Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Modyfikacja dawnego tekstu,

oraz pozbycie się się.

Nie lubię się:)

------------

 

 

Chatka jest taka mała, że gdyby od wewnątrz ściany pomalować, to by zabrakło miejsca. Start i meta to prawie jedno. Dlatego nie biorę rozpędu. Po prawdzie, w ogóle nie biegam. Musiałbym hamować, zanim bym zaczął. Na zewnątrz, pomiędzy drzewami, rośnie las. Tak kiedyś powiedziano i muszę wierzyć ze słuchu. Tym bardziej, że jak wejdę w niego, to wciąż wygląda tak samo. Trochę widok drzewa zasłaniają, ale cóż. Innym drzewom, też drzewa zasłaniają, ale za to jestem mniej obserwowanym. Mam większą intymność działań w swoim kawałku wszechświata.

 

Jednak nie do końca. Od czasu do czasu, goszczę krasnoludka, z podeptanego grzyba po przejściach. Za każdym razem przypomina, że jest moim: wyobrażeniem. Wierzę mu na słowo, bo skoro mówi i go widzę, to niech sobie będzie tym, czym chcę.

 

Często prowadzimy rozmowy filozoficzne, lecz na smyczy, żeby nie zwiały, na tych swoich dyskusyjnych nóżkach. Nie ma nic gorszego, gdy takie konwersacje po obejściu rozchodzone. Gdyby przez pomyłkę nadepnąć, wtedy sens wypowiedzi można zmienić. Buciki każę malcowi wycierać, żeby nie nabrudził runem leśnym, wyciem wilków i stukaniem dzięciołów w robaczywe dziurki.

 

Wszystkim najbliższym drzewkom, czubki poobcinałem. Nie chcę brać dodatkowego przykładu, gdybym osiadł w zapomnieniu. Co za dużo, to na żółto. Pielęgnuję względną normalność umysłu. Sprawiam, iż synapsy śpiewają kołysanki uspokajające, gdy przesadnie jestem sobą. Chociaż poza tym, wszystko w porządku. Zwierzaki, też tak mówią. Tylko ryby w pobliskim strumyczku, spoglądają z byka z byczków. Nie chcą ze mną gadać. Nie chciałem skakać przez płotki. W sumie mają racje.

  

Między chatką, a lasem, trochę wolnego miejsca. Mogę pobiegać, skoro w mieszkaniu nie mogę. Krasnoludek by mógł, bo mniejszy i miałby dłuższy dystans, ale nie chce biegać samotnie. Często potykam o niego, nagie stoy. Mnie to nie przeszkadza, ale jemu tak. Mam poobgryzane paznokcie. Straszy kurdupelek, że wyjdzie mi z głowy, jeśli nadal będzie traktowany, niezgodnie z prawami człowieka. A przecież już dawno wylazł. Głupi on czy co. A kto ze mną biega, gdy stoję?

 

No wreszcie bądźmy poważni. Musiałbym haczyć stopy, o jakieś: halucynacje. Też coś. Mało tu wystających korzeni. Dziwnych, bo za bardzo prostych na łuku, ale zawsze.

  

Tak oto wiodłem normalne, spokojne życie… aż do teraz. Dzisiaj rano wszystko szlag trafił. Zaprzestaje snu, a tu o włos ciemno. Gdyby było zupełnie ciemno, to bym nie widział, że leżę w mrocznym pokoju. Drzewa przyciśnięte do okien, miętoszą zewnętrzne światło. Widocznie knieje chcą złożyć wizytę, w piekło i niebo. Gdzie to wszystko pomieszczę. Czym poczęstuję. Nie mam tylu talerzy, z których mógłbym wykarmić cały las. A poza tym wiadomo to, co na tych gałęziach siedzi. Poza tym, nie posiadam tylu krzeseł na stanie lub siedzenie. I takiego długiego stołu. A nawet gdym miał, to i tak bym nie miał, bo bym tego całego ambarasu tutaj nie zmieścił, jak już rzekłem wprzódy. 

 

Słyszę jakiś szum. Drzwi nagle otwarte i wchodzi ludzik żołędziowy, w krzywej czapeczce, z daszkiem wyrzeźbionym z trawy. Mało co dostrzegam, ale wzrok zaczyna dostrzegać w półmroku. Gościu buszuje niczym niewychowany, po wszystkich kątach i tyle. Nic nie mówi. Ja też głośno milczę, bo nie znam żołędziowego języka. Poza tym bez drukarza przyszedł, żeby tłumaczenie drukował. Ale co tam. I tak nie ma takiej potrzeby. Po chwili wchodzi krasnoludek. Wita ludzika, coś tam szepcą i już ich nie ma. Drzewa coraz głośniej trzepocą o szyby. Chcą wejść bezczelnie, bez zaproszenia.

   

Nagle podłoga zaczyna pękać. Widocznie była torturowana. To nie ja. Przecież spałem. Widzę pod spodem jakieś długaśne coś. Srebrzyste jakieś. Dom zaczyna drgać podłużnie.

 

Co do jasnej choinki – chyba myślę. Patrzę ponownie w głąb. Wiem, że jestem trochę czubkiem, ale żeby aż tak. Nagle zdaję sobie sprawę, że cały dom jedzie po szynach. Zaczynam widzieć lepiej.

Drzewa odbiegają od okien. Widocznie ścierpły korzenie. No tak. Biedne. Cały czas stały w miejscu, choć czubki rosły. Jestem normalnie w szoku i chociaż ze mnie, przypadkowo trudny przypadek, to coś tam jednak umysłem kombinuję. Czuję nawet, jak mózg pulsuje wewnątrz kościanej puszki, płaskimi fałdami.

 

Aż na czaszce wschodzi pot perlisty, od wewnątrz. Wprost czuję synapsy, co go zlizują od środka. Znowu widziałem krasnoludka, jak wszedł do mojej głowy. Ostatnia znikła czerwona czapeczka, w białe myszki. Może dlatego takie światy rozległe, po drugiej stronie lustra. Nagle czujemy dziwny zapach oskarowy i słyszymy głos:

  

– Zwijamy manele. Kończymy na dziś. Jego do autka i do zakładu. Traktować dobrze i z szacunkiem. Jest zbyt cenny. To złota kura, co nam znosi złote jaja, z prawie wolnego wybiegu. Musimy tylko uważać, żeby jej dzioba nie zatkało z wrażenia, gdy powiemy, do czego służy oraz ile ma na koncie. Ale nasze konto jest większe. Niesamowicie większe! Tego już nie musi wiedzieć. Trochę ma nierówno pod grzebieniem… ale nie aż tak. Byle gdakał jak chcemy. Jutro dalszy ciąg zdjęć. Żeby tylko światło dopisało. Są pytania?

 

– A co z krasnoludkiem, żołędziowym i czytelnikami? Chcą więcej kasy.

– Pogadam z nimi. Nie widzę przeszkód. Parę naszych drobnych i będą mieć byt zapewniony. I tak wyjdziemy na swoje.

 

 


 

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      z tym zdaniem jest coś nie tak, proponuję zamiast staje się napisać jest, albo zamienić na cięższy. Bardzo dobry tekst.
    • @Migrena  dziękuję za raki odbiór. Pozdrawiam serdecznie.
    • @hollow man  Wiersz wręcz reporterski , brak metafor , sugestywny tytuł. Bez oceny. Mamy tu książkę i niedopitą herbatę, miękkie światło.  .Kobieta pozuje, leży swobodnie, patrzy z czułością.  Powstaje obraz. Pozdrawiam. 
    • Zegar wskazywał już późny wieczór, a w biurze było prawie pusto. Klawiatura komputera stukała w ciszy, wypełnionej tylko szumem klimatyzacji. Karolina siedziała przy biurku, zgarbiona, ze wzrokiem utkwionym w nieskończonej liście e-maili. Każdy nowy komunikat był jak kamień wrzucony do jej już przepełnionego kosza. Nadmiar obowiązków, terminów, nieodpowiedzianych telefonów – wszystko zlewało się w jeden gęsty, nieprzenikniony chaos, który zaciskał się wokół jej umysłu. Patrzyła na ekran, ale nie była w stanie przetworzyć żadnej z informacji. Dłońmi masowała czoło, próbując złapać oddech, ale powietrze wydawało się ciężkie, duszące, jakby każda myśl ważyła tonę. Czuła się, jakby była zatopiona w oceanie zadań, który wciąż się rozrastał, pochłaniając ją coraz bardziej. Wzrok jej błądził, zatrzymując się na półce z filiżankami do kawy, które teraz wydawały się zupełnie nieistotne. Dźwięk telefonu, który nagle zadzwonił, wytrącił ją z zamyślenia, ale tylko sprawił, że poczuła się jeszcze bardziej osamotniona w tym niekończącym się wyścigu. – Tak, Karolino, jeszcze jedno zadanie – powiedział głos w słuchawce. – Będzie trzeba to zrobić na wczoraj. W jej głowie tylko wzbierała cisza. Każdy kolejny dzień stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Przytłoczenie jest jak ciemna chmura wisząca nad głową, która nieustannie rośnie, aż w końcu zapełnia całą przestrzeń. To nie tylko brak czasu, ale nadmiar tego, co musimy zrobić – rzeczy, które wkradają się w nasz umysł, jak hałas, który nie pozwala usłyszeć własnych myśli. Zbyt wiele do zrobienia, za mało przestrzeni na oddech – każdy obowiązek staje się coraz bardziej ciężki, jak kamień na plecach, który zdaje się rosnąć z każdą godziną. Czasem przytłoczenie to nie tylko wielka lawina zadań, ale cichy proces, który wkrada się w naszą codzienność. Niezauważenie przestajemy oddychać pełną piersią. Zamiast żyć, zaczynamy tylko reagować, próbując dotrzymać kroku temu, co nieustannie nas goni. Tłumione emocje, zapomniane potrzeby – wszystko to staje się jednym wielkim ciężarem. Jednak przytłoczenie nie jest nieuniknione. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się nie do pokonania, może okazać się tylko falą, która w końcu opadnie, jeśli pozwolimy sobie na moment zatrzymania. Bo przytłoczenie nie jest końcem. To jedynie sygnał, że trzeba zwolnić, posłuchać siebie, oddzielić to, co naprawdę ważne, od tego, co jest tylko dodatkiem. W chwilach, gdy czujemy się przytłoczeni, nie musimy walczyć z ciężarem. Możemy go puścić, oddać to, co nie jest naszym, i znaleźć w sobie przestrzeń do oddychania. To w tej ciszy rodzi się spokój, który pozwala znowu zobaczyć, że życie nie jest serią niekończących się zadań, ale podróżą, w której to, co najważniejsze, może odbywać się w rytmie serca, a nie w tempie zegara.
    • w ostatnim zdaniu brakuje a miedzy tym, a tym (obietnicą?),  osobiście zrezygnowałbym ze zwrotu w pożyciu i z początku w całym zadaniu. Czyżby młode lata filmowego "Och Karol" ?
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...