Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Tomek zdybał Natalię w korytarzyku, akurat kiedy po spuszczeniu żywicy wlazła do gabloty pokazowej i wykrajała martwej Kamili pozbawioną już palców stopę, by nakarmić nią Zygmunta.

– Dzidzia, co ty robisz…

– O Jezu! A tata?! – Natalia sprawnie schowała piłkę do metalu za plecami.

– Patrzyłem na ciebie przez okno, pukałem do ciebie przez szkło[1]. – Zakpił i puknął knykciem w tubę gabloty.

– Nie miał tata wrócić dopiero jutro pod wieczór?

– Nie spodobało mi się, że kazali na tym surwiwalu jeść robaki, wróciłem wczoraj w środku nocy. Odsypiałem, ale zbudziło mnie do kibla, idę, a teraz widzę, że odkrawasz siostrze stopę. Wytłumaczyłem się, teraz chyba twoja kolej.

– Załóżmy, że tata nic nie widział. – Puściła kumplowskie oko.

– Nie ma opcji. Do czego ci stopa siostry? Ach… chcesz ją pewnie wszczepić Zidze zamiast tych protez.

– Nie no, tato, co tata taki przedpotopowy – wujek już nie potrzebuje protez.

– A tak, on teraz tym… takim drzewem jest.

Tomek przetarł twarz, podkrążone oczy wskazywały możliwość nagłego zachorowania na narkolepsję.

– Mniejsza, wrócimy do tematu, zaraz padnę na pysk.

Natalia wyrzuciła górą stopę z gabloty, po czym w podobny sposób sama z niej wylazła, by finalnie jak zawsze zalać z powrotem zwłoki Kamili żywicą. Wzięła stopę, przytuliła ją do piersi i spojrzała na kuzyna: morda wytrzeszczona, bez oka, bez całej nogi, część brzucha odkrojona, jelita zastygłe w ruchu ku górze. Cud bursztynka.

Kamila, w bardzo podobnym stanie, jeno już druga noga została napoczęta, zaś wystające flaki ciekawiej się u niej rozwidlały, co można było przyrównać do misterności dzieła sztuki nowoczesnej.

Obecnie unosiła się w niespiesznie zastygającej żywicy, zupełnie jak wynaturzony noworodek w wodach płodowych lub raczej jak poharatany żołnierz po wojnie bezskutecznie odnawiany płynem regeneracyjnym.

Ciało Kamili dziwnie pyrkało i wytwarzało bąbelki – Natalia mocniej przytuliła się do stopy. Zwłoki wibrowały przez chwilę jak skwierczący na patelni skwarek, po czym ramię lekko się uniosło.

Natalia – naraz bladaczka na mordzie!

Ale to wszak tylko pośmiertne drgawki.

Udała się na działkę, wywijając stopą Kamili radosne młyńce, przeszła przez ulicę. Zbliżało się południe, ale dziś Zima swą pałką władzy rozsądnie rozdysponowywała światłem i panował półmrok, całun chmur zasnuwał niebo, którego części cały Boży dzionek aglomerowały w masywne struktury napowietrzne.

Bramka działkowa skrzypnęła. Natalia przelazła nad, następnie pod rosłym korzeniem Zygmunta, z kanciapy wzięła szpadel, przebiła się przez zmrożoną glebę, wrzuciła stopę w dziurę, po czym zasypała ziemią.

Ziga mrugnął niespiesznie.

– Dziękuję, Natalio Moja Miła, że karmisz mnie swą siostrą oraz mym synem. Wyborna z ciebie dzierlatka.

– Ma wujek prestiżowy nawóz. Takie rzeczy to tylko w zakładach pogrzebowych po wysokich cenach schodzą.

Wujek nie zareagował, ale Natalia wiedziała, że kiwnął głową. Kiwnąłby, gdyby nie była na fest zrośnięta z pniem. Ziga czasem zapominał o swej nowej formie oraz jej ograniczeniach, dziewka więc nauczyła się interpretować pewne przestoje komunikacyjne.

Zima opierała się o bok pnia. Siedziała na ziemi, a dłonie jej blade i smukłe rozwidlały gałązki jemioły. Magicznie wstała, frunąc do góry i gdy podeszła do Natalii, ta ujrzała, iż we włosy wplotła sobie liście pokrzywy.

– Natalio – tedy rzekła – muszę sprawdzić, jak bardzo jesteś hardą dziewczynką. Czy naprawdę jesteś hardaszcza.

– Mam walenia w piersi. – Wypięła ją.

– Muszę to sprawdzić. Czy pozwolisz?

Królowa wyjęła z falujących włosów dwa liście pokrzywy i przytknęła je do policzka dziewki.

– Piecze. – Zadrżała, lecz nie uciekła spod ziołowego nacisku.

– Powoduje nieprzyjemne doznania, prawda?

– Tak, piecze.

Zima wyrzuciła liście i powzięła kolejne, włosy stały jej niemal dęba. Korzenie Zygmunta jęły ożywać, pięły się w górę i skręcały w spirale, dążąc do fraktali, skręcały się jeden z drugim jak węże w lasce Asklepiosa.

Pośród leniwych drzewnych trzasków Pani Mrozu przytknęła garstkę liści do nozdrza Natalii. Dziewka leciutko drgnęła, ale ni pisk najlżejszy nie wydobył się z monstrualnej wielorybiej piersi. Zima drażniła nos dziewki – przejeżdżała pękiem roślin z góry od nasady w dół do skraju nozdrza, góra, dół, góra, dół, aż wreszcie, kiedy zatrzymała się na moment na dole, wepchnęła pokrzywę do środka nosa. Natalia nie powstrzymała się i mocno zacisnęła powieki.

Trwały tak obie damy zawieszone w ciekawym wepchnięciu przez momentów parę.

– Wdychaj słowiańskość, Natalio. Poczuj ją. To twoja siła. Słowiańską pokrzywę wepchnęłam ci właśnie do nosa. Czujesz wszystko?

– Piecze.

– Otrzęsiny. Pokrzywa nic ci nie da. Ale wdychaj.

– Nie da?

– Wyzwoli.

– Piecze.

Korzenie Zygmunta jeszcze nigdy wcześniej tak się nie porozrastały, wzwyż ku całunowi ciemnych chmur, na boki aż rozsadzając siatkę wokół działki. Spirale spiral, fraktale fraktali.

Gdy zapadła noc, Zima wreszcie wyjęła z nosa dziewki pokrzywę. Natalia rozebrała się do bielizny, a Królowa obtoczyła całe ciało dzierlatki swymi kontrolowalnymi włosami, parząc ją po całości pokrzywami wplątanymi w fryzurę.

Proces nie trwał długo i gdy już Natalia przeszła chrzest Słowianina, Zima obcałowała ją topazami ust.

– Piecze?

Natalia naga jak dzikuska, Zima w swej sukni rozłożystej, całą noc ganiały się po plątaninach korzeni. Dziewka chowała się, a Królowa szukała. Gdy Natalia akurat natrafiała na korzenie uformowane w wiry, schodziła do środka wiru, kręciła się jak mysz w labiryncie. Kiedy zaś wchodziła na korzenie wiszące jeden nad drugim, wspinała się po drabinie aż pod niebo, gdzie razem zasiadały z Zimą. Raz gdy tak odpoczywały tam, a chmury nocne się rozwiały, ujrzały spadającą gwiazdę.

– Niedługo będzie spadać ich więcej, wtedy trzeba będzie nam podróżować – rzekła Pani Mrozu. – Pomożesz mi.

Natalia spojrzała na uda Królowej, gdzie spoczywała pałka władzy. W diamencie na jej końcu odbijało się gwieździste niebo, jednak gwiazdy w odbiciu poruszały się, przemieszczały, ukazując przyszły rozkład materii wszechświata na wiele mileniów w przód.

 

Po słowiańskich otrzęsinach Tomek pytał córy, co ona taka popalona i czy w pokrzywach się kąpała. Rodzice zauważyli, że z gablot pokazowych nieco ubywa, upomnieli więc Natalię, by się miarkowała w swym apetycie i jeśli naprawdę już musi odkrawać z siostry i kuzyna, to niech potem nie zapomina, by zalewać żywicą, aby nie pognili. Jak mogłabym nie zalewać, dywagowała Natalia, przecież żywica jest taka logiczna.

Grywała dalej z Teodorem w Bladego Walenia, ostatnio nawet dostała łatwiejsze zadanie, aby cały dzień przechadzać się po domu w negliżu. Czuła potrzebę skonsultowania rozgrywki z Królową Mrozu. Ta jednak tylko odparła lakonicznie, aby Natalia nie zamykała się na plejadę możliwości.

Królowa chłodu pewnej nocy machnęła pałką władzy i wytworzyła ze śniegu rydwan ciągnięty przez dziki o złocistej sierści. Poleciały nim daleko, daleko, i była to pierwsza z wielu ich podróży.

Zasiadły na gałęzi drzewa, a dziki sapały i chrumkały na dole, odpoczywając po wojażu. Zima i Natalia obserwowały spadające gwiazdy nad surowym pustkowiem.

– Ileż ich tutaj jest. Nie widziałam jeszcze tylu spadających gwiazd.

– To nie one, Natalio, przecież widzisz, że nie gasną. To odległe komety, tylko niebo jest bliżej.

– Och. Płyną jak świecące wieloryby w lewitującym bąblu akwariowym.

– Dobrze ujmujesz w słowa.

Gdy rój komet przeleciał, Zima zeskoczyła z gałęzi, śnieżnomagicznie ciągnąc za sobą towarzyszkę. Przez chwilę stały w kotlince, aż z nieba jęły się sypać drobne szkiełka i miękko osiadać na glebie.

– Zbieraj je – poprosiła Pani.

– Skąd one lecą?

– Z kosmosu. Drobinki te odrywają się od ogonów komet.

Pomimo ciemnicy, szkiełka tęczowo się mieniły.

Zebrały całe ich mrowie do worów uszytych ze słoniowej skóry. Załadowały się na rydwan i wróciły. Odbyły jeszcze parę takich wypraw, szkiełka przechowując w kanciapie na działce. Czasem Zima karmiła jednym czy dwoma Zygmunta.

– To te szkiełko dałaś mu wtedy do zjedzenia? – spytała domyślna Natalia, odnosząc się do czasów, gdy Zygmunt był człowiekiem, a raczej cyborgiem.

– Tak. Choć wtedy jeszcze tyle komet nie przelatywało i nie miałam ich dużo.

– Co one dają?

– Są po prostu smaczne jak rarytas – rzekł Zygmunt.

– Te drobinki dla wielu są najzwyklejszym smakołykiem – sprecyzowała Zima – lecz dla niektórych to swego rodzaju pożywka.

– Och.

Mniej więcej na dwa tygodnie przed końcem zimy wyprawy na rydwanie zakończyły się, zaprzęgnięte dziki zarżnięto, mięso połowicznie zeżarto, połowicznie zaś spalono na stosie jemioły i pokrzywy, aby złożyć w ofierze Odynowi.

– Drobinki te to kosmiczny plankton, pożywią wieloryba w twej piersi – wyjaśniła wkrótce Królowa. – Będziesz mi potrzebna dziś w kosmosie, tedy zjesz cały plankton ze słoniowych worów, który zebraliśmy.

– W kosmosie? Ja?

– Tak, musimy przygotować dla Zygmunta kanał, aby mógł udać się w daleką podróż.

– Ale przecież tak miło się tu zakorzenił.

– Natalio, widzisz, Zygmunt nie jest Efemerofitem, może był nim przez jakiś wycinek czasu. To wieczny podróżnik, dlatego musi lecieć, a my musimy przygotować mu kanał przestrzałowy. Dlatego też pozwoliłam zachować mu onegdaj bąbel, jest to pogodowa aberracja, jednak wiedziałam, że już długo Ziga miejsca tu nie zagrzeje, tedy wyjątkowo przymknęłam oko.

– Tedy rozumiem. Skora jestem do pomocy, lećmy więc.

Natalia połknęła kosmiczny plankton, co do szkiełka, dzięki czemu przeistoczyła się w gwiezdnego wieloryba. Nim jeszcze nauczyła się panować nad wielkim ciałem morskiego ssaka, wtoczyła się masą na kanciapę, burząc dach i dwie ściany.

Oswoiła się w końcu i razem z Zimą ujeżdżającą pałkę władzy pomknęły w kosmos. Tam, w próżni już, Zima zsiadła z pałki, by móc przy jej pomocy sterować spoiwami magnetycznymi kosmosu. Utworzyła w polu magnetycznym kanał przestrzałowy aż do Ziemi.

– Natalio, musisz ustabilizować kanał.

Dziewka podpłynęła wielorybim cielskiem, przewróciła się do góry nogami i przytknęła wielorybi otwór na szczycie czaszki do krańca kanału. Dmuchnęła przez otwór potężnie, a powstały podmuch energii namagnetyzował ścianki kanału, aby struktura została zachowana. Dopiero wtedy Zima opuściła pałkę.

Wróciły, a Natalia legła w negliżu na glebie działkowej już w swej formie dziewczęcej. Zima na jej nagim ciału wyczarowała Ażurową Kryzę Chwały. Więc leżało nagie dziewczę jedynie z kryzą i odpoczywało po niemożebnej wojaży.

Zygmunt musiał jeszcze wstrzymać się z odlotem, ponieważ kanał winien uprzednio napęcznieć magnetycznie. Azali zapanowała stagnacja działkowa, jednak wuj Natalii siłą woli pochował już niektóre korzenie w głąb pnia. Zrobiło się jakoś pusto.

Natalia była wymęczona, w domostwie regenerowała się herbatą z cukrem oraz czytaniem thrillerów. Raz komputer sam się jej włączył, ponieważ przyszła wiadomość od Teodora na chacie Blady Waleń.

Zabij się.

Natalia zignorowała zadanie po całości, zatem masażysta wypiął się na dzierlatkę i już dłońmi nie koił, a za to wrócił do manewrów, które Natalię wpędzały w nerwicę. Przy jej obecnym wymęczeniu wielorybim wojażem wyjątkowo źle to znosiła.

Pewnego dnia w okno pokoju dziewki zapukał dziobem wróbel, domyśliła się, że Zima zaprasza ją na działkę.

Kanał przestrzałowy dojrzał magnetycznie, Zygmunt pochował wszystkie swoje korzenie.

– Cóż, Natalio, na mnie przyszła pora. Takie już życie podróżnika z dalekich krain.

– Tedy rozumiem. Zatem to pożegnanie.

– Zacząć odliczanie? – wtrąciła Zima.

Natalia posmutniała przepotężnie. Teraz żegna wuja Zigę, a już niebawem pożegna i Zimę. Czy ta, która nastanie w przyszłym roku, to będzie ta sama osoba?

– Natalio, leć ze mną – rzekło drzewo.

– Ale nie mam już planktonu. Nie dam rady zmienić się w wieloryba.

– Ja w ciebie wierzę, twój waleń może wyzwolić się samoistnie.

– Może?

– Może – potwierdziła Królowa. – Jednak jesteś jeszcze osłabiona i nie radziłabym ci nawet próbować.

– Ale Natalio – sapnął zmęczony Zygmunt – od czego wszak są twoje łyżwy mentalne. Wykorzystaj ich potencjał, aby mknąć przez kosmos jako dziewczynka na łyżwach.

Zawahała się.

– Natalio, mówiłem ci, że jesteśmy bardziej podobni, niż sobie zdajesz sprawę. A wiesz co jest naszym najbardziej wspólnym gruntem? Ojczyzną naszą wspólną?

– Tedy co?

– Nienawiść do kindersztuby, Natalio. Nienawiść do kindersztuby.

– Wujek…? Wujek nienawidzi kindersztuby?

– Owszem. To zła siła, która nas ogranicza. Zabija nasze piękne szczere instynkty.

– Tedy z wujem lecę. Nie mam pytań.

Serce dziewki zawrzało na myśl o przygodach, które w kosmosie dla nich się unosiły. Królowa Mrozu pobłogosławiła ich pałką władzy, aby w podróży wszystko szło pomyślnie. Rozpoczęła odliczać od dziesięciu w dół.

Zygmunt zaczął wibrować, z korony odrywały się pojedyncze listki, ziemia jęła się trząść.

– Trzy, dwa, jeden.

Pień Zygmunta trząsł się bez ograniczeń, wreszcie oderwał się od gleby, podstawa korzenia wypluwała smugi ognistej energii. Drzewna rakieta pomknęła ku niebu, Natalia natychmiast zerwała się, zapierając się mentalnymi łyżwami o cząsteczki powietrza.

Zygmunt przymykał oczy, kojony pędem jakiego jeszcze nigdy nie zaznał. Towarzyszył im wróbel, tedy tak w trójkę w kosmos się wbili. Wróbel bez powietrza obumarł i opuścił swych kompanów tak prędko.

Natalia i Ziga mknęli wśród gwiazd nie wiadomo jak długo, sklejeni solidnym spoiwem relacyjnym, zasileni potężnym paliwem podobieństwa, aż dziewka ujrzała w jednej z mgławic Kamilę. Unosiła się w całej dziewczęcej krasie, bez cielesnych ubytków, pośród gazowych pasm.

– Wujek zaczeka, upewnię się, czy czasem moja siostra czegoś nie knuje.

Zeszła z trasy i śmignęła szybko do krewnej.

– Kamila, co tutaj robisz?

– Zostań tu ze mną, siostro. – Miło się uśmiechnęła. – Zamieszkamy w tej mgławicy.

Dopiero teraz Natalia uczuła, ile tutaj nagromadziło się miłości i piękna pośród tych gazów. Może to właśnie cel jej podróży.

Natalia odwróciła się do drzewa zawisłego w próżni i tylko mu pomachała. Ten nijak nie zareagował, choć dziewka wiedziała, że kiwnął głową, i udał się dalej sam, w podróż ku krainom przedalekim.

– Tam na Ziemi – zaczęła Natalia – masz godnego zastępcę. Córa zastępcza Teodor bardzo się w ciebie wczuwa, skąd on tak dobrze cię znał?

– Teodor nie do końca był świadomy swych działań. Czasem nieco się nim posługiwałam, a czasem oddawałam mu świadomość.

– Siostro, ty i zza grobu jesteś nie do okiełznania.

– Miło mi to słyszeć. Siostro, cieszę się, że jesteśmy wreszcie znów razem. Cieszę się, że moje wiadomości do ciebie docierały.

– Tak, docierały. Ale nie wykonałam ostatniego zadania, siostro. Nie chciałam się krzywdzić.

– Och, to nic takiego. Ważne, moja droga, że wreszcie jesteśmy razem.

 

***

 

Znaleźli ją w bladaczce na działce. Wykręcona na śniegu Natalia była biała jak papier. Wyglądała zupełnie jak blady waleń leżący w martwicy na plażowym piachu.

Policjanci otoczyli strefę taśmami, jeden coś notował w kołonotesie.

– Spojrzy pan tutaj – policmajster wskazał opakowanie po lekach – pana córka najpewniej przedawkowała psychotropy.

– O matko – Tomek gryzł wąsa. – Czemu ona to brała?

– Może artystka?

– Malowała, ale hobbystycznie.

– Nieistotne, artyści często coś biorą, żeby „podrasować” myślenie, ujrzeć wizję, której bez wspomagaczy by nie wymyślili. Czasem nawet widzą obrazy, wie pan, mają omamy.

– Ale czemu przedawkowała?

– Powiem wprost, wygląda to na samobójstwo. Przyczyny będziemy dociekać, o ile po prostu w halucynacjach coś jej się nie przestawiło i nie łyknęła wszystkiego dla fazy.

Również i Teodor tam stał, w swoich dziewczęcych włoskach. Powieki opuchły mu chochliczo jak jeszcze nigdy.

– No cóż – Tomek był przybity. – Rozumiem, że ciało córki zostanie zabrane.

– Tak, musimy zrobić sekcję zwłok. Powiem wprost, mogę panu polecić dobry zakład pogrzebowy. Mamy z nimi umowę, ale polecam też, ponieważ są solidni, może nie do końca tani, ale... wiadomo.

– Ach, rozumiem. A może panowie weszliby na kawę? – Tomek nieco się uśmiechnął. – Postawiliśmy obok salonu nad wyraz ciekawe gabloty pokazowe.

 

[1] Piosenka TACONAFIDE – Tamagotchi

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Widziałam dzisiaj Mickiewicza. Mróz rzeźbił pod cylindrem fale, kołnierz z norek całował mu szyję. Mickiewicz żyje.   Jego lakierki z nosem na błysk, z każdym krokiem recytowały mroczne i czarne „Dziadów” wersy. Mickiewicz dzisiejszy.   Zarzucił na płaszcz aksamitny z lekką nutą nonszalancji, swój plecak sportowy marki Vans. Mickiewicz nie w czas.   Jedni epokę chcą prześcignąć, inni cofają się w dawne lata i swoją elegancką duszę karmią „Panem Tadeuszem”.
    • - Wstawaj natychmiast! - krzyk nieznanego mu głosu wyrwał go ze snu - namiestnik cię wzywa, no już, nie ociągaj się!   Siłą postawiono Seweryna na nogi, wszyscy inni wewnątrz jeszcze spali. Z izby wyciągnęło go dwóch sepentriońskich strażników, ciągnąc go za ramiona. Słońce dopiero wspinało się ponad horyzont, malując szarówkę na śnieżnym płótnie. Rzucono go za próg murowanej chaty i wskazano jedno z pomieszczeń. Seweryn odchylił drzwi, w pomieszczeniu za nimi siedział namiestnik Gorbunow. Strażnicy posadzili kapitana przy stole. Gorbunow przeciągnął się na krześle i stęknął cicho, gdy jego stare kości strzelały jedna po drugiej.    - Mamy sprawę do szanownego pana kapitana.   - Czego mości pułkownik carski może chcieć od prostego, lechickiego żołnierza?   - Nie zgrywaj durnia, wojna jest i lepiej byś waść docenił moją łaskę. Sprawa jest prosta, możemy nieco ulżyć kapitanowi cierpień, jeno języka potrzebujemy. Daj nam świeże informacje o ruchu wojsk lechickich.   - Nie zrobię tego, choćbym miał w kopalniach umęczon paść.   - Nawet u boku swego śmiertelnego wroga?    - O czym pułkownik rzecze? - Pilecki uniósł brew lekko skonsternowany.   - Jegor Dynmo, Krwawy Ataman, przypomniało mi się - rzucił zadowolony namiestnik - od niego słyszałem pierwej twoje nazwisko. Siarczystej mowy przy tym używał. Na twoim miejscu, drogi kapitanie, bałbym się o własne gardło. To jak będzie? Zdradzisz nam to i owo o swoich rodakach?   Seweryn trawił wewnątrz siebie tę informację. Milczał dłuższą chwilę, wpatrując się w blat stołu. Dynmo… Wszystko by się zgadzało…    - Domyślałem się już tego. Odpowiedź brzmi nie.   Gorbunow cmoknął ustami i westchnął głęboko, również i on miotał się z myślami. Palcami wybijał na stołowym drewnie stały rytm. Rzucił w końcu złowrogie spojrzenie na Pileckiego.    - Przetasujcie nieco mości kapitanowi myśli.    Wtedy jeden ze strażników chwycił Seweryna za tył głowy i gwałtownym ruchem przybił jego czoło do stołu.   - I jak teraz? Powiesz coś więcej?   - Idź do Welesa.   - W porządku, ale z naszej dwójki to ty będziesz znacznie bliżej Welesa - odwrócił głowę do strażnika - rzućcie go znów na roboty w kopalni, do następnego ranka zmięknie. Jeśli nie, to rano będziemy naszego gościa przypiekać - Sepentrionowie ruszyli z Sewerynem za próg pokoju, nagle jednak namiestnik zatrzymał ich na jeszcze jedną chwilę - i pamiętaj, że wydobywając dla nas złoto, znacząco przyczyniasz się finansowo do wygranej cara!    Odprowadzono Seweryna do izby. Gdy wepchnięto go za drzwi, więźniowie budzili się już do życia. W powietrzu dało się momentalnie wyczuć, jaka beznadzieja panuje w pomieszczeniu. Ci ludzie doznawali katorgi znacznie dłużej, dla Seweryna wciąż zdawało się nierealne, iż wkrótce cały dzień robót powtórzy się, a potem znowu i znowu, przez miesiące lub lata, nim ciało całkowicie odmówi. Przyglądając się wszystkim, jego wzrok w końcu padł na prycz w ustronnym kącie izby, gdzie pełen sił prostował się nieznajomy kompan. Siedział na krawędzi, gdy Seweryn zbliżył się do niego. Spojrzeli po sobie, jakby obaj już wiedzieli co każdy z nich powie.   - Czemuś mi wczoraj pomógł?   - Tobie? A co miałem zrobić? Postawili cię tuż obok mnie, sypaliśmy złoto do jednej skrzyni. Gdybym przez ciebie nie zdołał jej napełnić do końca dnia, wybatożyli by mnie. Zwyczajnie dbałem o własny interes - spojrzał teraz w górę na Seweryna, jego w włosy rozczesały się, ukazując kapitanowi dobrze znaną mu twarz. Za czupryną nie krył się nikt inny jak Jegor Dynmo.   - Zapomniałeś już chyba jak moi chłopcy musieli cię ongiś połatać. I z jaką wdzięcznością się odpłaciłeś? Gdzie jest Włóczka Doli?   - Nie trudno na stepie znaleźć kupca artefaktów, już pewnie nie jedno może przebyła. Miło było widzieć w jamie jak ucieka z ciebie żywo duch.   - Ostatnim razem to ty skomlałeś jak pies, gdy stanęliśmy do szabli.   - Gdybym nie był wówczas poharatany, skończyłbyś bez gardła.   - Takiś pewien? A rzekomo to w Lechitach jest niezdrowa duma.   Jegor powstał raptownie z pryczy. Jego oczy buchały żywym żarem. Dwójka mężczyzn pożerała się wzrokiem, obaj byli zdeterminowani do wszystkiego.    - Chcesz się przekonać? Wiedz, że tym razem jeno jeden z nas ujdzie żyw.   - Gdybyś tylko ciął tak szablą jak językiem. Pewno znów pierzchniesz jak zając!   Na to Jegor już nie wytrzymał. Krew gotowała się w atamanie, cała para buchnęła w jednym momencie. Szybki wymach ręką i złożona w stalowy uścisk pięść wystrzeliła prosto w żuchwę Lechity.    Seweryn jednak nie dał się zaskoczyć, dobrze wiedział, że prędzej czy później Jegor skoczy mu do gardła, wolał więc sam przyspieszyć ten moment. Odskoczył w tył, choć cios atamana był na tyle szybki, że Seweryn zachwiał się nieco z pośpiechu na nogach. Kolejne ciosy leciały w jego stronę, a on póki co mógł się tylko wycofywać.   Tłum począł zbierać się wokół nich, wynudzeni własnym żywotem skazańcy wyczuli krew. Jak hieny na żer, nakreślili wkrótce własnymi ciałami krąg, tworząc granicę ringu dla tego baletu śmierci. Seweryn nie miał już miejsca na ucieczkę, musiał wnieść gardę i kontratakować.   Kapitan Lechitów dobrze wiedział, że Jegor góruje nad nim czystą, brutalną, stepową siłą. Nie byłoby to problemem w walce na szable, gdzie od siły ważniejsza jest finezja. Tutaj jednak nie był pewien swojego wyszkolenia. Nie walczył ze zwykłym człowiekiem, walczył z ucieleśnieniem najdzikszego żywiołu, które stało się jednocześnie jego śmiertelnym nemesis.   Przyją w końcu cios na przedramię, oddał w bark atamana, ten nie czekał i grzmotnął w bok torsu. Cios za ciosem, wymieniali się jak w kantorze. Seweryn odczuwał to oczywiście bardziej, musiał się dotkliwiej naprzykrzyć przeciwnikowi.   Udało mu się w końcu przebić i zetrzeć knykcie o zarośnięty policzek Dynmo, ten splunął naonczas krwią. Jucha spływała mu z warg grubymi kroplami, ten cios wyraźnie Halyjczyka rozsiarczył.   Zaraz obaj się splątali, jeden drugiego próbując obalić na ziemię lub przydusić. Seweryn przy tym przyjął kilka kopniaków w brzuch, czuł już, że słabnie i jego wygrana miała coraz to niklejsze szanse. Zamroczyło go gdy Jegor rozkwasił mu prawym prostym nos. Ponownie się splątali, gdy całe zajście przerwało przybycie strażników.   Sepentrionowie widząc co się dzieje, ustawili się w dwa rzędy. Strażnicy na tyłach wystrzelili z arkebuzów w sufit, na przedzie z wyrachowaną gotowością czekali na rozwój sytuacji. Więźniowie, którzy wiwatowali w kole podczas walki, teraz się rozstąpili. Czwórka strażników wyskoczyła naprzod, by rozdzielić zwaśnionych więźniów, obaj szamotali się jak dziki w sidłach. Jegor dostał kolbą przez głowę, Seweryn oberwał w brzuch. Obaj rzuceni zostali przed izbę i zakuci w łańcuchy. Dzień wracał do normy, po jakichś dwudziestu minutach cały obóz ruszył w marszu do kopalni z linami ciągnącymi sanie w dłoniach.   * * *   Huk i trzask niósł się echem po wilgotnych korytarzach. Tylko huk i trzask, gdyby nawet mogli to nie pisnęliby do siebie słowem. Jeden drugiemu mógłby teraz rozłupać czaszkę kilofem, żadnemu jednak nie przeszło to przez myśl. Obaj mieli ambicję, by pokonać oponenta w uczciwym pojedynku, cała więc energia płynąca z nienawiści, skupić się musiała na ryciu w skale. Grudy złota padały wokół stóp, mieszając się wśród pyłu i kamieni. Co jakiś czas wynosili pod dźwig skrzynię pełną odpadów, a w międzyczasie rosło również bogadztwo drugiej skrzyni, połyskującej złotą zawartością.   Niejeden chichot Doli splątywał już ku sobie losy na pozór nieodpowiednich ludzi, zawsze zdawała się ona boginią nadwyraz cyniczną. Mało kto jednak potrafił dostrzec w tych figlach szersze znaczenie.   Z dali zdawało się dobiegać nagminne wołanie, dochodziło bodaj z jamy po drugiej stronie dna. Kilku sepentriońskich strażników potruchtało w tamtą stronę, będąc wyraźnie zaalarmowani. Rytmiczne grzmoty kilofów ustały w tamtych okolicach, zamiast tego między ścianami odbijał się gwar. Coraz więcej chaotycznych głosów, coraz więcej skonsternowania, coraz więcej niewiadomych i niepewności. Zeszło jeszcze trochę strażnikow, każdy tym razem niósł ze sobą rozżażoną pochodnię. Zaaferowane głosy nasilały się.   Skrzynia Jegora i Seweryna była już po brzegi wypełniona złotem. Strażnik, któremu kazano zostać na stanowisku zezwolił na wyniesienie skrzyni. Odpiął ich od reszty górników.   Zataszczyli skrzynię tuż pod dźwig, skorzystali wtedy z okazji, by sięgnąć wzrokiem do drugiej jamy. Nie ujrzeli jednak zbyt wiele, poza tym czego mogli się domyślić z dochodzących dźwięków. Duże skupisko ludu skotłowało się w jednym punkcie korytarza, strażnicy przepchnęli się przez gawiedź i rzucili nieco światła, przychylając pochodnie do ściany. Ciche tykanie przebijało się przez głosy górników, jakby ktoś kijkami stukał o skałę. Kilkoro górników przepchnęło się ma zewnątrz zgromadzenia. Ich twarze były wykrzywione w groteskowy grymas, który mógł zaistnieć tylko u człowieka oszalałego z przerażenia. Ci ludzie uciekali, lecz nie tyle biegli, co raczej miotali się między skalnym pyłem. Do uciekinierów dołączali kolejni, aż w końcu górników ogłuszył nagły huk wypalonego arkebuza.   Wszyscy poczęli wycofywać się z tunelu, w prześwitach między ludźmi Seweryn zauważył głęboką szczelinę w ścianie, zaraz wybiegło z niej kilku strażników. Rozległ się kolejny huk, Sepentrionowie, którzy wyłonili się ze szczeliny, nieśli rannego towarzysza, z jego gardła wyzierał się agonalny wrzask.   Ktoś padł na ziemię, wybiegając ze skalnej wyrwy. Tykanie patyków zmieszało się z dudniemem obijających się obcasów baczmagów, ale to tykanie zdawało się coraz bliżej. Wtedy po truchle zalegającym w szczelinie przepierzchło stworzenie, o'ciemnym obliczu, więc zlewało się z mrokiem jamy, ale z dala wyglądało na rosłego psa. Zaraz za nim wyłoniło się drugie, potem trzecie, a za nimi wylazło ich tyle, że każdy stracił już rachubę.   Jegor i Seweryn porzucili skrzynię, pierzchli wspinać się po spirali głównej jamy. Strażnicy wrzeszczeli, by się nie zatrzymywać, wskakiwali jak najszybciej na spiralę, ponaglając górników. Jeden ze strażników został na dnie, wbiegł do przeciwnej jamy, by ostrzec tamtejszych górników, lecz było już za późno. Stwory wbiegły do głównej groty, ukazały się wtedy w pełni swojej okazałości. To były ogromne mrówki, które przebierały patyczkowymi nóżkami z potworną prędkością. Zalały one całą główną jamę i gdy górnicy z niedawnego stanowiska Jegora i Seweryna chcieli ratować swe życie, zostali w trymiga odcięci od jakiejkolwiek drogi ucieczki.   Żuwaczki mrówek rozszarpywały kończyny, ich smukłe ciała obalały górników na ziemię. Pogrom był już nieunikniony. Ku zaskoczeniu uciekinierów, kończyny poległych kompletnie znikały, gdy mrówki dorwały już nieszczęśnika. Zdawało się również, że niektórym brakowało sporych połaci ubrań i skóry. Czy owady tak szybko ich pożerały?   Wraz z wznoszeniem się spirali, strażnicy alarmowali kolejno pomniejsze jamy, tłok na pochyłej powierzchni utrudniał coraz bardziej poruszanie się. Mrówki w tym czasie poczęły wspinać się po pionowych ścianach, błyskawicznie doganiając górników. Seweryn i Jegor biegli na przedzie, nagle się jednak zatrzymali, gdy kilka stworów stanęło tuż przed nimi. Garstka górników wyprzedziła zwaśnionych wojowników, jednak również i oni stanęli jak wryci na widok zagrożenia. Nie zdążyli już jednak uniknąć śmierci, mrówki rzuciły się na nich. Teraz z bliska Seweryn widział, jak z między żuwaczek mrówki spluwały osobliwym gęstym płynem. Struga mrówczej śliny oblepiła przedramię jednego z górników, nagle płyn zaczął się przepalać przez jego ubrania, a gdy zabrakło już tkaniny i wełny, skóra ofiary odzielała się od ścięgien. Warstwa po warstwie, żywa tkanka rozpuszczała się, aż o ziemię stuknęło kilka wygładzonych fragmentów kości. Pozbawiony ręki górnik padł jak rażony piorunem, wrzeszcząc z bólu przez cały proces topnienia ręki.   Jegor skorzystał z okazji, wyrwał kilof z drugiej, zdrowej ręki górnika. Mrówkia wspinała się po jeszcze wijącym się ciele swojej ofiary, wtedy ataman zamachnął się ponad swoim barkiem, roztrzaskując jednocześnie mrówcze cielsko i klatkę piersiowę nieszczęśnika, zamykając w ten sposób mu rozdartą gębę.   Dziób kilofa ugrzązł w ciele. Gdy Jegor szarpał za trzonek, próbował go wznieść, głowica wkrótce jednak się ułamała, była cała przepalona i narzędzie stało się bezużyteczne. W końcu w przód wyskoczyli strażnicy. Próbowali przebić się przez potwory pałaszami, chwilami dochodziło to do skutku, lecz szable po paru ciosach poczęły się gwałtownie tępić i szczerbić.    Małej grupce przetrwańców, złożonej ze straży, udało się jednak przebić. Dwóm więźniom operującym dźwig kazali wciągnąć zebrane dotychczas złoto. Kilku z nich stanęło przy kołowrocie, by pomóc wynieść skrzynie, większość jednak pobiegła od razu do wyjścia.   Kołowrót turkotał, a masy ludzkie zagęszczone na spirali powoli topniały. Jegor rozglądał się za ratunkiem, mrówki były już coraz bliżej niego, aż nagle coś sobie uświadomił. Dał susa ku krawędzi spirali, sięgnął wzrokiem w dół, platforma ze złotem niezgrabnie gramoliła się wzyż, to była ostania szansa ma zachowanie życia. Cofnął się o parę kroków, chciał już wziąć rozpęd i dać następnego susa, jednak nagły doraźny dźwięk powstrzymał go. Uświadomił sobie, że przez ten cały czas przykuty był do Seweryna, a po całym tym zamieszaniu nic nie zmieniło się w tej kwestii. Szarpnął gwałtownie za łańcuch, wyrywając swojego nemesis z oszalałego tłumu. Stety bądź niestety Seweryn jeszcze dychał i był szarpnięciem łańcucha bardzo zaaferowany.    - W takim momencie porachunków ci się zachciało? - wybuchnął Pilecki do Jegora.   - Słuchaj mnie teraz szlachetko - odszczekał dosadnie ataman - martwy będziesz dla mnie tylko większym obciążeniem, a ja mam sposób, by się z tego zamieszania wykaraskać. Dźwig się wznosi, a my jesteśmy do siebie przywiązani. Na mój znak skaczemy na tamtą w dole platformę. Musimy tylko skoczyć w ostatniej chwili, by nikt za nami nie podążył, inaczej lina nie wytrzyma i wszyscy polecimy na żer mrówkom. Skaczemy na mój znak.   Seweryn skinął tylko głową porozumiewawczo. Stanęli obok siebie, gdy śmierć kroczyła tykając na patyczkowatych nogach. Cierpienie rozsiane było po wszystkich stronach, swąd palonego przez kwas mięsa uderzał do nozdrzy. Tylna krawędź platformy ze skrzyniami wyłoniła się już przed ich oczami. Jegor odliczył, “Na trzy!” i skoczyli niemal w równym czasie.   Podeszwy baczmagów uderzyły o drewno platformy, całość zachybotała się na linie, dwie skrzynie wypadły i rozbiły się o chitynowe, mrówcze cielska. Seweryn złapał się chyżo liny, Jegor jednak wylądował bliżej krawędzi, chwiał się na nogach, a platforma uchylała się zdeczka pod jego ciężarem. Seweryn wciąż ściskając linę w dłoni, wyciągnął wolną dłoń w kierunku przymusowego towarzysza. Tym razem to on szarpnął za łańcuch i postawił Jegora na nogi,  stali tuż obok siebie. Razem wznosili się ponad głowy całej reszty, ponad panujący w lejku chaos. Żywoty rzedły na ich oczach, wszyscy pozostawieni w beznadziei i tylko oni, samotni na platformie.   Turkot ucich, gdy byli już na szczycie. Operatorzy dźwigu zdawali się być skonfundowani niespodziewanymi pasażerami. Owi wyskoczyli jak rysie na stały grunt, ponownie wprawiając platformę w dygotanie. Wtem Sepentriońscy strażnicy wymierzyli do nich zimnymi lufami arkebuzów.    - Brać się za skrzynie! - krzyknęli do kapitana i atamana.   Jegor jednak nie zamierzał słuchać. W mig skoczył za plecy jednego z dźwigowych i pchał go w przód, by skrócić dystans. Sepentrionowie odpowiedzieli na to ogniem. Cztery lufy buchnęły żywym ogniem, wypluwając z siebie rozgrzany ołów. Dźwigowy nieszczęśnik posłużył atamanowi za żywą tarczę. Nim z ciała uleciał jeszcze duch, Jegor rzucił dźwigowego wprost na jednego ze strażników. Sepentrion padł przygnieciony nagłym ciężarem. Reszta zaczęła uciekać, spostrzegli nowe zagrożenie, mrówki wspinały się już na szczyt jamy.   Powalony Sepentrion próbował się wygramolić spod trupa i gdy już wstał i chwiejnym krokiem zwócił się do wyjściowego korytarza, Jegor oplątał jego szyję łańcuchem. Szli tak wzdłuż korytarza, Sepentrion wierzgał się, bił gryzł, ale nie potrafił uwolnić się z uścisku, nie ważne jak się starał. W końcu siły go opuściły, ciało zwiotczało.   Ataman chwycił w dłonie arkebuz pokonanego, rzucił szybko pałasz Sewerynowi i obaj biegem ruszyli do wyjścia. Biegnąc tunelem usłyszeli jednak przed sobą następny turkot. Śnieżny blask oślepiał ich przyzwyczajone do półmroku pochodni oczy. Nie widzieli co dokładnie, ale byli pewni, że coś przed nimi stoi. Wzrok się na chwilę wyostrzył. Jegor zauważył na wylocie rząd Sepentrionów z wzniesionymi lufami. Tuż przed nimi biegli jednak jeszcze strażnicy, którzy porzucili swego pobratymca.    - Padnij! - wrzasnął Jegor.   I obaj z Sewerynem rzucili się płasko na ziemię. Słyszeli tylko salwę arkebuzów i ciche jęki rozstrzelanych wartowników. Nie przesłaniali już widoku, Jegor przyzwyczaił się do bieli świata zewnętrznego. Widział jak strażnicy u wylotu ściągają płachtę z tajemniczego urządzenia. To armata!    - Strzelać w sufit! Zawalić tunel! - krzyczał ktoś na końcu tunelu.   I ryknęła ognista bestia, a po ryku zapanowała głuchota. Jegor i Seweryn leżeli oszołomieni, trzymając się za głowy, chroniąc je przed spadającymi kamieniami. Pył uderzył ich po oczach, prawie nic nie było widać. Czuli tylko jak podłoga się trzęsie, cyklicznie coś wibrowało tuż obok ich ciał. Gdy wszystko ustało i przetarli powieki, jasność śnieżnej bieli już zniknęła, tunel był zatkany gruzami.    Słuch powoli wracał, znów tykanie patyczków narastało zza ich pleców. Zguba nadchodziła w nadwyraz szybkim tempie. Stanęli obaj na nogi, by śmierć przyszła z godnością, twarzą w twarz z potwornościami z głębin podziemi. Nim jednak Jegor się odwrócił, zauważył, że pogrzebane zostały z nimi ciała rozstrzelanych wartowników. Dał susa do jednego z nich, rozpiął mu kożuch, szukał czegoś za pazuchą. W głowie modlił się do Doli, by stereotyp okazał się prawdziwy. Jest! Butelka pełna gorzałki. Parę metrów dalej leżała niedopalona pochodnia.   - Chwyć w rękę łuczywo i rzuć je na mój znak! - zakomendował Sewerynowi.   W tym czasie rzucił gorzałę w głąb tunelu, butelka roztrzaskała się, obryzgując ściany i podłogę płynem o ostrym i otrzeźwiającym zapachu. Skoczył jeszcze do drugiego trupa i trzeciego, rozpinał kożuchy. Pusto! Mrówki tykały nóżkami coraz głośniej. Czarna chmara wyłaniała się z ciemności, niemal zlewając się ze wszystkim wokół. Seweryn podbiegł do Jegora z łuczywem w ręku.    - Widzisz te odłamki szkła? Rzucaj ogień! No już, teraz!   I sprężystym zamachem ramienia, kapitan cisnął tlące się łuczywo w otchłań. Nagła fala ciepła buchnęła przetrwańcom w twarze, czoła spłynęły im potem. Ogień tlił się w ich oczach, wypełniając przestrzeń, a kopalniane potwory kwiliły trawione przez pląsające jęzory żaru. Reszta mrówek wycofała się, wyczuwając wyraźnie podwyższoną temperaturę. Zagrożenie oddalało się, a Jegor wraz z Sewerynem siedli zdyszani na ziemi.
    • Kolejne rozstanie  I pytanie    Czy było warto?   Jak z ulubioną kartą  Tacy samotni w tłumie 
    • Menu karby: brak u Nemo.    
    • Aby... błoto lubi bibul: oto łby - ba.  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...