w tyle głowy frazę chwilo trwaj. Ona ładna, on przystojny. Ona uczesana, on ubrany. Ona uśmiechnięta, on pewny siebie. I ta kanapa, która złączyła ich dłonie, połówki ciał, toasty i poczęstunki. On siedział po lewej stronie kanapy, a ona po prawej. Gdybyś chciał zapewne znalazłbyś w nich jakieś wątpliwości, troski, obawy, lęki, nieporadności, ale te gdzieś niknęły przed przekonującym obrazem tamtej chwili. Słowem i w nim i w niej były gdzieś głębiej i akurat tamtego wieczoru nie miały najmniejszej ochoty wychodzić na światło dzienne, a nastrojowe okoliczności nie wymagały od nich żadnych poświęceń. Ot, było im obojgu wygodnie i dobrze czuli się we własnym towarzystwie. Niby nic, a jednak bardzo wiele. Ot sytuacja, że sprawy mogły się zacząć i pójść spokojnym i ładnym torem. I poszły, bo dlaczego niby miałyby nie pójść? Przyjaciele i znajomi mówili im, że nie ma przeciwwskazań. Nikt nie doszukał się niewierności, nieszczerości, złych intencji, ani tym podobnych przeszkód. Ot, tak zwyczajnie dosyć spodobali się sobie, inaczej przypadli sobie do gustu i mieli tę sposobność żeby później pójść gdzieś razem. I poszli. I znów wygrało dobre samopoczucie. I znów wygrał uśmiech. I znów wygrała życzliwość. I znów wygrało szczęście. I znów wygrała niemodna i niepoważana lub wypierana w niektórych środowiskach wygoda. I było w tym coś z obustronnego nie zdawania sobie sprawy, ale przecież niby dlaczego miałoby nas tak to aż razić? Czasem bywa tutaj dobrze nie wiedzieć, a oni nie wiedzieli i było w tym coś pięknego, naiwnego, subtelnego, niezobowiązującego, ulotnego, sympatycznego i ujmującego. Sytuacja ich ujęła, a co za tym idzie mogli być dla siebie ujmujący. Mogli się sobą zachęcić. Nie mieli żadnych powodów aby żałować sobie pozytywnych uczuć, więc nie żałowali. I tak po prostu, tak zwyczajnie byli dla siebie tego ładnego wieczoru intrygujący i interesujący. Cóż tak też się zdarza. Zdarzyło się i od tamtego wieczoru planowali już razem. Przypadek, los, przeznaczenie? Narrator tego nie wie i jeszcze przez dłuższy czas tego się nie dowie choćby dwoił się i troił pośród ksiąg wszelakich, czego notabene narratorowi wcale nie chce się czynić, choćby dlatego że i on bywa w życiu wygodny.

 

           Na imprezie wymienili się numerami telefonów, które rzecz jasna zabrali ze sobą. Wysłali sobie późną nocą po esemesie na dobranoc i w spokoju, dobrym nastroju i komforcie poszli spać do łóżka, a każde do swojego. Gdzieś około tydzień później w sposób ładny, bo przyjemną rozmową telefoniczną, która zabrała im jakieś dziesięć minut, umówili się na coś na kształt randki. Traf chciał, że mieszkali niedaleko siebie, co sprawiło że oboje mieli blisko do miejsca umówionego spotkania. W zasadzie oboje mogli pójść na nie spacerkiem, co zresztą uczynili, bo niby dlaczego nie mieli tak uczynić? I znów jakbyś gdzieś głębiej w nich oboje zajrzał sytuacja nie była pozbawiona wszelakich obaw, ale po cóż mielibyśmy tak naprawdę to czynić? Znów oboje mieli wolny dzień od pracy, mało obowiązków domowych, niewiele zobowiązań, a co za tym idzie z większą niż zazwyczaj przyjemnością mogli wybrać się na umówione spotkanie. Ona znów mogła się dobrze i starannie ubrać, a on miał tak zwany portfel i wcale nie musiał proponować dzielenia rachunku za kawę na dwoje. Zaraz się też okazało, że w gruncie rzeczy myślą podobnymi kategoriami, że dobrze im się ze sobą rozmawia, że potrafią się sobą interesować, a ci wszyscy jego i jej byłe i byli nie pozostawili w ich życiu spustoszeń, które jakoś tak we dwoje trzeba by było przegadać, przeboleć lub przemóc. Traf chciał, że oboje nie musieli przetrawić jakichś ważnych kwestii wymagających szeregu konsultacji i uzgodnień. Nie trapiły ich również – ach młodość i jej niepodważalne prawa – żadne jakoś nadzwyczajnie bolesne wyrzuty sumienia. Kawa była smaczna, choć nie najtańsza, a ciastka niczego sobie, choć również do najtańszych nie należały. On jako że jak wspomniałem miał portfel ze sobą mógł z wygodą zapłacić rachunek i mógł okazać ciut klasy wręczając napiwek kelnerce w wysokości jak to mówią w sam raz. Znów ona dla niego i on dla niej byli jak mawiają atrakcyjni. A, bo bym zapomniał, a przecież to bardzo ważna informacja, randkę przesiedzieli na dwóch różowych leżakach, wsłuchując się od czasu do czasu w ładną i nie najgłośniejszą muzykę, zresztą zaśpiewaną i skomponowaną przez kogoś, kogo niestety nie udało mi się rozpoznać, a nie mam jeszcze aplikacji w telefonie ku temu, zresztą jak całego szeregu innych - ponoć niezbędnych  - aplikacji w komputerze komórkowym.

 

c.d.n.

Edytowane przez Leszczym (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

LGBT=+QWRGH? Ale OK. Przecież może tak być...

 

I jeszcze; "OT" za dużo masz. Bym poprawił. 

 

Sorki, że się czepiam bo tekst jest spoko. Przebija się determinizm ale taki pozytywny.

Pozdrawiam

Opublikowano

@violetta Cóż w tym akurat momencie nie bardzo jestem w stanie lepiej napisać ten w pewien sposób częściowo prowokacyjny tekst :) No ale przecież będę jeszcze kilka jego części pisał to i może coś dodam, uzupełnię, przeprawię itd. :) 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • Krótki, ostrzegawczy szmer poprzedził huk, który rozszedł się w ciemności podziemia, głośny do tego stopnia, że z nadmiarem wypełnił pustą do tej pory przestrzeń zmysłów. Ryk żołądka fabryki jeszcze chwilę kaskadował, a Karol zdał sobie sprawę z tego co właśnie usłyszał - jedna z wielkich gór węgla musiała runąć na ziemię.

      Odurzony dziecięcą fascynacją, chłopiec z powrotem włączył latarkę, otrzepał spodnie, i ruszył w drogę powrotną. Wszystkie pomieszczenia zdawały się jałowe, ich osnowa tajemniczości leżała poszarpana w strzępach tłustych pajęczyn, lecz kiedy wreszcie Karol skierował wzrok latarki na drzwi pierwszego pokoju, ciemność nie ustąpiła ani kroku. Pierwszy raz dzisiaj jedenastolatka ogarnął prawdziwy strach, nie ten napędzający wolę walki, czy wzniecający pożądanie zakazanego, ale najprostszy, dziecięcy strach, ten sam, który każe chłopcowi bać się wilkołaków lub kosmitów. Przez chwilę, Karol stał wpatrując się w ścianę czerni, nie wiedząc nawet co ze sobą zrobić, aż instynktownie rzucił się ku zaspie wyrzucając z niej pojedynczo kolejne grudki węgla. Każdy wyrzucany kamyczek zdawał się być od razu zastępowany następnym i następnym, a niektóre zwalały do środka jeszcze więcej gruzu, aż rozsypywał się on pod butami chłopca. W panice Karol odrzucił latarkę, nadal żarzącą się w rogu pokoju, aby obiema rękoma wyryć sobie drogę przez zaspę. Kolejnymi, długimi zamachami wyrzucał sprzed siebie garści kamienia, jakby płynął w ciemności, jak niedoświadczony pływak - nieważne ile energii nie wkładający w swe ruchy, zastygły w miejscu. Chłopiec poczuł na sobie ciepły dotyk, a kiedy spojrzał w dół, zobaczył, że wokół jego paznokci zbiera się krew. Karol cierpiał na tę przypadłość, przez którą mdlał na widok własnej krwi. Jej mezalians z węglowym pyłem odbierał mu powoli wzrok. Musiał zrobić sobie przerwę, lecz praktycznie całą posadzkę pokoju pokrywały rozrzucone grudki węgla, przeszedł więc on do następnego pokoju, gdzie padł dopiero na ziemię, wychładzając się z pierwszego przypływu adrenaliny. Próbując racjonalnie myśleć, zdjął z siebie zimową kurtkę, pod którą zdążył się już porządnie spocić, wytarł w jej futro brudne dłonie i ustabilizował oddech. Przez jego gardło przeszedł najbardziej donośny krzyk na który mógł się zdobyć. Wzywał pomocy w regularnych odstępach, a jego ślina gęstniała z każdym kolejnym przełknięciem.

      Rozpłakał się. Spływające, gorące i ciężkie łzy, wytyczyły ślady w czarnym pyle pokrywającym jego policzki. Nie miał czasu się wstydzić, szlochał prawdziwie rozdzierająco, to znów przechodził w przerywany oddech, mamrotał pod nosem, lub trwał w całkowitej ciszy, gdzie tylko lekkie spazmy oznaczały rozpacz. Rozbolała go głowa, a ciemność przed nim zaczęły wypełniać finezyjne kształty i kolory, przypominające wygaszacz ekranu z domowego komputera - fioletowe i niebieskie wstążki zwijały się wokół Karola, kurczyły i pulsowały, uciekały na chwilę, i wracały z drugiego krańca wizji. Rozłożył się na posadzce, i mógłby przysiąc, że gdzieś w tle rozlega się kolejny szkolny dzwonek. Zatkał uszy palcami, a hałas trwał w najlepsze. Jak alarm przeciwpożarowy, nieprzerwany brzęk wdrążał się w jego mózg, tupot uczniowskich kroków na schodach wybijał marszowny, wojskowy krok, jakiegoś pośpiesznego i niecierpliwego wojska, głodnego krwi i śmierci. Tupot. Tupot. Trupot. Nieprzerwane bębny kołatającego serca. Karol zerwał się na równe nogi, a jego głowa pozostała na ziemi. Formy przed oczami przypominały lany w andrzejki wosk. Świetliste kontury składały się w rude gwiazdozbiory. Rude. Nitki rudych włosów trzepotały na wietrze ciała szklistego. Karol nachylił się, żeby je pocałować, a one odfrunęły pod sam sufit, nęcąc go po kolei swoją bliskością, tylko po to, aby uciec w ostatnim momencie. Zlizana z warg sól zdawała się teraz smakować owocową pomadką do ust. Truskawki. Kiedy jego mama usługiwała sąsiadom, aby zarobić na związanie początku miesiąca z końcem, zabierała go ze sobą do ogródka, on plewił chwasty, a ona zbierała z krzewów owoce - dojrzałe i ponętnie czerwone w skwarnym, letnim słońcu. Jego dłonie w roboczych rękawiczkach nie mogły się równać jej, czerwonym i gładkim, jak wyrobiony w korycie rzeki kamień.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...