Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Dzień jak co dzień tego roku, upalnie i duszno. Powietrze ciąży jak stare, lecz czasami jeszcze kłujące wspomnienia. Wspomnienia leniwe i nieco już przetarte, z okresu gdy jednym spontanicznym gestem potrafiłem zasiać drzewo wielkiej przyjaźni, by jednym strachliwym słowem spalić to wszystko. I ten zapach; sprzątaczka skrapla wielkie kwiaty w biurze. Zapach, który pamiętam z dzieciństwa - świat po deszczu. Nasuwają się obrazy. Moja mama była wspaniałą kobietą. Ale ja nie potrafiłem tego wtedy dostrzec. Częstokroć kłóciliśmy się; żadną siłą nie da się cofnąć wykrzyczanych w złości słów... Mój ojciec był jednym z tych ludzi, którzy nie potrafią okazywać swoich uczuć. Nigdy nie usłyszałem od niego tych dwóch tak pożądanych słów. Teraz rozumiem go, zbyt często używane słowa zatracają się gdzieś i nie są tak dziewicze, prawdziwe , szczere... Szkoda tylko, że tato nie zdążył mi nigdy powiedzieć tego sam. Siostry nigdy nie znałem i nigdy też nie pragnąłem poznać...
A poza tym powietrze jest tak gęste, że można by je ciąć nożem; od wspomnień nie da się odciąć...
Ciągle buczące wiatraczki i systemy klimatyzacyjne nasuwały skojarzenie wiosennej łąki z mnóstwem pięknego kwiecia i tysiącami pszczół, których nieustannie poruszające się skrzydełka nadawały rytm naszemu życiu. Na sekundę oderwałem się od wspomnień; siedząc w plastikowym biurze trudno o głębsze przeżycia. Jak zwykle w takich dniach ruch był znikomy, od czasu do czasu pojawiał się jakiś zdyszany i spocony człowiek, z tych, co to wszystko odkładają na ostatnią chwilę.
Obok największego z wentylatorów swoje stanowisko ma panna Zuzia, w takie dni jak ten jest nadzwyczaj pogodna i uśmiechnięta. Zawsze wszystkich dziwił ten wiosenny uśmiech Zuzanny, bo w mroźne zimowe dni nie zagościł nigdy na jej rumianej twarzy. Ja jednak znam jej mały sekret, Zuzia ponad wszystko kocha bosy spacer po kolorowej, wilgotnej od porannej rosy łące... Nawet bez świadomości tego małego sekretu, ludzie, a w szczególności pracownicy firmy uważają ją za dziwaka i częstokroć za jej plecami podśmiewają się. Ja jednak pozyskałem sobie jej sympatię i vice versa. Szczerze polubiłem Zuze. Do naszego bliższego kontaktu doszło w nieco dziwnych okolicznościach, bo na dachu jednego ze szklanych wieżowców. Byłem wtedy pomywaczem i będąc na platformie zawieszonej na wysokości trzydziestego piętra czyściłem szyby wyżej wspomnianego wieżowca. W jednym z pomieszczeń zobaczyłem roztańczoną postać z miotłą w dłoniach. Niewysoka, szczupła brunetka w kraciastej spódnicy i zielonym swetrze, tańcząc w rytm miarodajnych uderzeń palców o przyciski komputerowych klawiatur. Widok tyleż zaskakujący, co piękny. Zachwyciłem się tym widokiem, napawałem przez dłuższą chwilę, chcąc zapamiętać każdy szczegół tego niezwykłego sabatu. Otworzyłem cicho okno wpuszczając tym samym nieśmiałe promienie słońca, które oświeciły pląsającą dziewczynę. Zarówno jasne promyki i tańcząca Zuzia rozpierzchły się jak przestraszone gołębie uciekające z zaniedbanego pomnika jednego z wielkich poetów... Jej wzrok najpierw skierował się na mnie, później na schody prowadzące bądź w dół, bądź w górę; zależnie od tego, którą drogę chcemy wybrać. Chciałem coś powiedzieć, ale Zuza była już na schodach; biegła w górę. Pobiegłem za nią. Kiedy dotarłem już na dach, bo tu skierowała się ona, Zuzia stała na krawędzi, miała rozłożone ręce i zamknięte oczy. Wyglądała jakby chciała skoczyć. Zamarłem. Chwila wydawała się wiecznością. Powiedziała tylko:
- Raz, dwa, trzy, ganiasz ty.
I zaczęła powoli opadać jak ścięte drzewo. Chciałem krzyczeć. Podbiegłem do niej i złapałem za rękę. Staliśmy teraz obok siebie, drżałem, a ona się tylko uśmiechnęła. Przytuliła się do mnie, roześmiała i zaczęła ponownie tańczyć.
Zaprzyjaźniliśmy się, ale nigdy nie było mowy o miłości.
Po drugiej stronie biura w samym koncie zasiada Filip, informatyk z zamiłowania, z wykształcenia ekolog. Cały czas siedzi przy swoim komputerze i monitoruje cały system firmy. To jest trudne i monotonne zajęcie, każdego odwiedzającego nas, odwiedzanego i zlecanego przez Centrale, musi wpisać do komputera. Często zna każdy szczegół z życia klientów (tak zwykliśmy nazywać ludzi, którzy są częścią naszej pracy i często stają się częścią naszego życia). Dlatego w najtrudniejszych przypadkach decydujący głos należy właśnie do niego; chyba, że chodzi o klienta przypisywanego z Centrali - ci muszą być załatwiani w trybie natychmiastowym. Filip nie od razu dostał posadę informatyka, na samym początku pracował na niższym stanowisku, tu gdzie ja, odbierał telefony i pracował w terenie. Szybko jednak awansował i zyskał uznanie wszystkich pracowników. Uznania jednej osoby jednak nigdy sobie nie pozyskał i chyba nigdy tego nie pragnął...
Ten mężczyzna stojący przy oknie to pan Karol, właśnie on nigdy nie polubił Filipa; zresztą Karol nie lubi nikogo. Dużo pali i ma później suchy i ostry kaszel. Zawsze jest ubrany na czarno, nawet dziś, kiedy upał zdaje się być większy niż zwykle. Pan Karol jest jakby naszym przełożonym, mówią, że był tu od zawsze. To on szkoli nowych pracowników, często w ironiczny sposób. Kilka jego powiedzonek nawet przeszło do kanonu "Złotych Myśli". Często ich używamy, gdy chcemy mu trochę podokuczać. Mówimy mu wtedy:
-Panie Karolu, kaszle pan jak "ślimak na Tour de France".
Oryginalna wypowiedź, wypowiadana do nowicjuszy brzmi: "Ruszasz się jak ślimak na Tour de France". Też często używanym powiedzonkiem pana Karola jest: "Wyglądasz jak moja teściowa na rowerze". Mówimy mu wtedy:
-Panie Karolu, wygląda pan jak czarny rower.
Ogólna atmosfera dzisiejszego dnia sprzyjała rozleniwieniu. Całe miasto zdawało się uśpione. Pan Karol głośno kaszlną. Telefon zadzwonił. Odebrałem:
-Souvenir, słucham.
-Dzień dobry, tu Centrala. - odpowiedział męski głos. Takie telefony są dla mnie najcięższe, wiem, że za chwilę będę musiał wstać i wyjść. Następny klient.
-Dzień dobry.
-Straszny upał prawda? Pewnie nie macie tam zbyt dużo pracy!? - spytał mężczyzna z Centrali.
-Kto tym razem? - zapytałem, by nie przeciągać chwili. Co musiało wywołać u mojego rozmówcy jakąś dziwną złość. Odparł:
-Storczyk Krystyna, ul. Krótka 2a. Do widzenia. - i trzasnął słuchawką.
Chyba się naraziłem...
-Storczyk Krystyna, ul. Krótka 2a. - powtórzyłem.
Zuzia od razu zaczęła wypisywać niezbędne dokumenty. Poprosiłem Filipa, aby sprawdził w swoim komputerze, czy nie widnieje tam osoba o takich danych. To chwilę potrwa. Zastanawiam się gdzie jest ulica Krótka? Muszę iść na dworzec kolejowy, a to jest długa droga; dworzec jest za rzeką.
-Nie, nie mam tu takiej osoby. - oznajmił Filip.
-Nowy przypadek. - powiedziałem.
-Postaraj się być wyrozumiałym.
-Przecież mnie znasz.
Spojrzałem na Zuze, kiedy wręczała mi dokumenty. Mrugnąłem okiem. Uśmiechnęła się. Idę. Jeszcze tylko jedno:
-Panie Karolu...
Jasność, okropna, rażąca jasność. Muszę chwilę odczekać, aż oczy przyzwyczają się do piekącego słońca. Miasto śpi. Asfalt klei się do butów. W ogóle o tej porze roku miasto jest zaniedbane, rzekłbym nawet brzydkie. Zieleni nie ma prawie wcale, a jeżeli już jest to w kolorze ciemno żółtym. Muszę przejść przez plac, przy którym swoją siedzibę ma Souvenir; moja firma. Jeden z tysiąca podobnych do siebie wieżowców, szklany, wysoki i smutny. Aż trudno pomyśleć, że na jednym z pięter po lewej stronie decyduje się o czyimś byciu lub nie byciu...
Skierowałem swoje kroki w stronę dworca kolejowego. Idąc ulicą Ostrą muszę skręcić na skrzyżowaniu w prawo, a potem prosto na przystanek autobusowy, skąd już tylko przez most wprost na dworzec. Mijam pewną kawiarnię, często wpadamy tu po pracy. Jest to magiczne miejsce. Wchodzi się tam po schodach w dół. Wnętrze nasycone jest czerwonym kolorem, co tworzy dziwny hipnotyczny klimat. Cały wystrój utrzymany jest w konwencji PRL-u. Tutaj czas jakby się zatrzymuje. Zatrzymałem się.
Pewnego wieczoru odbywał się tu wieczorek poetycki połączony z przedstawieniem teatralnym. Tutaj często organizuje się takie performance. Na krzyżu wisiał ogolony na łyso mężczyzna. Nad nim wisiała tablica z napisem : "To być może jest Jezus Chrystus". Na scenie nie było widać nic, poza ostrym niebieskim światłem i gęstym dymem. Nagle był ogromny huk, jak wybuch bomby lub uderzenie błyskawicy. Wszystko zgasło, nastała niepokojąca cisza i gęsta czerń. Na scenę wyszła dziewczynka ze świeczką i zaczęła śpiewać:
-"Wlazł kotek na płotek i mruga. Piosenka to ładna i nie długa."...
Ruszyłem dalej, już tylko kilka kroków dzieli mnie od przystanku autobusowego. Zastałem jedną osobę. Dość znudzoną, może trochę zmęczoną. Usiadłem. Autobus spóźnia się.
-Spóźnia się! - powiedziała kobieta spoglądając na zegarek.
Ludziom zawsze się śpieszy. Nie mają na nic czasu. Czas to ciekawe zagadnienie, płynie nieustannie swoją wytyczoną z góry ścieżką. Czas chyba się nie kończy. Ale ludzkie życie szybko się kończy... Nie chciałbym obudzić się pewnego dnia i stwierdzić, że moje dotychczasowe życie było jedynie snem. Dziwnym snem. Snem krótkim, ale jakże bolesnym. Czas zawęża się. Jedzie autobus.
-Jedzie autobus! - powiedziała kobieta spoglądając na zegarek.
Droga przez most prowadzi na dworzec kolejowy. Mosiężne liny podtrzymują zmęczone ramiona mostu. Z kolei moje zmęczone ramiona podtrzymują mosiężną głowę. Upał daje się wszystkim we znaki. Inni pasażerowie również przyjęli postawę antycznych myślicieli. Błędne koło filozoficzne... Trochę trzęsie. Powoli dojeżdżamy do celu; dworca kolejowego. Wędrówka dobiega końca. Coś się kończy, a coś zaczyna...
Dworzec jest zbudowany w starym stylu. W czasie wojny toczyły się tu główne bitwy o miasto. Dziś również toczą się tu bitwy, o innym charakterze; politycznym. Rzecz w tym, że władze miejskie chcą zlikwidować ten piękny, aczkolwiek stary dworzec i przerobić na centrum handlowe. Wzorem niemieckiego miasta Leipzig. Paradoksalnie to przecież Niemcy w czasie wojny okupowali te tereny...
Wchodzę na sporych rozmiarów plac, na środku znajduje się sporych rozmiarów mapa miasta. Szukam trasy, którą będę mógł dojechać na ulicę Krótką. Obok tras umieszczono czas, jaki zajmie pokonanie drogi, aby mogli wybrać najkrótszą z nich. Ludziom zawsze się śpieszy... Muszę iść na peron pierwszy. Jeszcze tylko kupię bilet. Myślałem, że będzie gorzej, ale trafił się zadbany pociąg. Każdy, kto korzystał kiedykolwiek z usług kolei, wie, czym jest jazda w zadbanym inaczej pociągu. Ja mam dziś szczęście. Wsiadam. Jest nawet wolny przedział. Siadam. Pociąg rusza. Podróż zajmie jakieś dwadzieścia pięć minut. Ulica Krótka jest na przedmieściach. Zaczynam się zastanawiać nad swoją pracą. Kim jest kobieta, do której się udaję? Jaka panuje tam sytuacja? Jakie środki będę musiał zastosować? Moja praca nie należy do najprzyjemniejszych; przynajmniej dla większości z naszych klientów. Ale ja ją lubię. Wybrałem ją specjalnie, aby móc obcować z ludźmi. Jedna z zasad naszej firmy mówi o "nie nawiązywaniu bliższego kontaktu emocjonalnego podczas rutynowych wizyt", czyli teraz. Zasady są jednak po to, by je łamać... Dlatego klientów traktuję pobłażliwie i z sympatią. Niestety nie wszyscy mi na to pozwalają. I tworzą się pewne stereotypy. Czuję jak pociąg zwalnia. Zbliżam się. Koła stanęły. Wstałem i skierowałem się do wyjścia.
Ulica Krótka ciągnęła się wzdłuż dziwnych łąk, pełnych dziur. Nie wiem, co lub, kto mógł zrobić te doły. Może będą tu coś budować? Nieważne. Jest to typowe dla tego miasta przedmieście. Zaniedbane, szare i ponure. Domy tu stojące wydają się być opuszczone, gdzieniegdzie przez otwarte okno dochodzą mnie dźwięki starych piosenek odtwarzanych z adaptera. Mnie interesuje tylko jeden dom, ten, do którego zmierzam. Numer 2a, Krystyna Storczyk. Poszukiwania nie trwały długo. Dom jest mały. Drewniany. Podchodzę do drzwi. Pukam. Cicho. Żadnej reakcji z wewnątrz. Ponawiam pukanie. Znów nic. Zaczynam się niecierpliwić. Zaglądam przez okno do środka. Widzę: pokój jest niewielkich rozmiarów, na środku stoi stara kanapa, naprzeciwko niej stojący na podłodze telewizor, na ścianie wiszą dwa obrazy, jeden zamazany i nieczytelny, drugi przedstawia małego chłopca na polanie, jest brudno. Znów pukam; tym razem mocniej. Drzwi się uchylają. Niepewnie je otwieram. Wchodzę do środka. Ciemno...
Pokój wydaje się być większy niż ten, który widziałem przez okno.
-Dzień dobry! Czy zastałem panią Storczyk?
Cisza.
-Halo! Czy jest tu ktoś?
Nadal nic. Szukam w kieszeni zapałek. Są, znalazłem. Zapalam i zamiast rozejrzeć się po mieszkaniu; wpatruję się tempo w płomień. Nagle robi mi się ciepło i sennie. Przed oczyma pojawia mi się ta sama dziurawa łąka, która rozciąga się wzdłuż ulicy. Jest niezwykle jasno i kolorowo. Na łące oprócz dużych dołów jest multum wiosennych kwiatów. Unosi się z nich pyłek, piękny zapach wdziera się do moich nozdrzy. Ja, w otoczeniu grupki osób biegnę w bliżej nieokreślonym celu. Po prostu biegniemy. Wszyscy jesteśmy ubrani w białe koszule. Jesteśmy boso. Jest tak pięknie. Czuję się szczęśliwy i bezpieczny. Uśmiech nie znika z naszych twarzy. Jest tak pięknie. Obracam się wstecz i widzę podróbkę szczęścia z fabryki na Tajwanie. Wszyscy, którzy biegli ze mną wpadają teraz w te dziury. Zatrzymuję się i próbuję ich wyciągać; na próżno - wszystkich, których kochałem wpycham do dziur. Mam czyściutkie sumienie i bilet pewny do nieba bram?...
Powoli odzyskuję świadomość. Pierwszą rzeczą, która wita mnie ponownie na świecie jest ciemność, ta, którą spodziewałem się już zawsze widzieć i ta, której nie chciałem już więcej odczuć. Powraca też czucie, boli mnie głowa i co gorsza odczuwam straszny ból sumienia; czuję jak krwawi mi dusza, krew rozlewa się po świadomości wędrując szlakiem prawdy do rozbitego serca. Chcę pamiętać wszystko to, co w tej chwili się ze mną dzieje, a jednocześnie nie znać bólu; to jest nie możliwe. Staram się otworzyć oczy, ale powieki zaklejone są zastygłymi łzami. W końcu udaje się. Otwieram oczy. Jasność, okropna, rażąca jasność. Jestem w małym pokoju, leżę na kanapie, naprzeciwko stoi telewizor, na ścianie wiszą dwa obrazy, jeden zamazany i nieczytelny, drugi przedstawia małego chłopca na polanie, jest brudno. Odzyskuje pamięć. Ciszę przerywa melodyjny głos:
-Proszę pić. - młoda kobieta podaje mi kubek - Spał pan dwa dni, wydaje mi się, że to omdlenie. Nie zawiadamiałam nikogo.
Nieśmiałe podniosłem kubek do ust. Zaczynam pić. Nieznany mi napój, coś na pograniczu alkoholu i ziołowej herbaty. Dobre i orzeźwiające.
-Zupełnie nie wiem, co się ze mną działo? Nie wiem dlaczego się działo? Prawdę powiedziawszy nie za wiele teraz wiem. Przepraszam i dziękuję!
-Proszę. - kobieta zmieniła ton głosu; stał się bardziej podejrzliwy - Zaopiekowałam się panem jak najlepiej umiałam. Zastanawiało mnie tylko dlaczego pan się tu znalazł?
Nie lubię, gdy ktoś zwraca się do mnie "pan".
-Przepraszam, czy pani Krystyna Storczyk?
-...
-Nazywam się Henryk Kwiatek i... poproszono mnie o sprawdzenie sytuacji, w jakiej się pani znajduje.
-Po co? - kobieta zupełnie zmieniła ton głosu.
-Nie mogę powiedzieć. - zacząłem wstawać - Czy mogłaby pani podać mi moją marynarkę?
-Po co? - pani Storczyk ponowiła pytanie; zaczęła prawie krzyczeć.
-Chciałbym pani coś pokazać.
-Co? Te dokumenty! Skąd macie moje dane i po co wam one? - wyjęła z kieszeni moje dokumenty i zaczęła nimi wymachiwać - Co to ma wszystko znaczyć?
-Proszę się uspokoić i oddać mi dokumenty. Nie mogę nic pani powiedzieć.
-Nie, nie uspokoję się! Słyszałam o takich jak ty! Tutaj zdarzały się już takie rzeczy! - jej krzyk przerodził się w płacz.
Muszę nagiąć przepisy i powiedzieć o wszystkim. Ale przecież nie mogę. Sytuacja wynika się spod kontroli. Centrala pewnie już tu jedzie. Kobieta się boi; nie dziwie się. I tak prędzej czy później będzie musiała przejść proces. Łamie stereotyp.
-Pracuję dla firmy Souvenir. Jest to rządowa placówka dowodzona przez Centrale. Wysłano mnie tu w celu zbadania sytuacji, aby można było opracować najlepszy plan działania. Centrala musi wiedzieć o pani wszystko; gdzie pani pracuje, co je...! Chodzi o pewien proces, podczas którego zostaną pani wszczepione nowe wspomnienia... W ten sposób już zawsze ma być pani kontrolowana, a to, co od tej pory ma pani przeżywać, będzie tylko komputerową symulacją.
-Boże...
-Dokładnie, Centrala jest jak Bóg, który ingeruje w swój twór.
-Skąd więc mam mieć pewność, że ja w ogóle żyje? Może mnie wcale nie ma, może ja istnieję już jako komputerowa symulacja? Może to wszystko jest nieprawdziwe? - i zaczęła rzucać wszystkim dookoła siebie. Rozbijała to co aktualnie wpadło jej do ręki. Wpadła w szał. Na zmianę wrzeszczała i płakała. Teraz żałuję, że jej to powiedziałem, ale i tak proces jest nieunikniony. Złapałem ją. Trwało to trochę zanim się uspokoiła.
-Może i ty przeszedłeś taki proces i jesteś tylko marionetką tej Centrali? - powiedziała i opadła na moje ramiona.
Na sekundę przestałem oddychać. Przecież wszystko to co się ostatnio działo nie było normalne. Te moje dziwne zasłabnięcie; jakby wizja. I to jak się znalazłem w firmie, zwerbowano mnie z ulicy; jak mogłem zapomnieć. Tak samo znalazła się tam Zuza i Filip. A reszta pracowników, nawet ich nie znam. Pracowałem bez zbędnych pytań, w niewiedzy i nawet nie przeszkadzało mi to. Jeszcze Centrala, ja nawet nie wiem gdzie i co to jest!?
-Masz gdzie się ukryć? - spytałem.
-Tak, ale czy cokolwiek ma jeszcze sens? - odparła.
-Idź, schowaj się, przeczekaj trochę i nikomu nic nie mów! Powiem, że ciebie nie zastałem. Muszę coś wyjaśnić.
-Ale...
-Idź już!
W jej oczach wyczytałem zniechęcenie i strach. Wybiegła z domu. Pozostawiła po sobie jedynie delikatny zapach perfum. Zadzwonił telefon. Wcześniej go tu nie było. Odebrałem:
-Souvenir, słucham. - nie wiem dlaczego to powiedziałem!
-Dzień dobry, tu Centrala. - odpowiedział męski głos. Takie telefony są dla mnie najcięższe, wiem, że za chwilę będę musiał wstać i wyjść.
-Dzień dobry.
-Straszny upał prawda? Pewnie nie masz tam zbyt dużo pracy!? - spytał mężczyzna z Centrali.
-Kto tym razem? - zapytałem, by nie przeciągać chwili. Co musiało wywołać u mojego rozmówcy jakąś dziwną złość. Odparł:
-Kwiatek Henryk. Do widzenia. - i trzasnął słuchawką.
Chyba się naraziłem...
Kiedy wyszedłem na zewnątrz było już ciemno. W nocy miasto jest jeszcze brzydsze. Nie wiedzieć czemu unosi się atmosfera grozy, a latarnie nie świecą. Znów stanąłem obok tej niezwykłej łąki. Skierowałem swoje kroki w kierunku domu, natomiast moje myśli nadal kierowały się w stronę podświadomości. Kim tak naprawdę jestem? Czy i mnie nie wszczepiono nowych wspomnień? A może po prostu jestem przewrażliwiony? Nawet nie wiem kiedy dotarłem pod mój dom. Szybko zleciała mi droga, podczas walki z własnymi myślami. Dom leży w dość wygodnym i miłym miejscu; nieopodal parku. Jest to chyba najbardziej zielona, a raczej ciemno żółta część miasta. Jedyne o czym teraz marze to ciepła czekolada i wygodne łóżko. Jestem padnięty. Otwieram drzwi. Na pierwszy rzut oka coś mi nie pasuje. Jakby ktoś ruszał moje rzeczy. To pewnie przez zmęczenie. Wchodzę, klucz rzucam na komodę w przedpokoju. W domu panuje bałagan; nie należę do specjalnie pedantycznych osób, szczerze mówiąc nie radzę sobie z utrzymaniem w czystości tego miejsca. Ściągam marynarkę i idę do kuchni. Nie mogę znaleźć puszki z czekoladą. Chyba zrezygnuję dzisiaj z mojego ulubionego trunku. Idę spać. Nawet nie zrzucam z siebie ubrania. Spycham tylko stertę brudów na podłogę. Łóżko jest takie jak lubię; chłodne i miękkie. Nadal jest gorąco, mimo, że za oknem środek nocy. Zasypiam. Mój sen nie trwa zbyt długo. Chyba jednak uchylę okno. Obleciał mnie nagły strach. Na plecach poczułem ciarki. Wydaje mi się, że widziałem dwa cienie. Ktoś tu jest. Staram się znaleźć coś do obrony; nic nie znajduj?. Walka nie potrwa zbyt długo. Ruszyłem do kontaktu, muszę zapalić światło. Oni są za moimi plecami. Czuję ich spokojny oddech. Wiem, że są nasłani przez Centrale. Już czas...
Musiałem nieźle oberwać po głowie. Bo przez dłuższą chwilę mam kłopoty z podniesieniem się. Jestem w jakimś pokoju, wygląda jak hotelowy. Jest tu tak czysto i sterylnie. W powietrzu unosi się zapach pachnideł w kształcie choinek porozwieszanych w szafie. Usiadłem na łóżku. Dziwnie się czuję. Jestem pewien, że to sprawka Centrali, a jednak mam nadzieję, że to nie oni. System wszczepiania ludziom wspomnień. I ja nic nie podejrzewałem!? A co z moimi? Też wszczepione? Nigdy nie pragnąłem tej chwili. Zawsze widywałem ją tylko w najgorszych koszmarach. Moje życie to sen. Czas się z niego wybudzić. Wstałem. Wchodzi dwóch mężczyzn. Podchodzą do mnie i mocno chwytają pod ręce. Nie opieram się. Idę tam gdzie mi karzą. Prowadzą mnie długim korytarzem, na ścianach wiszą obrazy z portretami sławnych ludzi. Każdy z nich dziwnie się uśmiecha, jakby w moją stronę. Całość przedpokoju i pewnie domu utrzymana jest w drewnianym stylu. Wchodzimy do obszernego pokoju, bogato zdobionego. Pali się ogień w kominku. Nie wiem która godzina. Przed kominkiem stoi fotel, jest obrócony do mnie plecami. Ktoś do mnie przemawia. Dziwnie znajomy głos:
-Twoje życie to sen - powiedział i obrócił się w moją stronę.
To pan Karol.
-Sen...
Nigdy nie pragnąłem tej chwili, a mimo to zawsze na nią czekałem. Wiedziałem, że kiedyś sen stanie się jawą, a prawda... A prawda zawsze tu była. Zawsze była we mnie, była mną. Prawda mnie zabija każdego dnia i każdego dnia sprawia, że chcę żyć. Jak ostatni wydobyty dźwięk fortepianu; krzyk...
-Nasze życie to sen!!! - wykrzyknąłem.
-A czym jest sen? Niczym innym jak tylko obrazem wyświetlanym pod powiekom. Widzimy tylko to co chcemy widzieć, słyszymy tylko to co chcemy słyszeć... - odpowiedział smutno.
-Chcę wiedzieć... chcę słyszeć... chcę...
-Nic nie mów - urwał - możesz już otworzyć oczy.
Nastała jedna z tych chwil, która tworzy czystki w naszych głowach. W takich chwilach nie myślimy, pozwalamy losowi robić to za nas. Wspomnienia uleciały. Dzwoni mi w uszach. Wokół mnie ciemność; czerń. Nie jest to czerń, którą znamy ze strasznych legend, nie jest ona uosobieniem zła. Czuję się tu bezpieczny, jest ciepło. Idę więc w tę czerń i im bardziej się w nią zagłębiam, tym mniej myślę o tym co się ze mną dzieje. Widzę przed sobą dziurę podobną do tych, które były przy ulicy Krótkiej. Początkowo wpatruję się jedynie w nią. Jest to dziura w mojej duszy, a życie jest takie krótkie... Podnoszę wzrok ponad dziurę. Po drugiej stronie stoją wszyscy moi przyjaciele. Zuzanna zdaje się coś mówić, Filip z uśmiechem jej przytakuje. Ciągnie mnie w ich stronę, ale strach nie pozwala mi na jakikolwiek krok; w końcu przede mną dziura... Idę. Pierwszy krok jest najgorszy; krok w nieznane. Wiem, że zaraz spadnę w tą otchłań, ale jednak wierzę. Przepaść materializuje się; wspomnienia wracają. Idę więc po tym co zapisałem sam, co zapisali moi przyjaciele. Idę po prochach przeszłości. Życie to chwila, chwila to przemijanie, tylko wspomnienia są wieczne. Ale, czy rzeczywiście są to moje wspomnienia? Zuza wskazuje palcem niebo.
-Tylko głupiec patrzy na palec, który wskazuje niebo...
Spojrzałem. Niebo nad nami otworzyło się jak stare pudełko, do którego zaglądamy po latach by przywrócić przetarte nieco wspomnienia. Powoli, zagląda ktoś do wewnątrz tego pudełeczka. Jakaś dziwna postać, od której bije blask. Starzec z brodą. Chyba się uśmiecha. Nie widzę dokładnie. Czuję się taki bezpieczny. Jakby świat się poruszał. Wszystko wiruje. Słyszę jak dziwna postać wystukuje palcami w klawiaturę komputera. Zuzia zaczyna tańczyć. Filip śmieje się głośno. Uderzenia, jak gdyby bębna, radosne pląsanie i śmiech układają się w jedną całość niczym ostatnia część do składanych całe życie puzzli.
-Wstań i idź! - powiedział pan Karol.
-A...
-Tak, znowu zemdlałeś.
-Mia...
-Wiem, miałeś wizje.
-Ską...
-Nie pytaj skąd wiem. Po prostu wiem. Chciałeś poznać Centrale, więc wstań i idź...
-Gdz...
-Przed siebie! - i zniknął.
Wielki pokój opustoszał. Jedynym moim towarzyszem był ogień tlący się ledwo w kominku. Patrzę przed siebie; widzę otwarte na oścież okno. Idę. Zatrzymuję się jeszcze. Idę. Już nie myślę. Czas wypełnia się. Skacze. Na sekundę; wolny jak ptak. Wieje zimny wiatr. Ledwo tlący się ogień gaśnie...
I ten sam ledwo tlący się ogień, wybucha nowym, mocniejszym żarem w zupełnie innym miejscu.
Wszystko to widziałem, oczami wyobraźni.

Opublikowano

Ciężko mi się czytało...i przyznam szczerze, że nie zachwyciło mnie, ale dobrnęłam do końca.
Mam małe zastrzeżenia, które pozwolę sobie pokazać:
1) "bosy spacer" - nie podoba mi się ten związek wyrazowy;
2) "pracownicy firmy uważają ją za dziwaka"- jeśli "ją" uważają to za dziwaczkę
3) "Pobiegłem za nią. Kiedy dotarłem już na dach,(bo tu skierowała się ona,) Zuzia stała na krawędzi..."- jeśli pobiegł za nią,to jasne jest, że jeśli on dotarł na dach, to i ona tam jest-więc jednym krótkim zdaniem to co w nawias wzięłam, wg mnie jest zbędne
4) "Oryginalna wypowiedź, wypowiadana..."- gryzie mi się tu podobieństwo dwóch wyrazów...na mnie wywarło złe wrażenie
5) "Pan Karol głośno kaszlną."- kaszlnął
6) "Takie telefony są dla mnie najcięższe, wiem, że za chwilę będę..."- wg. mnie po
"najcięższe" kropka i od nowego zdania "Wiem, że..."
To tyle, co rzuciło mi się w oczy... Przeczytałam, ale raczej nie zostanie na dłużej w mojej pamięci...
Pozdrawiam N.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...