Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Tbs→tekst bez: się

 

      

    

  P̅r̅o̅l̅o̅g̅

 

Tego nie przewidzieli. Wylądowali na nieprzyjaznej planecie. To prawda, że nie mają dużych rozmiarów i mógł to być zwykły przypadek. Po prostu Istota tego świata, nie zauważyła obiektu o tak niewielkim rozmiarze. Lecz równie dobrze mógł nie być. Zrobiła to specjalnie, przygniatając jednego z nich, butem. Co prawda nic mu nie zagroziło. Przeżył. Przecież są odporni na tego typu drobne przyduszenia. Tym bardziej, że w ich świecie o różnych rozmiarach, też dochodzi do incydentów. Tak czy siak, nie ma groźby utraty życia. Istotny jednak sam fakt, takiego, a nie innego potraktowania.

 

Przebaczyli, lecz rozwieszą nad wioską rodzaj niewidzialnej nadsłonki. Mogą kształtować umysłami: jej powierzchnię, kształt i coś jeszcze. Będzie wisiała nisko, prawie przy ziemi. W końcu nabierze odpowiednich właściwości. Być może nie dla wszystkich, gdyż mieszkańcy są bardzo różni. Gdy zacznie działać jak trzeba, będą już daleko stąd. Opuszczą wrogi świat. Może kiedyś powrócą lub nie.

 

~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅~̅

 

Zatrzymuję samochód. Wysiadam. Czytam napis: ''Wstęp do miasteczka, tylko na własną odpowiedzialność''. Nie ma żadnego innego wyjaśnienia. To trochę zastanawia, a jednocześnie zaciekawia. Powiedziano tylko, że mam ''obadać sprawę’’ ale to może być związane z ''niebezpieczną możliwością,'' że nie wrócę stamtąd żywym, więc do niczego nie chcą zmuszać.

 

Rzecz jasna zdecydowałem, że pojadę i rozeznam sprawę. Mam ryzyko wpisane w krew. Po prostu lubię takie dziwne sytuacje. Do tabliczki informacyjnej, przywiązana jest żółta taśma. Prawie niewidoczna, znika pośród drzew. Las po obu stronach drogi, nie jest gęsty, wręcz prześwitujący. Błądzę wzrokiem między drzewami i coś mnie zastanawia, tylko nie potrafię dokładnie określić: co. Chodzi o część, będącego po stronie miasteczka. Leśne podłoże wygląda gdzieniegdzie, inaczej.

  

Wtem w odległości kilkunastu metrów, po lewej stronie, dostrzegam coś błyszczącego. Nie mam pojęcia, co to może być. Z daleka ma wygląd białej bezy. Intryguje tajemnicą. Podchodzę bliżej. To biały kwiat zrobiony z bibułki. Jest doczepiony do pleców trupa. Leży twarzą do ziemi, kawałek od żółtej taśmy, poza granicą miasteczka. Ubranie pobrudzone ziemią i trawą, ale nie wygląda źle. Nachodzi mnie myśl, od jak dawna leży i skąd we mnie pewność, że nie żyje. Wiem, że powinienem ten fakt zgłosić na policję, ale ciekawość nabiera tempa, a jeżeli chodzi o zwłoki, możliwość przyjęcia pomocy i tak minęła bezpowrotnie.

  

Nawet nie zauważam, że już prawie ciemno. A przecież przysiągł bym, że jestem tutaj dopiero parę chwili. Postanawiam samochód zostawić i pójść dalej pieszo. Wąska droga wiedzie między drzewami. Tworzą swego rodzaju tunel, na którego końcu dostrzec można, ledwo widoczne światła miasteczka.

  

Hotel jest nieduży, jednopiętrowy. Wnętrze urządzone trochę w starym stylu, lecz czyste i schludne. Jedynie na podłodze zauważam coś w rodzaju rozmazanych śladów. Podchodzę do pustej recepcji. Naciskam przycisk dzwonka. Po dłuższej chwili, słyszę przytłumione kroki. Przychodzi starszy człowiek. Pewnie w papciach, skoro tak cicho. Ma twarz dziwną na tyle, że nie potrafię określić, co jest z nią nie tak. Mam wrażenie, że dźwiga na niej jakiś przytłaczający ciężar.

 

– Dzień dobry. Chciałbym wynająć pokój... powiedzmy na tydzień. Są wolne miejsca?

– Owszem, ale tylko na piętrze. Parter jest cały zajęty. Mniemam, że pan przyjezdny.

– Tak. Chciałbym tu pobyć kilka dni.

– Po co?

– Podobno… dziwnie w miasteczku. Nie chcieli powiedzieć, o co chodzi.

– Dziwnie? Hmm… a kto tak mówił?

– No ci, co mnie tutaj wysłali. Jestem dziennikarzem.

– Dziennikarzem? No cóż, jak pan sobie chce.

– Przepraszam… co to za hałasy?

– Hałasy?

– Jakby coś... szurało na podłodze.

– To z pokojów. Tylko tak mogą.

– Co mogą? Kto?

– Sam pan rano zobaczy. Proszę tutaj podpisać… oto pański klucz. W nocy przeważnie śpią. Przyzwyczajone trochę, ale różnie bywa.

 

Żeby wejść na pierwsze piętro, muszę iść przez długi korytarz na parterze. Z wielu pokoi dobiega dziwne szuranie i stłumione pojękiwania. W ciszy łuszczących ścian, brzmi to nie bardzo zachęcająco. O dziwo z zaśnięciem nie mam problemu. Może dlatego, że jestem bardzo ciekaw, czym powita poranek.

  

*

– Może nie powinniśmy go tam wysyłać.

– Teraz też tak pomyślałem. Tym bardziej, że i tak nic nie zdziała.

– Tak jak my zresztą. I tak mają szczęście, że ich tam nie zostawili.

– No wiesz... powiązania rodzinne, też swoje robią.

– To prawda... ale nie jeden, by nie chciał na to patrzeć, już nie wspomnę o pomaganiu.

   

*

Budzi mnie przytłumiany gwar uliczny. Mam wrażenie, że odgłosy za oknem są nie takie jak trzeba. Znowu te cholerne szuranie. Wiem, że najprościej, to wyjrzeć przez otwarte okno i od razu będzie wszystko jasne. Coś mnie od tego powstrzymuje. Jakbym nie chciał zobaczyć czegoś, czego nie zrozumiem. Nagle słyszę przeraźliwy wrzask. Nie trwa długo i szybko cichnie.

   

*

– Ale powiedz sam... jakie oni mają wyjście z tej sytuacji. Praktyczne żadne.

– On jest bystrym facetem. Może coś wymyśli.

– Dobrze wiesz, ilu lekarzy i różnych naukowców próbowało. I co? I nic.

– Szkoda słów. Jedynym wyjściem jest...

– Właśnie. Kto im to zrobił? Oto pytanie.

– Lub: co. I dlaczego nie wszystkich dotyczy?

    

*

Słoneczna pogoda, stanowi przeciwieństwo dołujących myśli. Podchodzę do okna. Mam pod sobą ulicę. Trochę dalej dostrzegam niewielki rynek. Aż mi ciarki przechodzą po plecach. Jest pełen ludzi, tylko że w pozycji poziomej, prawie zupełnie przy ziemi. Nawet głowę rzadko podnoszą. Sprawiają wrażenie, że pełzną ... tylko po to, żeby być w ruchu. Jeszcze bardziej przytłacza fakt, że dotyczy to także dzieci. Właśnie mężczyzna i mały chłopczyk, przesuwają po chodniku, swoje ciała. Obok idzie kobieta. Rodzina na spacerze - myślę sobie. Ale dlaczego mąż i dziecko muszą czołgać swoje ciała. Słyszę pisk hamulców. Przed jednym z samochodów, pełznie przechodzień. Płasko przy jezdni.

  

~̅~̅

Jestem na ulicy. Teraz wiem, dlaczego słyszałem i słyszę: szuranie. Widzę człowieka siedzącego na ławce. Popija coś z butelki. Może mimo wszystko, coś wyjaśni.

  

– Dzień dobry. Proszę mi powiedzieć, co tu jest grane?

– Znaczy, czyi koncert? Przyjezdny jesteś?

– Tak.

– Dużo było przyjezdnych. Mądrych ludzi. I co? I gówno! Nic nie poradzili. Dupy w troki i odjechali. Pies im mordę lizał... słyszysz ten szelest za mną w krzakach?

– No słyszę.

– To moja żona i dziecko szeleszczą. Ale już niedługo. Ja też mam nóż. Za chwilę ona poderżnie gardło dziecku, a później sobie. Wtedy ja zrobię to samo. Im nie mogłem poderżnąć. Nie mam tyle odwagi. Przestaną cierpieć, a ja przestanę cierpieć, patrząc jak one cierpią. Rozumiesz? Gówno rozumiesz!

   

Z krzaków nie dobiega żaden dźwięk. Biegnę tam. Leżą twarzą do ziemi, w kałuży krwi. Matka trzyma w ręce zakrwawiony nóż. Wracam w stronę ławki. Właśnie facet podcina sobie gardło. Biegnę w kierunku hotelu, jakby w transie nie z tego świata, zważając by kogoś nogami nie potrącić. Muszę koniecznie zadać dodatkowe pytania. Dostrzegam dwójkę dzieci. Jedno idzie, drugi pełznie przy ziemi. Przystają na chwilę. Stojące chce podnieść to leżące. Znowu słyszę ten dziwny wrzask. Kładzie go na ziemię. Przestaje krzyczeć.

  

~̅~̅

Przed wejściem leży człowiek. Unosi głowę nad chodnik. Tylko na chwilę. Nigdy nie zapomnę, tego spojrzenia, pełnego bólu.

W hotelu wszystko po staremu. Może poza tym, że nie słyszę tych dziwnych dźwięków. Przywołuję recepcjonistę.

  

– O co w tym wszystkim, do cholery chodzi? Przed chwilą byłem świadkiem samobójstwa. Wyobraża pan sobie?

– Nie muszę... niestety. Czasami nie wytrzymują.

– Chodzi o tych, co..?

– Tak.

– Czego nie wytrzymują?

– Czołgania.

– Jak to?

– To zaistniało w jeden dzień. Zupełnie niespodziamnie. Nie wiadomo dlaczego i... skąd. Nic nie można na to poradzić. Już wielu próbowało.

– Ale o co chodzi?

– Wielu zupełnie nagle, poczuło dotkliwy ból. Szczególnie w głowie, ale nie tylko. Po jakimś czasie zauważyli, że im głowa bliżej ziemi, to mniej boli. A jak są w ruchu, to prawie wcale.

– A nie mogą po prostu leżeć?

– Wtedy bardziej boli, ale i tak muszą jakoś wytrzymać. W przeciwnym wypadku, nie mogliby zasnąć.

– Czyli jedynym sposobem, żeby nie odczuwać bólu, to być jak najbliżej ziemi. Najlepiej całym ciałem?

– Tak. I dodatkowo, być w ruchu. I to jeszcze z twarzą skierowaną w dół. Nie znamy dokładnie wszystkich zasad. Dobrze, że „nie dotknięci” są wyrozumiali. Sąsiedzi z piętrowych budynków, których dotyczy ta zaraza, mieszkają u tych, na parterze, lub tutaj w hotelu. Byle jak najniżej. Pomagamy sobie jak możemy. Nie wiem, co będzie dalej. Dużo by trzeba opowiadać. Nawet nie mogą plecami w dół. Na domiar złego, tego typu... rozbieżności dotyczą wszystkich. Także rodzin. Jedni pełzną, drudzy nie, bez żadnych widocznych reguł.

 

– Czyli jedynym sposobem, żeby nie cierpieć jest...

– Tak... lub dotarcie poza granice miasteczka. Tam też umierają.

– I nie ma żadnej... iskierki nadziei?

– Iskierki nadziei, powiadasz pan. No niby jest. Jak byli tutaj ci wszyscy... uczeni, to wyszło na to, że wszelkie choroby opuściły tych, co pełzną. No wie pan... nowotwory i różne inne. Są zupełnie wyleczeni. Najzdrowsi z nas.

– Czyli można by rzec, że to takie... miasteczko cudu.

– Taa. Tylko dlaczego ten ''cud'' im ból zostawił?

– Może to skutek uboczny?

– Skutek uboczny? Tylko czego dotyczy? Bólu czy... cudu?

  

~̅~̅

Stoję na obrzeżach miasteczka. Nie chcę tego wszystkiego oglądać. Czym sobie na to zasłużyli. A może niczym. Tak chciało przeznaczenie. Do dupy z takim przeznaczeniem. Patrzę w niebo i zaczynam złorzeczyć, na cały głos:

   

– Wytłumaczcie mi istoty z nieba, dlaczego to ich spotkało. Czy was zupełnie pogięło. Jak tak można. Miłości w sobie nie macie. Żeby takie coś na niewinnych ludzi zsyłać. Odbiło wam zupełnie. Dlaczego nie można im w żaden sposób pomoc. A w ogóle, co to za niesprawiedliwość. Jednych ta zaraza dotknęła a innych nie. Oczywiście, są wyleczeni. I co z tego! Za jaką cenę. Wolałbym umrzeć, by ich wyzwolić od tego bólu. Żeby ten cały... cover cudu, można było nazwać: prawdziwym cudem. Zatrzymajcie to. Bardzo was proszę. Zdejmijcie z nich tę nadsłonkę.

   

Zupełnie niespodziewanie, czuję potworny ból w głowie. Klękam na ziemię. Trochę lepiej. Kładę ciało zupełnie płasko. Można jakoś wytrzymać. Zaczynam je czołgać. Ból mija prawie zupełnie. Wiem, co zrobię, bo pamiętam co powiedziałem. Zresztą jakie mam wyjście. Lekko unoszę głowę. Widzę w oddali ścieżkę w lesie, którą przyszedłem do miasteczka. Pełznę w jej kierunku. Jedynym widokiem jest piasek i trawa. Dostrzegam żółte wstęgi. Jeszcze trochę czołgania i wyjdę poza granice miasteczka.

  

`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`̅`

 

Co znowu jest grane? Nawet nie mogę leżeć na plecach. Jedynie trochę spoglądać na boki. O co w tym wszystkim chodzi. I dlaczego prawie ciemno. Jak długo tu leżę? Bardzo mi zimno. Mam wrażenie, że za chwilę będzie koniec. Tylko czego?

Słyszę za sobą szelest. Ciche kroki. Nie mogę spojrzeć do tyłu. Za bardzo by bolało. Czuję, że ktoś za mną stoi. Słyszę dziewczęcy głos:

  

– Widziałam jak nakrzyczałeś na niebo. Dobrze mu tak.

– Na jakie niebo?

– Nie unoś głowy, bo będzie boleć... no tam... na skraju miasteczka.

– Jakiego znowu miasteczka? Co ty opowiadasz. No właśnie... może wiesz, dlaczego tu leżę a próba wstania, jest taka bolesna.

– Nic nie pamiętasz?

– A jest coś do pamiętania?

– Pewnie, że jest. Byłeś u nas.

– Co ty za bzdury opowiadasz. Nigdzie nie byłem i nie wiem, skąd tu mnie. Leżę jak kłoda w lesie.

– A wiesz, że niektórych przestało boleć. Mogą chodzić na stojąco. Czasami muszą trochę pełzać, ale wierzymy, że to minie zupełnie.

– Mogą chodzić na stojąco? To ci dopiero nowina. Co w tym dziwnego? Jakich: ich?

– No tych co wyzwoliłeś.

– Wyzwoliłem? Dziewczynko... pogięło ciebie zupełnie? O czym ty gadasz/?

 

– Za chwilę umrzesz. Wiesz o tym. To cena. Sam wyznaczyłeś.

– Umrę? Wyznaczyłem? Wezwij pomoc, bo jeszcze pomyślę, że to jakaś dekoracja w czubatym domku. Proszę!

– Nie mogę. Przecież chcesz wypełnić przyrzeczenie. Zresztą żadna pomoc ci nie pomoże.

– Jakie znowu przyrzeczenie? Może i lepiej, że umrę. Na co mi życie, skoro na rozum padło. Czy ty jesteś naprawdę?

– Czołgaj swoje życie. Nie będziesz odczuwał bólu.

  

Zaczynam pełzać w kółko. Rzeczywiście pomaga, ale niewiele. Znowu leżę nieruchomo, twarzą do ziemi.

  

– Za to co dla nas uczyniłeś, przyniosłam ci prezent.

– Nic nie uczyniłem. Do dupy z tym wszystkim. No dobra... i tak dziękuję.

– Miło mi. Masz zieloną kurtkę. Będzie pasował. Za chwilę przypnę na twoich plecach.

– Co przypniesz?

– Biały kwiatek.

– Chwila... biały kwiatek? To jedno pamiętam... ale nie wiem, gdzie go widziałem. Ładny chociaż?

– Bardzo ładny. Sama zrobiłam i bardzo chciałam, żeby był piękny. Do twarzy ci z nim. Przepraszam. Muszę wracać. Ty za chwilę i tak umrzesz, więc moje gadanie, nie będzie miało sensu, nieprawdaż. Jeszcze raz dziękuję w imieniu wszystkich.

  

o̲̅

  

Ostatnie dźwięki jakie słyszy przed śmiercią, to: odgłos nadjeżdżającego samochodu, otwierania drzwi, a po chwili… odgłos kroków. Są coraz bliżej.

Ktoś idzie w jego kierunku.

Edytowane przez Dekaos Dondi (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Ładnie napisane i całkiem zagadkowe, a pierwsza część to jakby zaszyfrowana wiadomość

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

, więc dla własnego bezpieczeństwa wolę nie pytać o detale.

 

Dodatkowy plus to usunięcie zaimka „się”, na którym czytelnik może sobie zwichnąć język (zwłaszcza gdy sepleni lub żuje gumę) — może powinni utworzyć kategorię „Piszemy bez Się”

 

Pozdrawiam (bez się).

Opublikowano

Staszeko↔Dzięki:)↔W owym tekście, jest pewna "pętla" . Jakby na początku, zobaczył...

swoją przyszłość z kwiatkiem...  ale równie dobrze, mogło być inaczej.

Co do↔się→to nie lubię: się, a bez→się→tekst wygląda też lepiej. Łatwiej -się-czyta:)

Po pewnym czasie, człek nabiera nawyku, bezsięsienia:)

Pozdrawiam

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Annna2 i to jest bohaterstwo nie tylko jej. Czy my byśmy dzisiaj umieli tak z pełną świadomością iść na śmierć. Poświęcić się drugiemu człowiekowi? Jeśli coś się dzieje na ulicy sensacyjnego natychmiast pojawia się tysiące ludzi aby uwiecznić to na telefonie a jak człowiek prosi o pomoc drzwi są zamknięte nagle wszyscy mają inne sprawy. 
    • „Zapach żywej sztuki prawdziwej”   Podziwiam tę wodę falującą w lekkości, jakby grawitacji orkiestra przygrywała, te symfonie wiatru w dyrygenta batucie — spokojne i żywe, malowane naturą.   Połykam chwilą, jej obrazy inności, jakby ta scena świat na kolanach miała. Na żywo się tworzy, bez wyolbrzymień, w skrócie — twórczość, która pachnie, nie staje się chałturą.   Pędzlem nie stworzy się obrazu tak żywego, choć wiele talentów było prawie u celu. Kamera nie nadąża za tańcem wypukłości, pędzące kadry aromatów nie wgrywają.   Sztuka jedyna jest żywą — wchłonięciem ciała całego, „arcydzieł” podróbek dokonano już wielu, lecz są kiczem, bo to tylko same płaskości. Rozbudzą fantazję, lecz duszy nie nadają.   Bo sztuka nie zamieszka w farbie ani w słowie, jeśli nie oddycha prawdą i zachwytem. Dusza sztuki rodzi się w natury rozmowie — i zostaje w człowieku niewidzialnym świtem.   Leszek Piotr Laskowski  
    • To o nim ballady i pieśni po dziś dzień śpiewają To jego śpiew wciąż pamiętają i imię jego pierwsze  nie moje…  A ponoć miłością życia jego byłam? kruche są słowa w porywach czasu jak me życie  które nim się zaczęło  na dobre się skończyło
    • super pomysł, poczułem że jestem grzybem niejadalnym niestrawnym trującym ten daleki od doskonałości organizm...
    • Prezentowany utwór stanowi literacką rekonstrukcję jednego z najbardziej fascynujących i mrocznych epizodów w historii polskiego pogranicza kulturowego. Przenosimy się na przedwojenne Podlasie, do wsi Grzybowszczyzna. To tam, w latach 30. XX wieku, niepiśmienny chłop Eliasz Klimowicz ogłosił się Prorokiem Ilją. Wokół niego narodziła się fanatyczna sekta religijna. Wyznawcy, uciekając przed nadchodzącym końcem świata, wybudowali w głębi lasu osadę Wierszalin – mającą stać się Nowym Jeruzalem.   Wiersz jest próbą uchwycenia zbiorowej ekstazy, ludowego mistycyzmu oraz cienkiej granicy między boskim uniesieniem a obłędem.   Tekst powstał z bezpośredniej inspiracji utworem „Wierszalin III” formacji Patriarkh, która na swoim koncepcyjnym albumie „Prorok Ilja” przełożyła tę podlaską tragedię na język rytualnego, cerkiewnego black metalu. Zanurz się wraz z autorem w błocie Grzybowszczyzny i usłysz bicie wierszalińskich dzwonów.   "Wierszalin"   Wracała do wsi. Odmieniona i uzdrowiona. Uśmiech, którego nie widziałem od miesięcy, wykwitł teraz pięknie na jej ustach. Policzki nabrały rumieńców  a niebieskie oczęta zyskały blask. Zdjęła kwiecistą chustę. i poczęła ją tulić jak niemowlę. Płakała i całowała materiał. Relikwię jego łaski. Upadła na kolana przed chałupą. Składając najwyższe dziękczynienie Panu. Gdzieś za opłotkami,  przecinanymi ścieżynami i bruzdami pól, dał się słyszeć dzwon. Teraz i ja uwierzyłem. Wyszedłem z obory  i przypadłem do postaci siostry. A dzwon bił radośnie,  obwieszczając ludowi  prostemu i pokornemu, nastanie Nowego Jeruzalem. Siostra wyrwała mi się  i w euforii uniesienia  poczęła skakać i tańczyć po obejściu. Obwieszczała dobrą nowinę całemu światu. Tak głośno by i aniołowie usłyszeli. Zaprawdę święty, święty, święty  i błogosławiony jest prorok, który uszedł z niewoli bestyi  i nie ugiął się  pod ciężarem grzechu nierządnicy! Wrócił do swej świątyni i ludu swego, by odbudować na kamieniach prawdy i wiary Nowe Jeruzalem. Wysławiajmy imię proroka bo jest wielki! Chwalmy jego święte imię  bo jest sprawiedliwy! Wysławiajcie Pana, bo jest dobry,  bo na wieki Jego miłosierdzie! Twoja jestem!  Zbaw mnie! Bo Twoich przykazań szukałam! Moja dusza na wieki w Twoich jest rękach! I legła bez ducha tak jak stała. W kałuże głębokie, pełne wody nie żywej a mulistego grzechu i występku.     Cała wieś ruszyła ku świątyni. By oddać pokłon prorokowi. I pomyślałem patrząc na ten, nagłym tłum, rozradowany triumfem wiary. Otwórz i mi oczy i uszy na Twą chwałę. Czyste serce stwórz we mnie. Nieprawości zgładź jak smoka piekielnego i daj zasiąść w chwalę  po Twej boskiej prawicy. Pasterz wołał swe owce do zagrody. Na zielone pastwiska zbawienia.   Świątynia ożyła na dobre. I był to bezsprzeczny dowód  odrodzenia proroka. Wierszalin był centrum doczesnego świata. Wszystko co wokół było niewolą. Wszystko co w nim.  Było zbawieniem. Pielgrzymów były dziesiątki. Jedni klęczeli,  inni leżeli krzyżem w płytkim śniegu. Złote i srebrne ikony  połyskiwały z ołtarzy na wozach. Byli i tacy co opasali się nimi niczym zbroją, śpiewając dziękczynne psalmy. Twemu domowi Panie,  przysługuję świętość po kres dni.     Do środka nie dało się wejść. Wszędzie byli wierni. Zajmowali cały pritwor. Całowali podłogę, chresty i ikony. Obnażali plecy, wymierzając sobie pokutę skórzanymi biczami lub drewnianymi pałkami. Żegnali się raz po raz  w modlitewnym upojeniu. Byli i tacy co po prostu zamarli na obliczach  z powodu ogromu cudów wokół. Patrzyli tępo w niebo pod postacią ikonostasu. Bóg wybrał ich.  Byli oblubieńcami proroka. Nową świętą rodziną.     Chwalcie imię Pańskie,  chwalcie słudzy Pana, którzy stoicie w świątyni Pańskiej,  na dziedzińcach domu naszego Boga. Chwalcie Pana, albowiem dobry jest Pan, śpiewajcie Jego imieniu, albowiem jest dobre.  Błogosławiony Pan z Syjonu,  który mieszka w Nowej Jerozolimie.     I był pierwszym po Bogu. Siedział na tronie biskupim  i błogosławił ludowi swemu. Całowali jego stopy i dłonie. Dotykali jego szat. Upadali pod jego wzrokiem. Błagali o łaskę i wstawiennictwo. A on patrzył na swoje dzieło zbawienia. Prosfora, jałmużna czy dłoń położona na czole starca, dziecka czy chromego. Była nagrodą samego królestwa niebieskiego. Zbawienie sprawiedliwych od Pana,  On jest ich obrońcą w czasie utrapienia. Pomoże im Pan i ich wybawi,  uwolni ich od grzeszników i zbawi ich, albowiem w Nim mają nadzieję.     I przemówił Pan głosem proroka. Ślady po cierniach na mych skroniach. Każdy raz krwawym śladem bicza, odbity na plecach. Blizny po gwoździach  w mych świętych dłoniach. Stopy nimi przebite na wylot. Bok rozorany rzymską włócznią. Martwy byłem przez trzy dni  w ziemi babilońskiej. Mówili biada mu i zagłada po wszechczas. Mówili szaleniec on i uzurpator. Nie święty! Boże Wszechmogący! Ty widzisz mnie i apostołów moich! Koniec będzie wszędzie! Sromota i ogień! Wierszalin! Wierszalin! Nowe Jeruzalem!                  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...