Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano (edytowane)

   Wypowiedziawszy te słowa, Człowiek Którego Nie Udało Się Zabić, zaczął -  zawieszony, a może bardziej właściwie byłoby napisać "zwisając"? - odsuwać się od belek, do których przylegał. Po dłuższej chwili odstęp między nim a krzyżem stał się na tyle duży, że o jakiejkolwiek iluzji nie mogło być mowy. Dla żadnego z patrzących. 

   Gdy odległość przekroczyła gradus, Niezabity zatrzymał się i zawisł w powietrzu nieruchomo. Uśmiechając się szeroko i mierząc legionistów drwiącowyzywającym spojrzeniem. Dziesiętnikowi wydało się, że na odmiennie inteligentnego Homo lste spojrzał nieco łagodniej. Widząc ich - nie bójmy się użyć tego słowa - wybałuszone ze zdziwienia oczy zaśmiał się po raz następny. Tak samo radośnie, jak poprzednio. 

   - Dixi ego vobis? - zapytał, umilknąwszy. - Że mogę wszystko? Mówiłem, prawda? - po raz wtóry powiódł intensywnym spojrzeniem po nieco bardziej teraz skupionych twarzach. Uśmiechnął się lekko i znów wydało się dowódcy, że uśmiech ten skierowany został przede wszystkim do tego spośród nich, którego wielu spośród legionu nazywało idiota. Czasem prosto w oczy, czasem po kryjomu. Za plecami. 

   - No to videte... 

 

Voorhout, 10.01.2022

Edytowane przez Corleone 11 (wyświetl historię edycji)
Opublikowano

@Corleone 11 Zacznę od tego!

"Niezabity zatrzymał się i zawisł w powietrzu nieruchomo"

Nie każdy przeszedł śmiercią kliniczną drogę... Samo poczucie życia, ma argumentacje tu, w postaci, w której demiurgowie przemawiają do nas. To jest właśnie to, co w powyższej frazie ująłeś. Jak całość, podoba mi się!

Pozdrowienia przesyłam

 

Opublikowano

@Nefretete Ktoś mi kiedyś powiedział, że im więcej interpretacji czytelnicy odnajdują w tekście, tym jest on lepszy. Bardzo się cieszę, że Twoja interpretacja mieści się w granicach tego, co napisałem. Miło mi również ogromnie, że podoba Ci się opowiadanie jako całość. A co powiesz na część siódmą? 

 

Serdeczne pozdrowienia.

 

 

Opublikowano

@Corleone 11 Nie każdy intepretuje tak samo. A wynika to z preferencji czytającego, i jego wyobraźni; w moim wypadku, akuratnie, po swojemu, podszedłem do treści  - bo tak ją odczuwałem.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Tu natomiast, uważam inaczej -:) Wszystko wynika IMHO , nie z samej treści wiersza, tylko z chęci przebywania wsród pozostałych; co naszą aktywnością robimy. To jest tylko moje zdanie, do jakiego , w powyższym odniosłem się w taki sposób. Czekam na siódmą odsłonę!

Pozdrowienia przesyłam

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Witaj

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Masz rację: każdy interpretuje po swojemu. Wyjaśnisz mi znaczenie "IMHO"? 

Siódmą odsłonę zamieściłem kilka dni temu. Zapraszam Cię serdecznie do czytania.

 

Serdeczne pozdrowienia.

Opublikowano

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

   Aha, dzięki Ci wielce. Już rozumiem i IMHO, i MSZ.

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

   Twój tok wypowiedzi jest najzupełniej poprawny; nie wygląda, abyś przesadził z degustacją alkoholu. Wybaczam, ale nie wiem, co na to Twoja wibracja.

   Jak Twoja Niedziela? 

 

   Serdeczne pozdrowienia.

Opublikowano

@Corleone 11

Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

Cieszę się. Niedzielę traktowałem jako dzień wypoczynku. Sporo rozmawiałem z ludźmi, telefonicznie... i pisałem mailowo.

Nieciekawe to czasy. Nie chcę poruszać gorącego tematu jakim - wiadomo co?  

Jedno przejscie przez to,  to rozumiem - ale drugi raz ?!

Z wibracjami u mnie w porządku -:)  A ponieważ dzisiaj mamy poniedziałek, i dopiero co wróciłem z pracy, postanowiłem spędzić trochę czasu na portalu -:)

 

Odpozdrawiam!

 

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Migrena   To chłodna, a jednocześnie pełna bólu wiwisekcja układu, w którym zabrakło odwagi na koniec. Znakomite studium trwania. Świetne pióro!
    • @Toyer Miłość rządzi się swoimi prawami. Czasem to smutek, a czasem radość. Wszystkie jednak te koleje losu, dobrze się wspomina na starość. 
    • Rozumiem, mam podobnie. Pozdrawiam. 
    • @Łukasz Wiesław Jasiński, Dziękuję za obecność pod wierszem. 
    • Na stole teksty poszarpane, poplamione stronice. Pogięte okładki… Gdzie? Co? Nic nie wiem. Nie wiem, u licha! Ale bal trwał w nieskończoność. Do samego końca dojmującej treści. Powiedz mi, dlaczego tak było, tak było? Echo odbija się od ścian, majaczy pogłos wielokrotnych powtórzeń i westchnień: o, dzieło moje jedyne! O, dzieło…   Majaki przychodzą i odchodzą. Czas poplątany. Czas chciwy. Natrętne obrazy. Co jeszcze mnie tak męczy? Wszystko! Albowiem wszystko. Zdjęcia rozsypane. Czarno-białe pejzaże. Głębokie otchłanie przeszłego czasu. Jakieś listy nie wiadomo do kogo i przez kogo pisane. Stosy papierów. Wiersze wybrane, Bal w operze, Kwiaty Polskie… to znane, a reszta? Nie wiem… Zostawcie mnie. Dlaczego się tak na mnie patrzycie? Kto? Kto? Moje własne odzwierciedlenia. Moje imaginacje. Julian Tuwim stoi przy oknie w jakiejś takiej niedbałej pozie. i opierając się o parapet pali papierosa. Wypuszcza kłęby błękitnawego dymu. Patrzy się na mnie czujnie i z trwogą: co ja tu kombinuję, co sobie wyobrażam: On próbuje pisać!… Patrzy się z wyższością i zażenowaniem. Spogląda na kogoś, kto siedzi przy stole i pisze albo spogląda w sufit pełen pajęczyn i kurzu. Spogląda i nie dowierza. Jak ktoś taki mógłby… - jak ktoś taki… Wiesz, powiem ci, jedyna: Tak. To już kiedyś było. Tylko że kiedyś był to Albert Camus. Stał w podobnej pozie i też palił papierosa. Teraz Julian. Dlaczego akurat on? Patrzą się na mnie twarze spłowiałe. Tu i tam. Uśmiechnięte. Zastygłe. Fotografie rozrzucone na stole, podłodze… Julian już zniknął. Rozpłynął się w smudze zachodzącego słońca. Takiej pomarańczowej i bystrej. I cichej. Tak przerażająco cichej. Cichszej od szumu płynącej krwi. Od szumu piskliwej w uszach gorączki. Przystawiam do oka butelkę. I poprzez płyn przezroczysty, niezmącony niczym. Poprzez płyn spoglądam w ten dziwny poblask natury. Julian się rozpłynął. Zniknął. Powrócił? Dokąd? Do piekła? Czyśćca? Raju? Boska komedia leży na stole, gdzieś w odmętach pogniecionych, zatłuszczonych szpargałów… Trącam dłonią szklankę. W ferworze jakiejś wewnętrznej walki albo gniewu. Albo po prostu: tak niechcący. Przez nieostrożność. Nieuwagę. Zmęczenie nieskończoną nocą. Wywraca się i tłucze na miliony lśniących kawałeczków. Rozlewa się na stole plama. Strumienie trunku spływają po drewnianej nodze na klepki podłogi. Na dębowe. Ułożone w jodłę. Na rozmaite esy floresy sęków i wiekowych słojów, które pamiętają jeszcze kroki mojej matki… Za oknem trwa straszliwy pęd przemieszczania w czasie. Teraźniejszość staje się odległą przyszłością. Omiata mnie blask unicestwienia. Nieokiełznana struktura kryształu. Postać dziwnego słońca, jak w kalejdoskopie. Oślepiająca jasność wydobywa się z wnętrza przedmiotów. Ze wszystkiego. Ze mnie...   Lecz, co to? Budzę się. Noc. Światło zwykłej wiszącej lampy nade mną. Leżę na podłodze. Tuwim właśnie wychodzi ze swojego mieszkania. Widzę przez ściany, które są przezroczystą szybą. Choć nie. Jestem tam. Na ulicy, w mroźny dzień styczniowy. Nagie drzewa. Wiatr sypiący w oczy drobinkami lodu. Niebo stalowe. To znowu słońce. I znowu cień obłoku na twarzy… Stoję opodal, niewidzialny. Przezroczysty jak powietrze. Jak absolut nieistnienia. Jak nic. Tuwim w ciemnym płaszczu i w kapeluszu. Wychodzi z kamienicy. Wychodzą. On i jego żona w futrze. Kilka rzeczy. Kartonowe pudła nikną na pace ciężarówki. Ktoś się patrzy. Obserwuje z ukrycia. Z któregoś piętra. W oknie. Spoza firanki. W szarości dnia. W szarej poświacie mżącej pikselami czasu. W szarym oknie przesłoniętym szarą firanką zapomnienia. Ktoś się patrzy. Nikt. Już nikt... Zaciskam mocno powieki. Otwieram...   Na ulicy oślepiająca plama czerwcowego słońca. Na chodniku rozedrgane cienie gałęzi. Drzewa szumią zielone. I kwiaty w donicach. Te właśnie róże czerwone. Uśmiechnięte. Ogromny skwar osiada leniwie na twarzy. Na włosach. W którejś godzinie upalnego, dusznego lata. Wspomnienie przeszło, minęło. Jakieś dzieci biegną piskliwie niczym owadzie piszczałki, machając radośnie pół-przezroczystszymi skrzydełkami. Faeries. Przebiegają po dawnych śladach, kogoś, kogo już dawno nie ma. Przechodnie. Samochody. Rozgwar szumiącego miasta i obojetności. Ściana kamienicy niby ta sama. Te same drzwi. I okna te same. Lecz nie ma już.. Lecz już… Rozpływa się wszystko w teraźniejszości opadającej powoli. Tak zwyczajnie. Tak najzwyklej.   (Włodzimierz Zastawniak 2026-06-22)    
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...