Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Nasza córka nie mogła w to uwierzyć.

— Co? Ślubu nie mieliście w Vegas?

Żeby tylko to. Przywołałem w myśli dawno zapomnianą scenę: sala w urzędzie stanu cywilnego. Przywitała nas urzędniczka. Miała na sobie granatową marynarkę, na szyi srebrną szarfę ze zwisającym na piersiach orłem — tym chłopskim, bez korony.

— Ma pan obrączki?

Sięgnąłem do kieszeni, była pusta. Popatrzyłem na pannę młodą, ona na swoją matkę. Musiał to być omen, już drugi tego dnia. Pierwszy objawił się wczesnym rankiem: Panna młoda przymierzała ubranie, dokonywano ostatnich poprawek. Byłem zapięty na ostatni guzik, ale przedślubnej gorączki nie znosiłem najlepiej. Zaproponowałem przejażdżkę żaglówką po jeziorze. Do ceremonii zostało kilka godzin, na pewno wrócimy na czas. Za sterem usiadł mój najlepszy kumpel, Robert, grający teraz rolę świadka. Po bokach dwie śliczne dziewczyny: siostra panny młodej, będąca jednocześnie świadkową i jej koleżanka. Ochajtać się z trzema naraz, to dopiero byłaby noc poślubna! Poczuliśmy łagodne kołysanie fal; na niebie pojawiło się kilka niewinnych obłoczków. Robert rzucił na nie kątem oka, po czym obrał kurs na środek jeziora, gdzie erozja dna utworzyła wyspę. Można ją było opłynąć w ciągu godziny, ale zostawiliśmy łódź przy brzegu, usiedli wokół pośpiesznie rozpalonego ogniska. Zrobiło się całkiem przyjemnie; improwizowany biwak zachęcał do rozmów, lecz w najlepszym momencie nadciągnęły białoszare, mgliste chmury, zaczęło mżyć. Ogień przygasł, wilgotne gałęzie pokryły się gęstym dymem, dziewczyny uciekły pod drzewo. Deszcz padał coraz grubszymi kroplami, to podnieśliśmy mokre żagle i łapiąc słabe podmuchy wiatru, pożeglowaliśmy tam gdzie wciąż jaśniał skrawek błękitnego nieba. Patrzyłem na las po lewej burcie, Robert na ogródki działkowe po drugiej stronie, gdzie wypoczywali w cieniu odrapanych altan ogrodnicy. Na brzegu tkwiło nieruchomo wśród tataraku kilku wędkarzy. Wyglądali niczym żurawie przyrośnięte sztywno do drewnianych kładek. Stojący najbliżej nagle się ożywił i pogroził nam pięścią, żebyśmy nie płoszyli ryb. Nie zważając na jego groźby, żaglówka zawiozła nas do wąskiej, urwistej plaży, skąd roztaczał się widok na szczere pole, za nim samotne wzgórze, zaznaczone na wierzchołku budynkiem z czerwonej cegły, w którym okna zabito deskami. Do wejścia prowadziła długa kolejka. Stanęliśmy w dzikim rumianku na końcu ogonka, bo drugi bok ścieżki porastały pokrzywy. Pod stopami chrzęściło potłuczone szkło, zalatywało skądś gnojem, słychać było śmiechy i przekleństwa, ktoś dowcipkował z lokalnymi dziewuchami. Za czym ta kolejka? Nikt nie potrafił powiedzieć, ale właśnie dlatego warto stać.

— Piwo! — poszło raptem hasło od drzwi, przekazywane z ust do ust, jak podczas zabawy w głuchy telefon.

— Piwo elbląskie przywieźli — powtórzył zachrypnięty głos.

Dobra jest, stoimy. Zanim zdążyliśmy dojść do lady, zerwał się silny wiatr. Uniosłem ku górze pośliniony palec: dmuchało od strony miasteczka. 

 

Wracaliśmy bajdewindem. 

— Lewy foka szot wybierz! — wołał do mnie Robert, wykonując zwrot przez sztag.

Aluminiowy bom śmigał nam nad głowami. Nisko pochyleni, pruliśmy zygzakiem wzburzoną otchłań jeziora. Łódź łopotała żaglami, kładła się na bok; przyciskana coraz silniejszym szkwałem, nabierała wody. Przerażone dziewczyny wyglądały na darmo brzegu, który zniknął w strugach deszczu.

— Co teraz? — spytał Robert.

— Wola boska — odpowiedziałem spokojnie.

Po każdym zwrocie Robert luzował przedni żagiel, odpadał od linii wiatru. Łódź brała ochota uwolnić się spod ludzkiej kontroli, potańcować z żywiołem, ale ze zmagań wychodziła zwycięsko za każdym razem ręka żeglarza. Łodzi nie pozostawało nic innego tylko stać posłusznie na kursie i oszczędzać nam gwałtownych przechyłów; ujarzmiona utrzymywała prędkość, niosła załogę po falach stabilnym ruchem. Złapałem za linę od grota i wychyliłem się za burtę, aż woda chlastała mnie po plecach. Niech łajba wywróci się do góry dnem! Obydwaj świetnie pływaliśmy, wyratujemy dziewczyny, położymy je na brzegu. Będą leżeć bez znaku życia, a my będziemy udawać, że udzielamy im pierwszej pomocy: usta w usta, potem masowanie piersi. Ślubu nie będzie, zostanę singlem. Prawdziwy żeglarz żegluje po to, aby nigdy nie osiąść na stałym lądzie. Jednak nasza omega była dzielnym jachtem i mknęła po jeziorze, niczym klacz po bezkresnym stepie. W oddali zamajaczyła wieża zamku krzyżackiego, niżej długie przęsło mostu, wytyczające kierunek do ujścia rzeczki, skąd zamachały ku nam maszty łódek na przystani. Zapłaciłem cieciowi za ekstra fatygę, żeby zwinął żagle i doprowadził łódź do porządku. Pobiegliśmy do domu. 

 

Panna młoda, zaniepokojona dłuższą nieobecnością, przywitała mnie z wyraźną ulgą. Przebrałem się i po chwili jechaliśmy na ślub. Siedziała blisko mnie, nie wypuszczając mojej ręki, a jej oczy wyrażały radość i spokój: odtąd nic nas już nie rozdzieli. Długo czekała na moment, żeby się ubrać w białą bluzkę i kwiecistą spódnicę, na nogi włożyć białe pończochy i białe szpilki. Personel salonu piękności dołożył wszelkich starań, żeby wyglądała jak na okładce magazynu mody, ale teraz wydawała mi się nienaturalna i obca. Nie mogłem uwierzyć, że już za chwilę ta kobieta zostanie moją żoną. Nie na miesiąc, choćby i rok, ale całe życie. Właśnie te ostatnie dwa słowa kołatały w mojej głowie, jakby to był wyrok śmierci. Czemu akurat ona? Tyle możliwych kombinacji, skąd mogłem mieć pewność, że to moja druga połówka? Gdybym szukał jej na wszystkich kontynentach: w wioskach Nepalu, na plażach w Rio de Janeiro, a ja ledwie wychyliłem nos poza równinę mazowiecką. Dryfowałem bezpiecznie w znajomych wodach; idealny wiatr nigdy się nie zrywał…

 

Urzędniczka wciąż czekała.

— W takim razie może przesuniemy uroczystość na późniejszy termin? — zasugerowałem nieśmiało.

— Wykluczone — odezwała się tonem nie znoszącym sprzeciwu moja przyszła teściowa.

Dała znak taksówkarzowi na ulicy. Zabrało mu pół godziny obrócić do rynku, tam i z powrotem. „Niech wraca szybko z obrączkami” — myślała lepsza połowa mnie, ale zaraz zagłuszył ją czyjś głos: „A żeby tak uderzył w taksówkę na przejeździe pociąg, obrączki wpadły do jeziora, skąd nikt ich nie wyłowi”. Wszyscy zebrani czekali cierpliwie. Taksówkarz podał obrączki matce, która miała zamiar wręczyć je urzędniczce. Było to niezgodne z procedurą, dlatego musiała oddać je mnie. Obróciłem pierścionki w palcach: ruskie złoto, wydarte zamarzniętej ziemi, pewnie przez nieszczęsnych zesłańców, żeby uczynić mnie równie nieszczęśliwym, ciekawe na jak długo? Usiedliśmy w czerwonych fotelach. Rodzice i babka panny młodej spoczęli na krzesłach za nami, w cieniu rachitycznej palemki, świadkowie i goście nieco z boku. Razem dziesięć osób. Urzędniczka coś mówiła, lecz słowa nie docierały do mnie. Patrzyłem na boazerię na ścianie, na rząd cynowych półmisków powieszonych tam nie wiadomo czemu. Brakowało tylko dwóch nagich mieczy. Wstaliśmy, żeby włożyć sobie obrączki na palce. Jakaś pani zagrała na miniaturowych organach. Nie było to preludium Bacha. Wyłamane żebro, z którego wystrugano niewiastę, wróciło na swoje miejsce. Staliśmy się mężem i żoną w jednym ciele.

 

Edytowane przez Kapistrat Niewiadomski
Change font size to 20 pt. (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Dag Powtarzanie tego co już się wydarzyło nie leży w naturze człowieka, dlatego: nie, nie spędziłbym następnych stu lat z tą samą kobietą, choćby była najpiękniejsza i doskonale mnie rozumiejąca, bo - świat jest wielki i nie wiadomo cóż takiego jeszcze kryje?

 

Jedyne co bym chciał wydać to córki za mąż, ale one mają inne plany.

 

Miło, że wpadłaś na chwilę.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Opublikowano

@TylkoJestemOna

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Mnie? Proszę nie mylić bohatera opowiadania z autorem, bo nie mam z nim nic wspólnego. Opisana historia jest wyssana z palca, ale przyznasz, że lepiej się czyta o kimś wątpiącym, niezdecydowanym, aniżeli komputerze, który zawsze podejmuje właściwą decyzję.

 

Dziękuję za przeczytanie i komentarz.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

@WiechuJK

Kiedy trudno podjąć decyzję, niektórzy lubią się zdawać na los, siły przyrody; wypatrują różnych znaków na niebie. Cieszę się, że to zauważyłeś. 

Opublikowano (edytowane)

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

@Kapistrat NiewiadomskiZnowu rozpocznę słowami tak dobrze znanymi: Wszystko co ludzkie nie jest nam obce, a każdy człowiek to inna cząstka całości. Myślę, że po to żyjemy razem, jako narody i ludzkość na tej ziemi, aby się uzupełniać. Rozmaitość charakterów, kolorów skóry, języków, którymi się posługujemy, i wiele innych czynników zdaje się uwidaczniać ten ogólnoświatowy eksperyment, który jak znamy z historii i czasów obecnych, ciągle kształtuje oblicze świata i ducha człowieczeństwa z nadzieją, że wreszcie dojrzejemy do wymiaru sprawiedliwych we wszechświecie.

 

***

Edytowane przez WiechuJK (wyświetl historię edycji)
  • 2 tygodnie później...
Opublikowano

Dobrze się to czyta.

Poruszyłeś temat, który mnie nurtuje od jakiegoś czasu. Zazwyczaj wiążemy się z kimś z najbliższego otoczenia. A jeśli np. w Patagonii mieszka ta jedyna, z którą bylibyśmy przeszczęśliwi do końca naszych dni? Tylko jak się o tym przekonać...

 

P.S.

Ja do ślubu poszedłem w spodniach pożyczonych od przyszłej szwagierki, które ona zakupiła w tzw. lumpeksie. Ech, to były czasy :) 

Opublikowano

@Franek K

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Powyższy problem można łatwo rozwiązać: oświadcz się dziewczynie z tej samej ulicy, ale traktuj ją, jakby była z Patagonii.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

Dziękuję za przeczytanie i komentarz.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • RONDO ALLA POLACA

      Jeśli Twój majestat żąda, bym
      Zamilkł jak po zachodzie ptak,
      Ciemności nie skalam głosem mym,
      Nie ubliżę nim urodzie dnia.

      Nic nie powiem już,
      Będę tylko trwał, aż
      Policzony będzie każdy oddech mój,
      Jeśli taka wola Twa.

      By głos nie zadrżał mi,
      Gdy z kurhanu złych sław
      Będę śpiewał Ci

      Z tego kurhanu lat,
      Śpiewał Chwałę Twą,
      Jeśli tylko dasz
      Wciąż śpiewać ją 

      Z tego kurhanu dni
      Twa chwała będzie grzmieć,
      Jeśli pozwolisz mi
      Mą śpiewać pieśń

      Na sam rozkaz Twój,
      Lub gdy wybór dasz,
      Rzekom daj nabrać wód,
      Wzgórzom radość wskaż.

      Niech łaska Twa udzieli się
      Sercom zgorzałym w piekielny czas
      Jeśli tak Pan chce -
      Chce uzdrowić nas

      I zgarnąć do rąk,
      Na rękach zacieśnić więź,
      Twym dziatkom tu,
      Jeśli Ty tak chcesz.

      W tych z lumpexu snach,
      Wszystkie w na zabój sznyt
      I dać, by śpiew pokonał strach,
      Jeśli zechcesz Ty.

      W Twych w szmaciankę grach
      I w strzelankach, gdzie każdy to wróg,
      I dać by odszedł strach,
      (Jeśli tak zechce Bóg...).

      Jeśli Twój majestat chce,
      bym nie mówił nic,
      Mój głos skryje się
      Jak w ciemnościach widz

      Nic nie powiem już
      Będę tylko trwał, aż
      Policzone będą me dni
      Jeśli taka wola Twa

      Jak pan Władza chce,
      Żebym zamknął ryj,
      Z chęcią zamknę się
      Jak w komórce stryj

      Jak tak, to tak
      Jak mam być twój błękitny ptak,
      Jak chcesz, zamknę się
      W klatce, jak papug ten

      To co?
      Stul pysk, bo....
      Z tulipana ci....
      Ci, ci, ciuciubabko,
      Won

      Casino Royale

      Wciąż pamiętam, w Chelsea Hotel, jak ty 
       Mężnie i słodko piałaś jak grecki chór 
      Na rozebranym łóżku dobrze robiąc mi
       A na ulicy czekał limuzyn sznur...

      To był powód, to był Nowy Jork
      W kolejce po szmal i po szał ciał
      To zwali miłością do mas śpiewających ten song
      Pewnie wciąż ją tak zwą, dla tych, co  jeszcze są...

      Lecz ty  uciekłaś jej, więc po co ten szum? 
      Po prostu poszłaś w drugą stronę, niż tłum,
      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Potrzebuję cię: nie, nie potrzebuję. Cię
      Nie potrzebuję; nie: jednak potrzebuję."
      Wiesz, całe to paplanie mnie denerwuje

      Pamiętam cię z  Chelsea Hotel wciąż:
      Podawano  z ust do ust twe serce wiecznieżyjące...
      I mówisz, że wolisz, jak przystojni są,
      Ale, że dla mnie zrobisz wyjątek...

      I twardo bierzesz w dłoń takich jak ja,
      Co jęczą pod jarzmem piękna,
      Po wszystkim ogarniasz się, i mówisz: „No tak:Urody nam brak, ale mamy pieśni dźwięki”...

      Uciekłaś, lecz ani raz nie słyszałem z twych ust:

      "Nie potrzebuję cię: nie, potrzebuję. Cię
      Potrzebuję; nie, nie potrzebuję."
      Twoje paplanie mnie wciąż denerwuje...

      Nie mówię, że kochałem najbardziej cię 
      Nie  zliczę ile razy wróbli trup padał gęsto 
      Dobrze cię pamiętam, z Chelsea Hotel 
      To wszystko, nawet nie myślę o tobie zbyt często...

      Pamiętam cię, z Chelsea Hotel, lecz jak przez mgłę,
      Brałaś wszystko, co leci, do ust, twoje wdzięki już gasnące...

      Wciąż biorą do ust twój biust więdnący...
      Wciąż mówisz, że wolisz, by przystojny był,
      Ale ten jeden raz zrobisz wyjątek... 

      "Potrzebujesz mnie: ja nie potrzebuję Cię
      Nie, potrzebuję; nie: nie potrzebuję."

      Ja też miałem w ustach smak 
      Na życie pieśnią tętniące..
      Też wolę, jak ładne są pół tak 
      Lecz dla ciebie zrobiłem wyjątek... 

      "Wcale nie żałuję: nie, jednak żałuję. 
      Trochę żałuję; nie: mi cię nie brakuje.
      Tango Anus

       

      TANGO ANUS 


      Tańcz mnie, poprzez strach,  po schronienia próg
      Wznieś mnie, gdzie mirtu gałązkę będę nieść,
      Gdy będę gołąbkiem, co leci, gdzie chce Bóg,
      Stańcz mnie w piękna płonących skrzypiec piec
      Stańcz mnie, gdzie miłość nie wytrzyma prób,
      Wtańcz mnie, gdzie miłości s grób..

      Pokaż mi swe piękno,
      Gdy świadczyć miał nie będzie kto
      Daj  poczuć, jak tętni
      W tobie Babilonu noc 
      Pokaż to, czego tylko granice znam, chodź,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość traci swą moc..

      Tańcz mnie tam, gdzie nasz ślub, wciąż i wciąż
      Wytańcz mnie czule, zatańcz mnie po krag,
      Jesteśmy oboje mniejsi niż ta miłość, lecz też ponad nią 
      Wtańcz mnie, gdzie miłość ma granicę swą,
      Wtańcz mnie, gdzie miłość wie że koniec to...

      Dotańcz do tych dzieci, którym rodzić się nie dał czas,
      Przetańcz przez zasłony, które  starł pożegnań żar,
      Wznieś namiot azylu, choć pękła ich nić,
      Odtańcz  mnie tam, gdzie miłość nie znaczy już nic...

      Tańcz mnie poprzez strach,  po schronienia próg
      Wtańcz mnie w płonących skrzypiec piec
      Dotknij nagą dłonią lub łachmanem choć
      Tańcz mnie tam, gdzie miłości kres


      Tańcz mnie, gdzie miłość wchodzi w noc
      Wtańcz, gdzie zechce Bóg
      ""Tańcz mnie, po miłości kres..."


      z POPULARNE


      Wszyscy wiemy, że kości tu chrzczone
      Lecz rzucamy, zaciskając kciuk
      Wiemy, że wojna jest skończona;
      Wszystko świetnie: wygrał wróg...

      Wszyscy wiemy, że ta walka to sztos
      Biedni bez grosza, bogatym pęcznieje trzos
      Już taki los. Tak chce populi Vox...

      [Zwrotka 2]
      Wszyscy wiedzą, że łajba bierze wodę
      I myślą, że kapitan to łgarz
      Lecz w tych okolicznościach przyrody
      Zawsze tak, jakby ojciec lub pies ci zmarł....

      Wszyscy zapatrzen są w konta stan:
      Każdy na bombonierkę z dyskontu ma smak 
      I bukiet że stu róż
      Tak tu jest już...

      [Zwrotka 3]
      I wiedzą, że mnie kochasz niezmienne
      Wszyscy wiedzą, że tak dokładne jest
      Wiedzą wszyscy, że mi byłaś wierna
      Wyjąwszy tysiąc nocy +/- dwie

      Wiedzą, że Święty ci małżeński próg
      Lecz tak monitują do Twych ud
      Że przyjmujesx jak cię stworzył Bóg
      Taki masz drobny druk

      [Refren]
      Wszyscy wiemy, że taki klimat jest tu
      Taki razem ciągniemy drut
      Tak czytamy z nut
      Maestra Ubu
      Taki hołd składamy mu
      Nie licz więc na cud

      [Zwrotka 4]
      Oboje wiemy, że nigdy, jak nie teraz
      Wiemy, że na dwoje: albo ja, albo ty
      I wiemy, że jak żyć, to nie umierać
      Gdy wciągnąć kreskę Biała Śmierć, czarny film..

      Wszyscy wiedzą, że układ jest zamknięty
      Że murzynek Bambo zrobił swoje, jak z Nel Staś
      Nawet Kali ma nieswoje momenty
      I wszyscy odkładają wszystko na zaś

      [Zwrotka 5]
      I wszyscy wiedzą, że nadchodzi pandemia
      Wiemy, że po kościach rozeszła się, lecz...
      A nadzy on i ona na planecie Ziemia
      To dziś niezwykle niezwykła rzecz

      Wszyscy wiemy, jaki rozkład ról
      Lecz przy twoim łóżku będzie siedział mól,
      Który zaksięguje jak wół
      To, co wiemy już

      [Zwrotka 6]
      I wszyscy znają ten twój zapaszek
      I się zakładają, jak wcielasz im cel,
      Od krwawego krzyża na Górze Czaszek
      Do plaży na półwyspie Hel

      Wszyscy wiedzą, że przemija ten świat, 
      A Najświętsze Serce jest pełne łat
      Zaraz pęknie jak Albert brat,
      Totus Eium już od lat..

      [Refren]
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Och, wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą
      Tak to jest
      Wszyscy wiedzą
      Wszyscy wiedzą, wszyscy wiedzą

      ŚNIEŻYNKA I STRACH
      (Dialog na cztery kopyta)


      [STRACH]
      Przyszłaś do mnie dziś rano
      I obrobiłaś jak sztukę mięs.
      Tylko facet ci powie, jaki to
      Delikatny, jaki czuły gest.


      Tyś w lustrze jest odbiciem mym,
      Krwią z mojej krwi, poznam cię we स्नेह,
      Bo kto inny by mnie zechciał wziąć
      W tysiąca swych pocałunków toń?


      (Dla tych, którzy przywitali mnie)
      Nieważne, że droga nam dłuży się,
      Nieważne, że pod górę wciąż,
      Nieważne, że księżyc już zszedł
      I zapanował mrok.


      Nieważne, że gubimy szlak,
      Spisane jest, że spotkasz mnie.
      Na pewno mi mówiłaś tak
      Na pocałunków dnie.


      I kocham cię, gdy na słońca blask
      Jak lilia otwierasz płatki swe,
      A ja – to na wróble strach,
      Którego smaga deszcz.


      Strach, co strachliwie kocha cię,
      Choć ma z lumpeksu twarz,
      Ciało i wszystko, czym był i jest,
      Aż do pocałunków dna.


      Wiem, że znasz ten kłamstwa smak
      I oszustw bez zbędnych słów:
      Nauczyłaś się operować tak
      Na kolanach ojca i u matki stóp...


      Ale czy musiałaś się bić,
      By ulicę w ogniu przejść,
      Jeśli całe to nasze mieć i być
      Wisi u pocałunków tajnych miejsc.


      Numerki, odwyk i jasna rzecz:
      Wracam na Square du Blues.
      Chciałbym rzucić już tę robotę, lecz
      Podchodzi mi już do ust.


      Lecz o tobie myśl daje mi nabrać tchu,
      A akta sprawy twej kompletne są,
      Brak tylko w nich tego, czego nie zdziałałem tu
      Płynąc w pocałunków głąb.


      Nieważne, czy masz moc sił i dóbr,
      Czy opuściła cię moc,
      Czy napiszesz te kilka słów,
      Które słowiki cytują co noc.


      Nieważne, czy masz zaszczyt robić w HR,
      Czy nieregulowany czas,
      Rzucasz życie w kąt, bo masz
      Przeżyć pocałunków tysiąc pięć.


      Biegną poszły, a dziewczyny młode są,
      Bieg ten jest szansy wart.
      Los bierze stronę twą,
      Lecz szybko kończy się fart.


      Wezwanie: masz być jak widz
      W kinie, co twą pyrrusową klęskę gra,
      Lecz żyjesz, jak gdyby nigdy nic,
      Odbijasz się od pocałunków dna.


      Słyszę głosy ich na kufla dnie,
      Co czasem tak woła mnie.
      Jak ta orkiestra, co cover gra – czyżby to moja pieśń?


      Lecz gwardia nie cofa się;
      Gdy woła to, co kochasz, serce odpowie na zew,
      Choćbyś oddał tu swój życia skok,
      Tak świadczą nasz czas, nasza krew
      I tysiąca pocałunków twych mrok.


      Tak wiem: musiałaś kłamać
      I oszukiwać bez słów:
      Tak jak gdy ojciec na kolana cię brał,
      A matka tuliła do stóp...


      Wiem, że musisz tak kłamać im,
      By system ograć, zamiast się położyć na wznak,
      Lecz majątek nic nie gwarantuje ci,
      Gdy Cnota i Podstęp zerwą pakt.


      Prawdę wpędzili w szok, piękno wypędzili na bruk,
      Styl dawny ma dziś naftaliny woń,
      Bo Duch przeszedł przez próg
      W tysiąca pocałunków toń.


      A Wewnętrzne Światło twe, co
      Nie ma równych i ma gest?
      Garbię się w kolejną noc,
      Po tysiąca pocałunków kres


      Zaklinam los, nastrajam głos,
      I wracam na Avenue du Blues.
      Chciałbym rzucić to, lecz nie mogę, bo
      Jestem za cienki tchórz.


      Lecz czasem, gdy noc grzeczna jest,
      A my potulnie zapijamy żal,
      Burzymy się, zbieramy zabawki serc
      I odchodzimy w pocałunków dal.


      Tym pachnie ta o tobie myśl,
      Mam o tobie komplet akt –
      Poza tym, co mi nie umknęło dziś
      W pocałunków niski takt.


      Grałem z Dizem raz i z Dantem też –
      Brak mi było tego ich „coś”,
      Lecz raz czy dwa przygarnęli mnie,
      Wciągnęli w pocałunków blues.


      Odstawić wino chcę, jak Bóg chciał,
      Wchodzę w parkietu tłum gęsty jak w dym.
      Zespół wpadł już w weny twórczy szał,
      Serce nie cofnie się przed morzem win.


      Może musiałem jechać drogi szmat
      I obietnic tysiąc złamać, lecz
      Rzuca się wszystko, ot tak,
      By przeżyć twych pocałunków treść.


      Teraz jesteś jak Anioł Śmierć,
      Potem jak Parakleta szał,
      Czasem jak Zbawiciela Dech,
      Potem – w Belsen stos ciał.


      Nie ma odwrotu już od miłości gróźb,
      Czy meta to skoku w bok –
      Jak zaświadczono czasem i krwią
      W pocałunków równy krok.


      Przyszłaś do mnie tu skoro świt,
      Przyniosłaś słowo jak ciała strzęp.
      Tylko człowiek powie ci, że to nie wstyd,
      Tak delikatnie, czule zrobić wstęp.


      Tak delikatnie, czule w materię wejść.
      Tylko mężczyzna wie, nawet bez przejść,
      Że przynieść miłość jak kwiatu pąk –
      To przyjść bez pustych rąk.


      [ŚNIEŻYNKA]
      Tyś mój brat z lustra, krewny mój
      Z najczarniejszych snów.
      Kto, jak nie ty, by dał mi znój
      Podróży w tysiąc pocałunków znów?


      Czekałam, aż otworzysz się
      Na ulic skwar. Jeden z wielu tak...
      A ja jestem jak kula śnieżna łez,
      Tocząca deszczu z deszczem ślad.


      Topniejącą miłością wciąż kocham cię
      I fizis tą z drugiej ręki –
      Całą sobą, wszystkim, czym chcesz,
      Tysiącem pocałunków namiętnych.


      Cała ja, aż do granicy mórz,
      Przeniknięta przez seks,
      Widzę, że oceany tu wyschły już
      Modliszce, co we mnie jest...


      Docieramy na dziób,
      Syreną daję znak, że twej floty wrak
      Ma mi się rozbić tu
      Na tysiąc pocałunków. Odzewu brak.


      Przychodzisz do mnie co noc
      I ubijasz jak stek,
      Lecz baba powie ci, że większą moc
      Ma czułych obelg stek.


      Tyś mój w krzywym lustrze wizerunek jest,
      Jesteś jak koszmar śniony dzień w dzień,
      Jak zapomniany chrześniak, co już wchodząc w sień,
      Woła na ratunek i składa ci
      Na czole obśliniony pocałunek.


      (Dla tych, którzy mnie powitali w tym...)
      Weszliśmy tu nie do siebie jak w dym,
      Wgryźliśmy się w seks jak w steak tartare.
      Sami, choć dwoje nas jest, bo chce nam się wbić
      W ten słodko-kwaśny smaku czar...


      Mój bliźniaku z lustra, mój bliski krewny,
      Poznałbym cię przez sen.
      Kto, jeśli nie ty, przyjąłby mnie
      W tysiąc pocałunków namiętnych?


      Wzdychamy na los; poprawiamy włos
      I wjeżdżamy na Autoroute du Blues.
      Próbowaliśmy rzucić to nasze coś –
      Cóż, na inny rejs sił nie mamy już.


      Lecz śnieżynka i strach wciąż mają to... cóż,
      Miast miłości – z wyprzedaży twarz,
      Miast szału ciał – goryczy czar,
      A pocałunków czar dna dosięgł już.


      Lecz gonitwa trwa, wieczór młody wciąż,
      Śnieżynka i Strach wciąż nie są bez szans.
      Za chwilę wygramy, a potem raut –
      Dzisiaj zacznie się nasza passa pass!


      A kiedy wezwą nas, byśmy zdali rzecz,
      Jaką im odpowiedź dasz?
      Jakie życie? Życie poszło precz.
      Pocałunki? Ważne, co w kieszeni masz...


      A kiedy mnie wezwie On, bym spowiadała się
      Ze stanu, w jakim jest cały ten kram,
      Odpowiem: życie? Życie przeszło w cień,
      Lecz tysiąc pocałunków w kieszeni mam.


      Przyszliśmy tu w ostatnie dni,
      Podtarliśmy się o Twego Słowa strzęp.
      Skalaliśmy wszystko, to co dałeś Ty,
      Na Twą czułość ogarniał nas śmiech.


      Lecz delikatnie chcemy wciąż w tę materię wejść.
      Wiemy, przeszedłszy przez ucho Twych przejść,
      Że miłość trzeba nieść jak kwiatu pąk –
      I do Ciebie przyjść bez pustych rąk.

       

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Za starym pubem istniał kiedyś Olimp.   Nie ten z marmuru i złota, lecz z wapiennego murku, pokrzyw, błota i pustych butelek. Zasiadali na nim bogowie zapomnianego królestwa, którego jedynym bogactwem była nędza, a jedyną nieśmiertelnością — pamięć.   To opowieść o dziecku, które pośród ruin codzienności odnalazło własną mitologię.   "Bogowie Olimpu"   Mój mały, chermetyczny, dziecięcy świat, zamknięty w nierównoległym czworoboku, starych, robotniczych uliczek. Śmierdzących rdzą, ropą, benzyną,  trującymi wyziewami z kominów, nędzą, rozkładem i zamokniętym tytoniem z krajanki. Czułem się jak obcy,  który wdarł się jakimś cudem  do tej zapomnianej przez Boga dzielnicy a potem zapomniał  w którym miejscu było przejście  do świata na zewnątrz.     Wszystko tutaj było tymczasowe. Domy, układy, przyjaźnie, praca  i ten szczególny rodzaj ulicznej miłości. Większość rzeczy była nielegalna. Hazard, prostytucja, handel ludźmi i bronią, wszechobecne narkotyki  i brudne, niedomyte, pękate butelki,  ledwie przefiltrowanego bimbru. Dzieci traktowano tu jak ten bimber i butelki. Szmuglowano je nocą po suterenach. Przechodziły z rąk do rąk, z pokoju do pokoju. Między domami z dykty  a kamienicami o wybitych drzwiach i oknach. Nie miały  przypisanych mieszkań ani opiekunów.     Wychowawcą był uliczny bruk i kodeks. Prawo pięsci. Ten szczególny rodzaj honoru, który dorastał w ciągłej degeneracji. Oko za oko byłoby okazaniem niepotrzebnej litości i słabości. Jeśli straciłeś oko miałeś obowiązek poderżnąć gardło brzytwą swemu oprawcy. Tak zdobywano szacunek, który był droższy od pieniędzy. Dzieci porzucano i bito. Kiedy i gdzie akurat popadło. Każdego ranka wychodziłeś z kamienicy  z myślą, że możesz już nie wrócić żywy.     Patrzyłem nieraz na kolonie szczurów, biegnących przy granicy ścieku i chodnika. Ich nikt nie bił ani nie mordował. Były poza marginesem  a zarazem kastę wyżej od dzieci. Były niezauważalne.  Dlatego żyły prawdziwie wolne. Postanowiłem więc pewnego dnia  żyć niezauważalnie dla nikogo.     A potem odkryłem,  że jest na tym świecie grupa osób,  którą możnaby określić jako duchy. Pojawiali się zawsze skoro świt a znikali późnym wieczorem lub nawet nocą. Zawsze w grupie. Zawsze w tym samym miejscu. Byli głośni i awanturni  lecz nikt nie zwracał im uwagi. Nikt się z nimi nie witał ani nie rozmawiał. Każdy odwracał szybko wzrok gdy tylko wyczuł ich mętne spojrzenie. Wielu przechodziło na drugą stronę ulicy, bojąc się niepotrzebnej interakcji lub zaczepki.     Czasami myślałem, że oprócz mnie  jest jeszcze tylko jedna osoba, która cieszy się na ich widok a nawet z nimi rozmawia. Była to podstarzała właścicielka  jednego z pubów, którego tylny dziedziniec, wybrali sobie na swą siedzibę i królestwo. Dziedziniec był ogołocony  nawet z resztek trawy. Rosły tam jedynie pokrzywy,  wystające jak zielone, strzeliste płomienie  ze strert śmieci i odpadów. Błoto potrafiło uwięzić po kolana i nieraz dawało swe zimne wytchnienie tym których zmorzył tu pijacki sen. Lecz centrum stanowił tu  stary, wapienny murek, pełen otarć, uszczerbień i rys. Miał około metra wysokości  i ciągnął się jedynie  dokładnie naprzeciw  kuchennego wyjścia z pubu. Tak by wchodzący tu, mógł poczuć się jak wchodzący do sali tronowej emisariusz.     Naprzeciw siedzieli na swym wapiennym tronie królowie, herosi i bogowie, królestwa którego jedynym bogactwem była nędza. Był to mityczny Olimp na którego szczycie, urządzali oni codzienne dionizję  racząc się bez umiaru ambrozją w postaci  wina, ciemnego piwa i bimbru. Jedynie dźwięki lutni apollińskiej  zastępywały tu krzyki  wszelkich przekleństw, inwektyw i pijackiej gorączki. Bogów nie zaczepiano ani nie szukano. Nikt ich nie odwiedzał  i nie pragnął wejść do Olimpu. Nikt oprócz małego mnie.  
    • @Migrena   sztafaż   jeśli się zastanowić to przecież sama prawda dziecko myśli że kiedy zamknie oczy nie widać wszyscy podobnie percypujemy    jeśli zawartości trzewi nie widać  jeśli zawartości kanałów nie widać jeśli zawartości trumien nie widać  nie znaczy jednak że nie istnieją    wszystko jest nimi podszyte  biologia, fizjologia, industrializm ale ściek czuć i nie da się go zdezaktywować ni wyprzeć   bo jeśli to w końcu wybije do góry jak przerwana arteria razem z rozpaczliwymi potrzebami intymności bliskości z rozpaczą    jesteśmy jego zbuntowaną częścią       
    • @Łukasz Wiesław Jasiński Mocna metafora ciernistych słów-kamieni i korzeni, których nie powinno się przesadzać na siłę. Wiersz zmusza do refleksji nad tym, jak przeszłość wpływa na naszą teraźniejszość. Pozdrawiam.
    • @Leszczym Księga Apokalipsy (Ap 12, 7-9): Opisuje „walkę na niebie”. Michał wraz ze swoimi aniołami staje do walki z szatanem (określanym jako Smok lub Wąż) i jego demonami. Zwycięskie wojska niebieskie strącają szatana na ziemię.
    • @Marek.zak1 O to też, bo zdaje się nawet Archaniołowi Michałowi sprawa się nie udała. Zatem jest teoretycznie możliwe, że ta przemoc nie miała uzasadnienia jednak...
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...