Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano


Jutro mam spacer, może bez doga,

pragniesz... zapraszam, w odmęty prowadź.
Przyjdzie? Ze wszystkim co Bozia dała,

- mój szmaragd!

Goliznę schrupię, czułość odkarmię,
dopełnię rozkosz... polecę dalej.

W środę brunetka, frywolna z kotkiem,
- też trzpiotkiem!

A przy sobocie - ruda... za okna,
ona już dawno z zimna przemokła.
Piękna, złotawa, młoda z pudelkiem,
- z frędzelkiem!

Wszystkie odcienie wnet wyczerpałem,
podsumuj proszę jakimś morałem.

Po co bogini - pytam, masz ciało?
- by wrzało!

Koło się kręci, miłosnych treli...
przypadkiem plemnik z procy wystrzeli.
I będą liczyć - ile przybyło?

- jej imion!
 


"Blondynki są głupie
rude są wredne
brunetki są nikczemne.
O całej reszcie nie warto nawet mówić.
/bez obrazy/ - Human.

Opublikowano

@[email protected]

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

 

 

Ja niestety nie miałam przyjemności przebywania z blondynkami, Bóg mi też poskąpił cech, dla nich charakterystycznych, które tak ułatwiają życie. Poszłam więc swoją ścieżką, naturalne blondynki są delikatne, mają mniejsze powodzenie wśród mężczyzn, są  inteligentniejsze o kilka punktów IQ od reszty kobiet, a wynika to z tego, że mając mniej hormonów, mniejszą pewność siebie i przyciąganie płci przeciwnej częściej sięgają po podręczniki i książki...

Opublikowano

@TylkoJestemOna U jednych święte
                                   a u drugich przeklęte.


Pozdrawiam z samego rana Agato, Michnikowski jak zawsze świetny.

@Somalija Ja Ago nie widzę różnic między kobietami o różnych kolorach włosów i niech tak pozostanie. Zawsze są mądre, piękne, czułe, codziennie są dla nas podporą. Choć mam wrażenie że powinno być odwrotnie.
 

Miłego weekendu.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...