Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

Taki piękny świat, taki brzydki 

 

Film który dziś obejrzałem, zmusił mnie do przemyśleń 
(tylko filmy skłaniające do refleksji są czegoś warte). 
Na ekranie grupa niemieckich żołnierzy rozstrzeliwała dezerterów. 
Moje serce było po stronie bezbronnych, 
kopiących rowy na własny grób ofiar. 
Dezerterzy nie zasługują na trumnę. 

 

Część skazańców została zabita przy świetle dnia, 
o rozświergotanym poranku, kiedy jeszcze niemal 
poziome promienie słońca próbują przebić
się spomiędzy liści; wychylając nieśmiało 
zza załomów obozowych budynków, cienką 
łuną aureoli opisują kalenice dachów. 
Podmuch porusza płaszczem sztywnego jak krucyfiks oficera, 
ziemia chwyta pierwszy rześki od rosy i chłodu oddech. 
Taki piękny świat, taki brzydki. 

 

Część została zabita w pełnym słońcu:
stoją czekając na nieuniknione. Skronie
roziskrzone od potu. Dzień jest widocznie 
upalny. Wczesnopopołudniowa martwota.
Powietrze jak galareta, liść nie drży, ani źdźbło 
trawy, ptak nie kwili, niebo błękitne
błękitem Niepokalanym. Jakaś mucha —
tłusty piruet nad zmrożonymi oczekiwaniem. 
I nagle, w tej martwocie, jakże ironicznie żywy 
huk wystrzałów karabinów i serii z automatów. 
Taki piękny świat, taki brzydki. 

 

Ostatnią grupę rozstrzelali o zmierzchu 
Pomyślałem, że gdybym miał jakikolwiek wybór,
byłoby lżej umierać w nocy, kiedy ani 
śpiewu ptaków, gry słońca, oddechu ziemi. 
Tylko noc zakrywająca wszystko czernią, 
mrugająca miriadami oczu Kosmosu, 
otulająca całunem pluton z wycelowaną bronią, 
kroplę łzy na policzku jednego z żołnierzy, 
skazańców stojących po pas we własnym grobie,

taki piękny świat, taki brzydki. 

 

Edytowane przez Czarek Płatak (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

Jako człowiek zgadzam się z Tobą i rozumiem ból i rozpacz, ale jako członek narodu dotkniętego agresją z zachodu i wschodu myślę w ówcześni rodacy cieszyli się z każdego zabitego żołnierza obu okupantów, czy z własnej ręki, czy z każdej innej bez różnicy.  Pozdrawiam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Wiem, choć nie miałem okazji poznać, ale że temat jest dla mnie zajmujący możliwe odrobię tę zaległość. 

Masz rację, ludzie, niezależnie chyba od nacji przy spełnieniu odpowiednich warunków bardzo szybko potrafią przeistoczyć się w bestie. 

A dezerterów z armii strony agresywnej zawsze będę popierać o szanować. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Zrobione. 

Racją jest, że ta liczba rosła wprost proporcjonalnie do upadku Rzeszy, a wtedy o dezercji decydowało tchórzostwo raczej niźli niechęć do wojny i zabijania. Tego tematu wierszem nieporuszam skupiając uwagę na czymś innym. To temat osobny, inny utwór. 

Cieszę się, że zwróciłaś uwagę na te powtórzenia. Prostota tutaj zamierzona, bo temat sam w sobie ciężki wystarczająco. 

Tak, wymaga odwagi rzucić karabin o podłożyć szyję pod ostrze kata, odwagi której nie próbuję nawet pojąć. Mam też nadzieję nigdy nie musieć. 

Serdeczności 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Dokładnie. Wg różnych źródeł z Wehrmachtu zdezerterowało do '44 roku około 100tyś ludzi. Nie należy zapominać również o Polakach zmuszanych do zasilania jego szeregów. I wracamy do poruszonej przez Ciebie radości ze śmierci żołnierzy noszących niemieckie mundury. W tym wypadku dezerterów. Problem jak wiesz jest złożony. 

Opublikowano

Łatwiej odchodzić nocą (tak myślę), bez ładnych bodźców, które przyciągają nas i utrudniają rozstanie. 

Co do wojennych tematów, to wszyscy są poszkodowani, z obu stron. Pozornie wygrani też są przegrani, to tylko kwestia czasu, by się o tym przekonali.

Fajny zapis, taki reporterski trochę. Obudził mi w wyobraźni film Wajdy. 

Opublikowano

@Czarek Płatak Tak sobie myślę, że żadna chwila nie jest dobra na umieranie, jednak w taką głuchą noc czułabym się bardziej samotna, opuszczona. W promieniach słońca, z możliwością spojrzenia w jasne niebo, jakoś więcej wdzięczności za życie mogłabym poczuć. Ale to dość niewygodne dywagacje. Napisałeś ten wiersz niezwykle sugestywnie. 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Masz rację - na wojnie wszyscy są poszkodowani. Aż dziwi, że ta korona stworzenia, mądra taka i dumna przez tyle lat historii cywilizacji się tego nie nauczyła. 

Najbardziej chyba lubię takie dywagacje. Z wygodnych wieje mi nudą ;) 

 

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Oczywiście,choć zdarza się być życiem zmęczonym, a wtedy to może być ukojenie. Jednak nie w wypadku rozważań zawartych w wierszu. Tutaj nie ma wyboru. Jedynie różne pory dnia i noc, którą wybrałby na odejście podmiot, gdyby oczywiście miał taki hipotetyczny wybór. 

Dzięki :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      pisze się  zombi - Google.com przepraszam, ale musiałem, ponieważ ząbi kojarzyć się może z zębami ;))) wiersz na plus    pozdr.     **********************************  
    • miasto wypociło strupiałą skórę wciska nam twarze w krwawiący beton. jest dziś jak otwarty brzuch, rozpruty nocą nożem koparki śliskie trzewia kanalizacji parują. zaułek oddycha parą z kanałów, neonami, które szarpią oko padaczka świata, jak nerw, którego nie da się już uspokoić. każdy zaułek jest zgrzytaniem zębów o szkło. w zaułku, gdzie śmietnik cuchnie rzeźnią, a mur pamięta więcej potu niż modlitw. stoimy blisko, za blisko aż coś trzeszczy między nami. brakuje miejsca na oddech. jej płaszcz to skóra, którą zdzieram zębami jak z padliny, pod spodem musi być wyjście albo przepaść. nasze ciała płoną w zaułku jak trupy jakby miasto oblało nas benzyną i rzuciło niedopałek neonu. moje dłonie nie pytają, wchodzą w ciebie jak łom w zardzewiały zamek rozrywamy się na pół. moje ciało w twoim jako jedyny miękki punkt w którym jeszcze nie ma betonu. wiedzą tylko, gdzie boli najbardziej. między nami zwarcie jak kabel bez izolacji, skurcz, który wykręca palce na biodrach. usta nie mówią. usta to rozszarpana rana, zszywana na brudno w bramie, zardzewiałym drutem i jej śliną, bez znieczulenia, na żywca. miasto patrzy na nas jak chirurg bez rękawic ciekawy, czy jeszcze drgniemy. jesteśmy jak dwa szczury w tętniącym kanale, które miasto przeoczyło przy dezynfekcji. oddech wpada w oddech, jakby miasto dławiło się własnym tętnem, próbowało nas wypluć i nie mogło. cegły wrzynają się w łopatki, miasto chce nas żywcem wmurować w siebie. czuję, jak pęka tynk pod twoim ciężarem, ściana nie chce być świadkiem. czas wymiotuje pod ścianą skowyczącym echem wdeptany w asfalt przez tych, co zdążyli nas przeżyć. my jeszcze nie my jeszcze w sobie. to nie jest czułość. to odruch przetrwania. to panika ciała, że za chwilę znów będzie samo, że noc trzyma nas jeszcze tylko dlatego, że miasto nie zdążyło zgasić światła, że świt zabierze wszystko, co teraz drży. dwoje ludzi przestaje się mieścić we własnej skórze w zaułku wielkiego miasta, gdzie miłość nie ma imienia, ma tylko puls temperaturę i ślady, które miasto zliże jak krew, zanim przełkniesz własny strach. ale ciało zapamięta.                  
    • Ma - wiadomo, da i wam.    
    • A kres jaj, serka.    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...